A w głośnikach Indios Bravos…

Smutna.
Za oknami totalna, całkowita, głodna ciemność. W całym mieście wysiadły latarnie. Wyszłam dać psu jeść: ulica pokazała mi inną twarz. Inna jest każdego dnia, inna nocą, obserwowana przez szybę. I inna dziś. Jest ciepło, temperatura na plusie. Śnieg topnieje. Pada deszczyk. Lód na chodnikach. Ani jednej gwiazdy na szaro-pomarańczowym niebie.
Wokół ciemne, ponure, mokre pnie drzew. Ja – sama na ulicy. Jakby w mieście zostały prócz mnie tylko psy. Nawet wron nie ma.
Błażej też jest samotny. Wyłazi to z niego akurat wtedy, kiedy ja najbardziej nie mogę rozmawiać. Babcia zajmuje łazienkę, a mama przemieszcza się ciągle między pozostałmi pomieszczeniami, szukając czegoś tam dla kota. Grają głośno dwa telewizory. Naprawdę nie ma się gdzie schować, żeby spokojnie porozmawiać. A on moje milczenie odbiera jako obojętność. Nie mam jak liczyć na wyrozumiałość. Za dużo w nim podejrzeń. Obwinia mnie za to, że się oddalamy. A nawet jeśli nie, to mówi o tym tak, jakbym wszystkiemu była winna. Jakbym coś robiła celowo, jakbym konspirowała i zdradzała go na każdym kroku. A nie jest tak. I jakim bym tonem nie powiedziała, on nie uwierzy. To boli.
Przepraszam Cię, Słonko moje złote, że piszę o tym tak otwarcie, na forum. Ale 1) mało osób to przeczyta – wiem z doświadczenia. 2) Chciałabym, żebyś wiedział jak się czuję.
Jak się czuję? Smutna, samotna i trochę na to wszystko zła.

Dzwoniła do mnie ostatnio Xavieńka. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony niby miło, że się odezwała. Ale co mam po 3 tygodniach milczenia odpowiedzieć na pytanie „co tam słychać?” Swoją drogą, dobrze że ktoś w końcu zapytał. Ale – już o tym kilka razy pisałam… przyjaźń netowa, szczególnie na takich zasadach jak ta, przestała być przyjaźnią… zapewne kogoś w tej chwili bardzo boleśnie ranię. Ktoś inny zastanawia się, czy to mój kolejny napad odrzucania i odpychania wszystkich. A ja z czasem robię się coraz zimniejsza, dalsza, mniej dostępna. Sama zamykam się w wieży. I nawet mi już warkocz rośnie…
Znów wrażenie opełnianego gdzieś błędu, natrętne poczucie winy. Zbyt natrętne – zabierające sen z powiek. Ale ja nie wiem co robię źle i zapewne długo jeszcze tego nie zrozumiem… na razie błądzę w ciemnościach…
.. i ponad wszystko pragnę się tak po prostu przytulić. Być, trwać, przelewać dobro.
Butterfly…

..!?

Po pierwsze. Zostałam wczoraj oceniona, a następnie dołączyłam do grona oceniających. Dziś powstała moja pierwsza własna ocena na blogu Komisji. Ciekawskich zapraszam… :-)

Po drugie. Dopiero co skończyłyśmy jedno przedsięwzięcie, a już łapiemy się za następne. Ja i mój wspaniały zespół wokalno – instrumentalny, bez stałej nazwy. Chociaż w zasadzie funkcjonuje dalej jako Katorga, mimo diametralnie zmienionego składu. Nie dalej niż tydzień temu narzekałam na jasełka, w niedzielę występowaliśmy w Katedrze. Podniecenie opadło, tydzień minął, a już przed nami nowe wyzwanie. Po raz drugi zabieramy się za Festiwal Piosenki Europejskiej w LO5. Sama nazwa cuchnie propagandą… Coś jak pieśń socjalistyczna. W zeszłym roku traktowałyśmy imprezę jako początek, szkołę, obeznanie się ze sceną, z warunkami. Nieźle nam się oberwało. W tym roku chcemy utrzeć im wszystkim nosa. Nie, nie na ambitnie. Nie chcemy wygrywać. Wiemy, że to nie tem klimat… :-) My tylko chcemy w tym roku pokazać, że nie trzeba ani mieć za sobą lat nauki w szkole muzycznej, ani śpiewać jak Pavarotti, ani być tak strasznie oważnym, sztywnym i urzędowym, żeby być dobrym. Chcemy im pokazać, że można się świetnie bawić, czerpać radość z muzyki.
Szkolne eliminacje 12 marca. My – Katorga – jesteśmy pewnikiem. Prócz zespołu planujemy wyłonić jeszcze kilka utalentowanych osób, mamy trochę pomysłów. Na razie wybieramy, planujemy aranżacje, wymyślamy. I w życiu bym się nie spodziewała, że jak tylko jedno przedsięzięcie się skończy, ja zaraz będę mieć masę entuzjazmu do następnego.
Po prostu uwielbiam tę twórczą atmosferę. Uwielbiam, kiedy mój głos, moje pomysły są istotne, ba, czasem to na nich opiera się cała aranżacja, a nawet repertuar! Uwielbiam czuć się potrzebna i w jakiś sposób podziwiana jako „artystka” – oczywiście na tym etapie przez malutkie ‚a’.
Jak tylko będę wiedziała więcej o piosenkach, jakie zaśpiewamy, nie omieszkam opowiedzieć :-)

Po trzecie.
Czytam „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk. Mama od początku mówiła, że za poważne nam książki dowalili na tę olimpiadę. Teraz się z tym męczę, a za 5 lat połknęłabym tą ksiązkę z zachwytem. Po ptostu do niej nie dorosłam, nie mogę jej do końca zrozumieć, z wieloma rzeczami się NIE GODZĘ.
Z tego, co do tej pory przeczytałam – dwie trzecie ksiązki – wyłapałam najsilniej historię miłości Misi i Pawła. Nie, żebym miała nosa tylko do takich rzewnych historyjek, a reszta książki to fiu bździu… ale ten wątek najsilniej mną wzruszył.
Mała wieś. Misia – nastolatka, 16 – 17 lat. Prześliczna, drobna, delikatna. Paweł – najambitniejszy z trójki rodzeństwa, bardzo pragnie zostać kimś więcej niż jego ojciec. Podoba mu się Misia, przez pół roku obserwuje ją z daleka w Kościele, w końcu odważa się zagadać, odprowadzić po mszy do domu.
Czas mija. Paweł prosi o rękę Misi. Jej ojciec, chcąc opóźnić „utratę” ukochanej córki, przez trzy lata buduje jej piękny dom. Dopiero w tym domu odbywa się wesele.
Potem wydarzenia się kotłują. Misia rodzi dzieci, przez wieś przetacza się II wojna światowa… Kiedy opada wojenny kurz, ukazuje się moim oczom następujący obraz.
Paweł się kształci, w końcu znajduje pracę w Sanepidzie. Wstępuje do Partii. Awansuje, ma protektorów i władzę. Misia rodzi kolejne dzieci. Paweł rozsmakowuje się w nowobogackim życiu: polowania, bankiety, przyjęcia, biby do póxna w nocy. Znajduje sobie przyjaciela, który wprowadza go w towarzystwo. Chodzą razem na baby.
Z Misią już tylko na siebie warczą. Nie potrafią rozmawiać inaczej, jak ze złością. Przy następnej ciąży Misia grozi Pawłowi, że jeśli jeszcze raz jej „to” zrobi, zabije go. Mimo to znów rodzą się bliźniaczki. W końcu rozsuwa małżeńskie łoże. Symbol definitywnego upadku małżeństwa…
Taki straszny kontrast: Paweł kiedyś taki mądry, ambitny, ponad wszystko kochający Misię. Pragnęli w tym domu szczęścia, długich lat pełnych miłości. Dobiegając czterdziestki przstaje rozmawiać z żoną, ląduje w ramionach dziesiątek chętnych do pciedszania bufetowych o obfitych, matczynych biustach. I dociera do niego bliskość smierci, lichość jego życia, czas jaki tracił.
Misia: coraz smutniejsza, mętniejsza, zajęta już tylko domem, gospodarstwem, cierpiąca z powodu zdrad męża. W moich oczach matowieje, blednie.
Młodośc tak jasna, radosna, prosta i beztroska zmieniła się w dorosłość. Ciężką, ciemną, pełną czegoś o wiele gorszego niż smutek. Pełną żalu i cierpienia. Mam ochotę krzyknąć tym ludziom, których pokochałam w trakcie czytania: przecież mieszkacie pod jednym dachem, przecież gdzieś jeszcze żyje ta miłość! Pawłowi, że przecież tak nie można. Czuje się sam, czuje że nic mu się w życiu nie powiodło – a żona?? Przecież ma Misię! Wspaniałą gospodynię. Zawsze była przy nim. Zawsze go wspierała. Kochała go. A on ją teraz tak rani. Mają takie cudowne dzieci. Wszystko się we mnie burzy.
Nie mogę zrozumieć, dlaczego dwoje niegdyś bliskich sobie ludzi tak zabłądziło, zgubiło do siebie drogę. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ona biernie w tym trwa, zamiast inicjować jakąś poprawę, rozmawiać… dlaczego on, chociaż wie że jest w ślepym zaułku, idzie dalej przed siebie, oddala się od źródła ciepła i szczęścia, jakim mogłaby być Misia. Dlaczego ludzie tak bardzo zapominają, jak się ze sobą rozmawia, dlaczego gubią wyczucie dobra i zła…

Rodzi się we mnie jeden wielki, paniczny lęk. Obkleja mi serce jak wielka, wystygła kluska ziemnniaczana. Czy z nami też tak kiedyś będzie…? Teraz widzę błędy tych ludzi, ale czy kiedyś, stojąc na ich miejscach, na rozdrożu, może cierpiąc tak jak oni, może gubiąc nić kontaktu z Błażejem, czy wtedy ja będę umiała rozmawiać, naprawiać…?

…a jeśli nie?

a teraz coś z zupełnie innej beczki…

z pamiętnika Ewy:

Ogród jest utracony, lecz jestem szczęsliwa, gdyż odnalazłam Adama. On kocha mnie tak, jak potrafi, a ja kocham go ze wszystkich sił swej namiętnej natury, co, jak przypuszczam, jest typowe dla mej młodości i płci. Kiedy zadaję sobie pytanie, dlaczego go kocham, dochodzę do wniosku, że nie wiem i nie pragnę wiedzieć. Przypuszczam więc, że ten rodzaj miłości nie jest wynikiem rozumowania ani statystyki, jak miłość do płazów i zwierząt. Myślę, że tak jest. Kocham niektóre ptaki dla ich śpiewu – lecz Adama nie dlatego kocham – nie, nie dlatego. Im więcej śpiewa, tym bardziej mnie to denerwuje. Proszę go jednak, by śpiewał, gdyż pragnę polubić wszystko, co go interesuje. Jestem pewna, że z czasem polubię ten śpiew, choć go z początku nie mogłam znieść, ale teraz mogę. Drażni to wprawdzie moje uszy, lecz nic nie szkodzi, i do tego można przywyknąć.
Nie kocham go dla jego inteligencji – nie, wcale nie dlatego. Nie należy winić go za rodzaj inteligencji, jaki posiada, gdyż sam go nie stworzył (…). Z czasem jego inteligencja rozwinie się, chociaż nie sądzę, aby to nastąpiło szybko, zresztą nie ma pośpiechu, jest wystarczająco udany taki, jaki jest.
Nie kocham go z powodu jego subtelności ani pełnych wdzięku i delikatności manier. Nie, ma pod tym względem braki, lecz jest wystarczająco udany taki, jaki jest, i robi wciąż postępy.
Nie kocham go z powodu jego zręczności – wcale nie dlatego. Przypuszczam, że jest zręczny, nie wiem tylko, dlaczego to przede mną ukrywa. Jedynie to sprawia mi przykrość. Na ogół jest teraz ze mną szczery i otwarty, jestem pewna, że poza tym nie ukrywa przede mną niczego. Martwi mnie, że ma przede mną tajemnicę i nieraz myśl o tym nie daje mi zasnąć, lecz postaram się o tym zapomnieć, by nic nie mąciło pełni mego szczęścia.
Nie kocham go z powodu jego wykształcenia – nie, nie dlatego. Jest samoukiem i ma mnóstwo wiadomości niecałkiem zgodnych z prawdą.
Nie kocham go z powodu jego rycerskości – nie, nie dlatego. Nieraz krzyczy na mnie, lecz nie mam o to do niego pretensji, gdyż sądzę, iż jest to cechą jego płci, której przecież sam nie stworzył (…).
Więc dlaczego go kocham? ządzę, że j e d y n i e d l a t e g o, i ż j e s t m ę ż c z y z n ą.
W głębi serca jest dobry i za to go kocham, lecz mogłabym go też kochać, gdyby taki nie był (…).
Jest silny i przystojny, i za to go kocham, podziwiam i jestem z niego dumna, lecz mogłabym go kochać, gdyby był pozbawiony tych zalet. Gdyby był brzydki, kochałabym go; gdyby był rozbitkiem życiowym kochałabym go, pracowałabym na niego, harowałabym (…) i czuwała przy jego łożu aż do śmierci.
Sądzę więc, że kocham go jedynie dlatego, że jest m ę ż c z y z n ą i n a l e ż y d o m n i e. Nie ma chyba innego powodu. Jest więc tak, jak już przedtem stwierdziłam: ten rodzaj miłości nie jest wynikiem rozumowania ani statystyki. Po prostu zjawia się nie wiadomo skąd – bez udzielania wyjaśnień. I wcale to nie jest konieczne.
Tak myślę. Jestem jednak tylko dziewczyną (…) i byćmoże z nieświadomości, z braku doświadczenia nie zrozumiałam tego jak należy.

Po 40 latach

Modlę się o to, abyśmy zeszli z tego świata razem – to pragnienie nie zniknie z tej ziemi – lecz przetrwa w sercu każdej kochającej żony po kres dni, i przezwą je moim imieniem.
Lecz jeśli jedno z nas musi odejść pierwsze, modlę się, abym to była ja; gdyż on jest silny, a ja słaba, nie jestem mu tak niezbędna, jak on mnie – życie bez niego już nie będzie zyciem, jak je zniosę? Ta modlitwa jest również nieśmiertelna i tak długo będzie zanoszona, jak długo przetrwa mój ród. Jestem pierwszą żoną, a ostatnia żona będzie moim odbiciem.

Z pamiętnika Adama:

Na grobie Ewy
ADAM: Gdziekolwiek była ona, t a m był raj.

Mark Twain – fragmenty książki „Pamiętniki Adama i Ewy”

ode mnie:
mam nadzieję, że zainteresowany osobnik oraz reszta publiczności dojrzą tu nie tylko lekko złośliwie dopasowaną kpinę z mojego Męża (zresztą zdążył się obrazić za ten fragment już wczesniej). jest tu coś ponad to. jest wielkie, ponadczasowe wyznanie miłości niezależnej od wad i zalet. gdybś był inny, kochałabym Cię. miłośc nie potrzebuje uzasadnień, sam mi to wielokrotnie powtarzałeś. nie kocha się za coś. ja po prostu kocham.
i pragnę, byś Ty kochał mnie, był szczęsliwy i mógł kiedyś złożyć mnie i tej miłości hołd taki, jak Adam Ewie: Gdziekolwiek była ona, t a m był raj.

a co tam słychać? – bajka na dobranoc…?

zaczęłam pisać notki dokumentacyjne. skąd mi się to wzięło?! może stąd, że od dawna nikt na serio nie pyta ‚co słychać’. jeśli już ktoś spyta, to tylko po to, żeby samemu zacząć opowiadać o sobie. no więc i ja pytam siebie „co tam Aniu nowego?” i sama sobie opowiadam…

chyba przyszła pora streścić zapowiadaną już historię puszki i zeszytu. w punktach, bo tak jest mi łatwiej poskładać myśli.
1. siedzę sobie na przerwie pod ścianą i uczę się z wosu. jestem całkiem grzeczna, wyłączając fakt, że siedzenie na podłodze jest w naszej szkole zabronione. obok mnie siedzi Natalia i czyta Wprost.
2. nad naszymi głowami pojawiają się nagle chłopcy z naszej klasy. określenie ‚chłopaki’ tu nie pasuje, dlatego udziecinniam do ‚chłopców’. zaczynają się okładać, tłuc i popychać. kilka razy ktoś mało na nas nie upada albo nas wręcz depcze. krzyczymy, żeby poszli sobie bić się gdzie indziej, ewentualnie się uspokoili (?), ale mają nas głęboko w poważaniu.
3. wobec takiego stanu rzeczy, mocno poirytowane, wstajemy i odchodzimy kawałek.
4. stoję tyłem do tłukących się chłopców. raz po raz ktoś na mnie wpada i popycha. odsuwam się, ale wpada sobie dalej.
5. zdenerwowana odwracam się. mój wzrok pada na Pawła, który własnie odzyskuje równowagę po tym, jak któryś inny go popchnął.
ja (nerwowo, acz pokojowo): ej, weź się uspokój, ok?
Paweł (jak do upośledzonej, ew. przedmiotu niegodnego uwagi): sama się uspokój!!
i tu straciłam cierpliwość. nie lubię być popychana, szarpana ani szturchana, szlag mnie trafia. ale ponad wszystko nie cierpię być traktowana jak COŚ gorszego, niższego, kiedy wcale tak nie jest. to coś chyba nazywa się godność.
moja godność jednak wychodzi na jaw w bardzo osobliwy sposób. najpierw podsuwa mi myśl.
godność: puszka… masz w dłoni puszkę…
ja (do godności): e, bez jaj!
godność (nęcąco…): co ci szkodzi… raz sobie na to pozwól, zasłużył!
ulegam podszeptom godności. ze złością rzucam Pawłowi pustą puszkę po Fancie prosto w czoło. ahh. co za ulga, bufon ma za swoje!
aż tu nagle…! plaśnięcie. zupełnie nie rozumiałam co się stało. moja twarz odwrócona do Pawła profilem. po chwili skroń zaczyna piec. odwracam głowę. w dłoni Pawła zeszyt. świta myśl.
uderzył mnie! nie mogę uwierzyć. nie rozumiem. uderzył, zwyczajnie mi oddał! dziewczynie!
na korytarzu zapadła cisza. klasa usłyszała plaśnięcie i wszystkie oczy skierowały się na nas.
ktoś z tłumu: e, co ty w ogóle wyrabiasz?!
Paweł (zarozumiałym tonem przekonanym o słuszności swojego postępowania): sama się zaczęła…
ja (ze łzami w oczach, wściekła, upokorzona, poniżona… rzucam mu w twarz, nie kontrolując tego co mówię): jasne, bo na pewno sama się popychałam przez pół długiej przerwy…!!!
skroń piecze. odwracam się i biegnę do łazienki, burcząc pod nosem przekleństwa. Paweł podnosi z ziemi puszkę i rzuca nią za mną.
nie rozumiem tego wszystkiego, jestem w szoku. oblewam twarz zimną wodą, przykładam chłodną dłoń. po chwili przychodzą do łazienki dziewczyny, pytają czy boli, klną na Pawła. widzę, że są wściekłe.
po chwili wracamy do klasy, jest już grubo po dzwonku. pierwszą osobą, która patrzy na mnie kiedy wchodzę do klasy, jest Paweł. odwracam się, zerkam na Natalię. dopiero po chwili dociera do mnie, że kiedy się odwracałam, musiał widzieć czerwony placek na mojej skroni. mimo to nie zmienił mu się wyraz twarzy. dalej cwaniacki, pewny siebie, wręcz dumny, zadowolony, z tą lepką nienawiścią w oczach.
6. przez cały wos po klasie wędrują liściki. dwa są podawane przeze mnie, mają pójść do Pawła. Paulina mówi że mogę zajrzeć.
zbitki w stylu: pedale, bij się z równymi sobie, damski bokserze, masz przewalone. ktoś go nazwał szowinistą, ktoś inny faszystowską świnią. coś w tym jest. jego twarz przypominała twarze niemieckich żołnierzy z filmów o gettach.
moja kochana klasa go zbojkotowała :-) nie tylko dziewczyny. wszyscy, którzy to widzieli.
7. język polski, następna lekcja po wosie. siedzę i notuję. w sąsiednim rzędzie dziewczyny kłócą się z Pawłem. strzępki tej kłótni docierają do mnie.
Magda (przekonuje go): no weź, teraz powinieneś ją przeprosić, bądź raz kulturalny! powiedz że cię poniosło…
zaciekawiona zerkam na Pawła.
ten widząc że się odwracam patrzy mi prosto w twarz, prosto w oczy.
Paweł (do Magdy, ale patrząc na mnie): e tam… a co ja, mam się zniżać…?

Natalia też to widziała. zdecydowałyśmy, że on nie ma prawa tak mnie traktować. idziemy do wychowawczyni. ta obiecuje, że sprawę przemyśli i porozmawia z Pawłem.
jakoś jeszcze nie rozmawiała. ani mnie nic na ten temat nie mówiła, ani on tym bardziej nie zmienił do mnie podejścia… czekam na finał. jeśli jutro będzie cisza, to się przypomnę. nie zostanie, gad jeden, bezkarny. chociaż wszystkim, którym to opowiadam, przyznaję: to ja pierwsza rzuciłam puszką. ale cięzko mnie wyprowadzić z równowagi, a jemu się to udało. rzadko bywam agresywna. a on mnie zmusił do agresji. mógł mnie olać, mógł po prostu zrobić to o co prosiłam, uspokoić się. mógł mi cos powiedzieć. mógł zrobic cokolwiek. porządny facet nigdy nie podnosi ręki na kobietę.

wiem, że Pawełek ma do dziewczyn stosunek (dobre słowo…) bardzo przedmiotowy. nie darzy szacunkiem, nie wspominając już o jakichkolwiek przejawach zakochania. dziewczyny służą do zaspokajania potrzeb. mają być łatwe i dawać temu wyraz. najlepiej, jeśli noszą obcisłe bluzki nad pępek, krótkie spódniczki i buty do pół łydek. wtedy mogą liczyć na łaskawe klepnięcie w pośladek. on klepie dziewczyny jak dorodne cielęta. no i oczywiście wszystkie mają go uwielbiać, uważać za wzór męskości – i być zwarte i gotowe na każde jego wezwanie. jeśli któraś nie jest zwarta i gotowa – czeka, aż będzie sama. i jej zdanie nie ma najmniejszego znaczenia.
ja go zawsze denerwowałam. po ierwsze, daleko mi do opisanego wyglądu, jeszcze dalej do poglądów i zachowania. raczej zbywam Pawełka kpiną niż daję się „uwodzić”. wie dobrze że mam mu za złe jego podejście. chyba myśli o mnie jako o wyrodnej, denerwuję go. jestem zbyt zuchwała. nie podporządkowuję się. inna sprawa, że jeszcze żaden z chłopaków w naszej klasie nie odważył się mnie klepnąć w tyłek. po prostu nie ten gatunek dziewczyny. wobec tego kiedy okazałam tak jawne nieposłuszeństwo, wręcz lekcewarzenie słów Pawełka (puszką w czoło mu to lekceważenie okazałam…?), trzeba było mnie stłamsić.

jak ja nienawidzę takich ludzi…

długa i banalna notka o głupotach i frustracjach

samotność. w sieci i na żywo.
męczy mnie to wszystko. to, że ciągle „pracuję na swoją przyszłość”, „zdobywam wiedzę” i „powinno mi zależeć”. to, że tylko ode mnie zależy jak wystartuję. zarabiam sama na siebie już teraz. męczy mnie to. ludziom łatwo powiedzieć: dopiero gimnazjum. przecież to jak przedszkole. w liceum to dopiero zobaczysz… ale ja wcale nie chcę zobaczyć. ledwo daję sobie radę z tym co jest już teraz. każdy dzień jest dokładnie opisany w moim granatowym terminarzu. przy każdej dacie widnieje lista obowiązków do wypełnienia. wiszą nade mną terminy, nie dają swobodniej odetchnąć.
męczy mnie codzienne wstawanie. budzenie zaspanego organizmu, wyciąganie go z ciepłego łóżka, kiedy cały się butrzy i próbuje mi uniemożliwić wstanie, zapadając w drzemkę. męczy mnie codzienna wędrówka na dworzec, wiecznie zimne stopy, wiecznie niedogrzany pociąg i wieczny szron na szybach od wewnątrz. wiecznie te same piosenki w słuchawkach. wiecznie te same twarze na siedzeniach obok. wiecznie roześmiali ludzie mijający mnie i – ignorujący. męczy mnie, że wśród nich nie ma nikogo, kto chciałby na mnie „spojrzeć”.
męczy mnie praca. jaka tam praca, powie ktoś. idź popracować (tu wstaw dowolne miejsce, najczęściej miejsce pracy mówiącego), to zobaczysz co to praca… dobrze. ale powiedzcie, ile czasu mozna w kółko przygotowywać się do sprawdzianów, referatów, recytacji, klasówek, wiecznie wchłaniać wiedzę, wiecznie być przygotowanym, uważnym, cichym i pilnym?! bo właśnie to jest potrzebne, by pochłaniać wiedzę jak gąbka, by dobrze napisać legendarny już egzamin, by się dostać tam gdzie trzeba. zarabiamy na siebie już teraz. ale ludzka wytrzymałość i odpornośc na stres też gdzieś się kończą…
moja właśnie wyparowuje. końcówka semestru. większośc ocen już wystawiona, jeszcze tylko na kilka mam wpływ: na te najważniejsze. matematyka i biologia, może ewentualnie historia. 2 klasówki, poprawa. monstra. oceny wystawia się u nas do 4. lutego. potem chwila ciszy (ale już zbieramy oceny na nowy semestr – zarabiamy na siebie do przodu). dwa ostatnie dni przed feriami to egzaminy próbne, które też zostaną ocenione i na które też trzeba się przygotować. dowiedzieliśmy się o nich w zeszłym tygodniu. szlag mnie trafia.

co ambitniejsi oddają się na całego wyścigowi szczurów. na pierwszy rzut oka ja też należę do tego grona, ale nie – ja wyczuwam jeszcze granice. nie upokorzę się. nie będę za wszelką cenę walczyć o samą cyferkę na papierze. mam jeszcze jakąś godność.

w ferie tez sobie raczej nie odpocznę od jeżdżenia. będę dojeżdżać na pobyt dzienny do sanatorium. jeszcze nie wiem w jakich godznach, ale zajmie mi to 2 tygodnie. jeżeli przez ten czas równolegle nie naładuję akumulatorów (do tego potrzebny mi spokój i cisza, najlepiej we własnym pokoju), chyba na początku ostatniego semestru przed egzaminem – popełnię samobójstwo. albo przynajmniej złapię anginę, na jedno wyjdzie, jeśli patrzeć przez pryzmat cyferek na papierze. albo mnie nie będzie, albo będę miała ogromniaste zaległości, co odbije się negatywnie na cyferkach. i znów nie spełnię oczekiwań, nauczycieli („taka dobra uczennica!…”), mamy („i tak jestem z ciebie dumna”), babci („no nic, tym razem się nie udało…”), a najbardziej swoich („żegnaj LO2/ 1″). czyli, mówiąc prościej: jeżeli nie odpocznę przez ferie, to będzie ze mną krucho.
już jest…

po 6 lekcjach i 2 godzinach kółka polonistycznego (zostałam wypchnięta na olimpiadę. powód do dumy? raczej udręka…) wracam gibającym się na wszystkie strony pociągiem do domu. jakieś 2 godziny zajmuje mi dojście do siebie. jakiś czas spędzam przed komputerem, zwykle montuję notkę na bloga o tym jak mi źle i smutno, ewentualnie przeglądam inne blogi. na moim własnym od 0 do 2-3 komentarzy ludzi, którzy się chwilowo zainteresowali. którzy lubią czytać czyjeś życie, czyjekolwiek. podglądactwo kwitnie. nic trwałego. właśnie w tym problem. za dużą wiarę bardzo długo pokładałam w ludziach z sieci. już chyba nauczyłam się odróżniać rzeczy wartościowe od gównianych, między innymi przyjaźń przez neta. tak się składa, że ludzie zapominają o tobie do momentu, aż sami nie będą cię potrzebować… wiem że w realu też tak jest, ale nie ze wszystkimi… tu wszyscy tacy są.
owszem. myślałam, że to przyjaźnie. ufałam, naprawdę. liczyłam, że kiedy będzie źle, nie zostanę sama. były obietnice, zapewnienia, ciepłe słowa. ale słów nie wystarczy na zapas. ich siły, którą w danej chwili mają w sobie, nie da się przechować. zostaje tylko różowawa mgiełka pachnąca mdło – zasuszonymi różami. kiedy naprawdę robi się źle, ta mgiełka wywołuje pusty śmiech…
więc pisząc tu, sprawdzając co dzień skrzynkę, zarówno tą na wp jak tą na klatce schodowej, pozwalam moim dłoniom działać mechanicznie. bo jeśli nie upomnę się, nie zawołam: hej, ludzie, potrzebuję was!, to nikt nie wróci. dalej będę tu sama. sama w sieci i sama w mieście. jeśli nie zawołam, nikt nie wróci. widać nie mają po co.
czekałam na list. czekałam od 11 stycznia. już nie czekam. warszafka płonie… kolejna spalona mieścina na mojej liście.

jeśli chodzi o bajkę o puszce po Fancie i miękkim zeszycie, na razie brak nowych epizodów. rozstrzygnięcie nastąpi jutro, jutro też mam nadzieję opisać całą historyjkę. wesołą lub smutną, zależy czy na finale stracę czy zyskam… chociaż… już teraz mam z niej ubaw. i zaróżowienie na skroni.

a więc do jutra, wielki świecie… matematyka czeka. jeździec apokalipsy spadł z siodła…

cats i trochę bzdetów.

znalezione w foliowym worku zawiązanym i wrzuconym do śmietnika na ulicy. trzy. nawet nie jednodniowe, zaraz po urodzeniu zabrane od matki i skazane na pewną śmierć – jak nie na mrozie, to albo z głodu, albo z braku tlenu. trzy kocięta: szaro-czarne, popielate i czarno-biało-rude. Herman, Mrotek i Paprotka.
dwa tygodnie. mieszkają sobie w kartonie wymoszczonym szmatkami, ogrzewanym lampką. zajadają specjalne kocie mleko w proszku. mama wstaje na karmienie co 2 – 3 godziny. uruchamiają jej się odruchy macierzyńskie.
popielaty, Herman, o połowę mniejszy od reszty. żyje 1,5 tygodnia. odpaża się, robią mu się rany na tylnych nogach, skóra pęka. kot przestaje jeśc i umiera. mama z nim rozmawiała: Hermanku, żyj, proszę cię… chciała go zatrzymać, jeśli się odchowa. miał takie wielkie, czarne oczy, kiedy je już otworzył. nieprzytomne, zamglone. nawet nie płakał, zmarł cicho…
Paprotka, jego siostra, większa, silniejsza. przez 2 tygodnie wszystko było ok. może 2 dni po śmierci Hermana też zaczęła chorować. przestała jeść. nie wiadomo było co jej jest. Mrotek też zaczął słabnąć, ale wolniej. odwodnili się. u weterynarza dostali zastrzyk odpornościowy. Paprotka – skóra i cieniutkie kości. słabła. nie była nawet samobieżna. dzisiejszą noc przepłakała. nie przełykała, nie ssała butelki: jakby chciała a nie mogła, jakby sprawiało jej to wielki ból. leżała zawinięta w kocyk i przez całą noc co ilka minut miała ataki płaczu, jakby towarzyszyły atakom bólu. pojękiwała cicho, boleśnie i smutno. nad ranem straciłśmy też biało-czarno-rudą kotkę – Paprotkę.
został Mrotek. dziwnie wygląda sam w dużym pudełku. jest najsilnieszy. też ma poodpażane łapy, ale wierzę że przeżyje. zaczyna się bawić z mamą, powoli spaceruje, uczy się lizać łapki. ma największe szanse.
chciałabym, żeby u nas został. za trud i czułość mamy włożone w tamtych dwoje.

kto ma kota, ten zrozumie, dlaczego nie mogę napisać „zdechł” zamiast „zmarł”…

wczoraj wieczorem łzy z powodu samotności. z powodu wielkiego ciężaru, którego nie mam na ki złożyć. z powodu zwątpienia i słabości.
w nocy łzy najpierw z powodu płaczącej Paprotki – każde miałknięcie przepełnione bólem, któremu nie możemy zaradzić.
nad ranem łzy z powodu zmory, jaka mi się przyśniła. wypadek, śmierć, telefon, kostnica, zmasakrowane ciało. mój Błażej nieżywy, a ja leżę obok niego i tulę się do zimnego, sztywnego, obcego mi już ciała. i chciałabym tam też umrzeć. i potem ja pilnująca wszystkiego. pogrzeb. popiół na naszej górce przy kukurydzy. w tym roku rosły tam buraki, ale dla nas to na zawsze będzie kukurydza. przebudzenie. łzy na poduszce i paniczny strach. milczący telefon.
ta noc przyniosła roztrzygnięcie. jeden sen podjął za mnie decyzję. już nie wątpię.

ps. dzisiaj pan Paweł zaczął ciekawą historię… przypuszczam że ten wątek będzie miał ciąg dalszy. dam jeszcze znać. główną rolę grają: pusta puszka po Fancie, która poszybowała prosto w czoło Pawełka oraz zeszyt, którym tenże Pawełek mi oddał. na poważnie. cieszę się, że to nie była dłoń.
arivederci…

krótka notka na miły wieczór

.

ta kropka to ja.
pod nią nie ma nic, nad nią ani obok niej też nie ma nic.
i jeśli sama nie będzie o to zabiegać, nikt się nad nią nie pochyli.
bo i po co. przecież to tylko zwykła kropka.
jak każda inna ma swoje problemy i radości. po co poświęcać jej choć minutę uwagi?
kogo obchodzi, co ta kropka myśli?
kogo będzie obchodzić co się z nią stanie, kiedy przestanie być pożyteczna?
nikogo, no właśnie.
dobra kropka to taka, która mało mówi, dużo słucha.
ta kropka jest złą kropką.

strachy na lachy

efektem wczorajszej mgły jest wszechobecny szron i długie, ostre kryształki szadzi. każda najdrobniejsza gałązka na każdym z drzew w parku za oknem pokryła się bielą. nad drzewami inna biel, zachmurzonego nieba brzemiennego śniegiem. przy nim szron wydaje się fioletowy. pamiętam takie dni z dzieciństwa. wtedy brało się lalki do wózka i całymi dniami spacerowało po parku albo budowało igloo. zawsze miałam bujną wyobraźnię, dlatego uwielbiałam takie obrazki jak dziś.

obudziłam się w ogóle koło 10:00. cieszę się, że nie później, bo męczyłabym się w tym kretyńskim śnie, jaki mi się przyśnił… właściwie budziłam się z niego kilka razy, ale o 10:00 zdołałam się uwolnić.
we śnie błądziłam po wielkim mieście. to mi się czasem zdarza. w którymś momencie sama nie wiedziałam czy przed kimś uciekam, czy czegoś szukam – to było dosyć skomplikowane. grunt, że jechałam kolejką miejską, której tory płynęły sobie w powietrzu, niczym nie podpierane. z jednej strony miałam wierzowce i przystanek autobusowy, z drugiej jakąś ogromną fontannę i sztuczne jezioro. bałam się jak cholera, zwinęłam się w kłębek na siedzeniu.
w końcu wylądowałam w jakimś ogromnym parterowym domu. błądziłam po nim dość długo, kompletnie zdezorientowana. meble i ściany wydawały mi się sztuczne, jakby z dykty. jak scenografia reality show albo serialu. w jednej części domu kręciła się masa małych dzieci, robiły co im się podobało. było tam osobne wejście od ulicy. w drugiej spotkałam jedną starszą kobietę, a później jedną młodszą. starsza mnie pogoniła, nakrzyczała że wchodzę nie od tego wejścia co trzeba i powinnam zostać w drugiej części domu bo tu nie ma wstępu. trochę się dalej pokręciłam, aż młodsza się mną zaopiekowała i pozwoliła mi tam zamieszkać.
któregoś dnia (miałam świadomość że wydarzenia dzieli trochę czasu, jak w filmie) usłyszałam, że ktoś puka do tylnych drzwi. otworzyłam je i zobaczyłam Błażeja. i tu zaczął się cyrk.
na oko widać było, że jest zalany. uświadomiłam sibie, że przez całą poprzdnią częśc snu to przed nim uciekałam. zobaczyłam go i od razu zamknęłam drzwi. nie zdązyłam ich pozamykać na zamek, otworzył je i coś chciał tłumaczyć. krzyknęłam, żeby sobie poszedł bo nie chcę z nim rozmawiać. ciąg dalszy snu to jego przychodzenie i tłumaczenie, moje zatrzaskiwanie drzwi i uciekanie. nie widziałam w nim mojego Błażeja, widziałam alkoholika, który mnie prześladował, od którego próbowałam uciec. nie ufałam mu absolutnie, we śnie czułam do niego odrazę. do tych łez kapiących po policzkach kiedy wymawiał moje imię („Aniu, porozmawiajmy!”), do tych brudnych włosów i przepoconego ubrania. o coś mnie błagał, ale bałąm się z nim rozmawiać. czułam dokładnie to, co na jawie czuję do pijanych ludzi. i fakt, że to był Błażej, niczego nie zmieniał.
na samym końcu on walił do drzwi, a ja leżałam na łóżku i płakałam. zatykałam uszy, żeby go tylko nie słyszeć.
i w końcu się obudziłam.
gdzieś na granicy między jawą a snem pomyślałam tylko, że jeśli to się kiedyś wydarzy, to nie dopuszczę do takiej sytuacji. wiem, że z jednej strony moja obecność by mu pomagała, ale z drugiej – przecież nie na taką odległość. nasze słynne zdanie: „pomagałbym ci, ale już nie będąc z tobą”. właśnie to sobie pomyślałam.

zły sen…

pees

jeszcze dwie rzeczy. jednak mam o czym pisać.
próbowałam napisać maila do redakcji Teraz Rocka ze swoimi typami do plebiscytu ‚teraz najlepsi’. i – za przeproszeniem – dupa. spędziłam chyba z godzinę głowiąc się, co miało miejsce w tym, co w zeszłym roku, a co jeszcze kiedy indziej. przeglądałam gazety, grzebałam we własnej muzyce. ciężko. w efekcie udało mi się wyłonić tylko kilka typów.

TU
rozczarowanie (to mi najłatwiej przyszło)

- przeróbka „Where the wild roses grow” Cave’a, jednej z moich najulubieńszych piosenek, wykonana przez duet Maleńczuk & M. A. Jopek. totalny niewypał. obleśny, nic nie wyrażający, stękający i śliniący się Maleńczuk, nieporadny przekład tekstu, za niska tonacja jak na możliwości głosowe Jopek. gdyby to odrzucić, zostaje linia melodyczna – niezmienne dzieło mistrza Cave’a. jeśli już się porywają na takie piosenki, niech robią to bardziej przemyślanie… jeśli ktoś ma ochotę popolemizować na temat tego utworu, chętnie podyskutuję :>
- czasopismo muzyczne MUZA, które podpadło mi w wielu punktach. a może po prostu doń „nie dorosłam”. irytują mnie próby wrzucenia wszystkiego do jednego worka, pomieszania stylów muzycznych, dzielenia ich płaskimi kategoriami. chwalą się dobre wywiady (mn in. Placebo, Morcheeba), ale minusów jest więcej… poza tym zdecydowanie odmieny gust recenzentów płyt od mojego. to, co ja bym zjechała, oni wychwalają. po prostu nie chce mi się czytać…
- reaktywacja KOMBI, o tym już tu pisałam, więc nie będę się powtarzać.
wydarzenie
- R.E.M. w Polsce. nie było mnie, chociaż marzyłam o tym koncercie. ponoć wyszedł całkiem nieźle. byli i Maideni, ale Maideni bywają co sezon ;P a R.E.M. był pierwszy raz.
- nieśmiało wtrącam ostatni woodstock, nie wiem czy wydarzenie czy rozczarowanie (mówię o tym że OSTATNI, nie że woodstock), to zależy co będzie dalej
wykonawca wszech czasów
- kto zadaje takie głupie pytania… Czesław Niemen oczywiście
album
- tu miałam problem… myślałam o ostatnim Akuracie, stanowczo odrzuciłam ostatniego Heya, bo to już nie moja liga. ostał się „Tribute to Kryzys”, z tego co miałąm okazję słyszeć – fantastyczne.
nadzieja
- i tu zaskoczenie. dwa głosy adekwatne, jeden nijak nie pasujący, ale nie mogłam się powstrzymać… otóż moje olsztyńskie (najpierw zrobiłam literówkę, napisałą „oisztyńskie – i zgodnie z prawdą, niestety) ukochane chłopaki z Hype’a, kłobuckowa Całą Góra Barwinków na spółkę z Końcem Świata. a ten niepasujący: Fisz. eFIeSZet. mój ulubiony polski raper, jeden z dwóch zresztą :-) nadzieja na co? na to, że się w końcu wybije gdzieś wyżej, jest tego wart… chociaż może chodzi trochę o urok tajemnicy i podziemia :P
zespół
- no jakże by inaczej, oczywiście się zaplątałam… pomieszały mi się daty i wydarzenia. z chaosu wyłoniła się jedna ino nazwa: Alians. tak tu wpiszmy. lubię ich głównie za odwagę potrzebną do grania w obskórnych spelunach Olsztyna.
przebój
- no i tu zaczyna się cyrk. z jednej strony nic nie wyróżniło się na tyle, żeby mi jako pierwsze przyszło do głowy. z drugiej to co mi przyszło nie nadaje się do plebiscytu na ‚najlepsze’. smutne… w końcu napisałam 2: „Here I Am” względnie „Urke” Wilków i „Bo tutaj jest jak jest” Borysewicz & Kukiz. pomyślałam jeszcze o cholernym wyciu pani Wyszkoni („Oczy szeroko zamknięte”), ale to mi jednak na rock nie zasługuje… pomińmy milczeniem.

TAM
zespół

- Placebo za ostatnią płytę i ilość stron zajmowanych w Muzie i Teraz Rocku z tej okazji. za promocję i klasę. bo o talencie i mojej miłości do tego zespołu też uż ze 100 razy pisałam… no i jeszcze White Stripes, chociaż raczej kiepsko znam ich tfurczość… głównie za ilość stron.
rozczarowanie
- nowa Metallica (bleee… gdzie tu pałer?!), nowe Limp Bizkit i cyrki z nim związane, ostatnie wydawnictwa Linkin Park… płyta, z której wyszedł jeden singiel (chyba), DVD… komu to potrzebne… ehh, dużo złego się działo.
nadzieja
- Starsailor. nadzieja na co? na to, że nie zjadą z formą i zostaną na stałym, wysokim poziomie.
album
- rozbiegam się między ostatnim Coldplayem, ostatnim Starsailorem, ostatnim Placebo i jeszcze jakimiś 8 innymi płytami…
wsze czasów
- Pink Floyd.

przy okazji poczytałam sobie trochę poomijanych wcześniej materiałów. jedyna konstruktywna myśl to szacunek dla Budzego. tyle, z rzeczy wartych wspomnienia.

aolaolaolaolaolaolaolaolaolaolaolaola

równo 100 dndo Nie Zabijaj. ładna liczba.
523 dni za nami, 100 przed nami. lubię liczby.

z ciekawszych rzeczy? do dzisiaj zima czarowała świat śniegiem, mnie zaczarowała do tego stopnia, że zaczęłam się przejęzyczać (np. zamiast ‚śmieszniej’ wymskło mi się śnieżniej’). a dzisiaj niespodzianka. wracałam do domu w gęstej mgle. osobiście z dwojga złego wolę zasypiać ze świadomością, że za oknem mój park wygląda jak Narnia (C. S. Lewis) oraz budzić się z tą samą Narnią, tylko jeszcze bardziej zasypaną, niż błądzić we mgle, mając za przewodniczki blade światła latarni zamiast gwiazd. mgła mnie przeraża i niepokoi. symbol nieznanego, tajemnicy, dla mnie też zagubienia i niemiłych niespodzianek.
jeszcze bardziej przyziemnie: boli mnie pierś. prawa. to nie jest miłe ani pozytywne. powiem więcej: to jest niepokojące.

jakiekolwiek przejawy poezji i wrażliwości chowam coraz głębiej. w pociągu słucham Pidżamy albo jakiegoś reggae, czasem Sweet Noise. Maciek poprosił o coś z gotyku, lubi nowe doświadczenia, ale raczej chyba chciał się podlizać. dam mu co będę miała, z wyjątkiem Fin de Siecle, bo obiecałam że tego nie będe pożyczać. gdybym teraz zaczęła słuchać gotyku i wypuściła z siebie te wszystkie demony, nie wiem czy poradziłabym sobie ze swoim umysłem. muszę się muzyką dopingować, naładowywać energią. niechby to był i bunt, zawsze to jakiś napęd.
mało rysuję aniołów. powstają tylko w chwilach załamania, słabości. a ja takim chwilom nie pozwalam trwać. wiele razy już pisałam że mam o co walczyć z depresją. paradoks: depresja jako stan konstruktywny.
pisać jednakowoż umiem dalej :-) bodajże w poniedziałek miałąm do napisania charakterystykę. rzadko się to robi w naszym wieku, a ja tak lubię… lubię pisać prace według konkretnej narzuconej formy, mimo iż później wszyscy mają podobne. kiedy formę muszę stworzyć sama, trochę się boję, że skiepszczę temat. ale jak na razie mam do tego dobrą rękę, pierwszy pomysł bywa najtrafniejszy. ale wracając do charakterystyki. ociągałam się, wykręcałam. efekt: nie było mnie na lekcji, na której omawialiśmy tę postać. nie miałam z niej nawet notatek, dysponowałam tylko książką i fragmentami własnoręcznie znalezionymi. pracę pisałąm w okolicach godziny 23:00, kiedy to zwykle dawno sobie smacznie śpię – naturalny był stan zaćmienia umysłowego.
i co dostałam: celujący. za trafne określenia, lekki język i przemyślaną treść.
niektóre rzeczy robią się same… :-)

nie chcę pisać o smutnych rzeczach. nie chcę pisać o tym, co mnie męczy. nie chcę pisać o terminach, o niedomiarze czasu na odpoczynek. ani o szarości kolejnych dni, ani o tym co zatruwa mi myśli. problem w tym, że poza wymienionymi w zasadzie nie mam juz o czym pisać…
ha, grunt to optymizm. zawsze mogło być gorzej. cieszmy sę z tego co już osiągnęliśmy. :-)

no i mam sa sobą kolejną antykonstruktywną notkę… ;-)