szczerze…?

szczerze…? Mam ochotę płakać, krzyczeć, niszczyć, rzucać przedmiotami, mam ochotę uciekać, zapomnieć, cofnąć czas i to wszystko… mam ochotę poznać prawdę, usłyszeć ją wreszcie, ale równocześnie panicznie się jej boję. Boję się bólu, który może nastąpić… boję się złych deecyzji i ich konsekwencji.
Chcę, żeby to wszystko okazało się dobrym snem.
Chcę nie być. Chcę nie być. Chcę żeby nie dało się mnie dotknąć, określić, nazwać i zranić, wykorzystać, zamanipulować mną. Nie chcę, żeby pojedyncze słowa i wydarzenia układały się w mojej głowie w jedną fłaszywą całość, kiedy nie mam na nią namacalnych dowodów. Chcę nie myśleć i nie czuć, i nie czekać już na nic. Chcę mieć po prostu święty spokój.
Dlaczego to wszystko jest takie niesprawiedliwe… Czy mnie już nie wolno nikomu zaufać?!

lamentacja kolejna, ciskanie gromami we wszystko i wszystkich…

Zastanawiałam się, czy poprzedniej notki nie wyrzucić. Powstała po części z nudy, po części z zadowolenia z siebie. Teraz myślę, że taki wyjątkowy moment zasługiwał na uwiecznienie, notka zostanie. Nie często ma się powody do zadowolenia z siebie.
Spier… znowu nikt do mnie nie napisał :-( [sprawdzam pocztę]

Kot wspiął się na oparcie kanapy. Jest z siebie dumny. Ma tylko jedne problem: jeszcze nie wie jak się schodzi z oparć kanap… No ale ćwiczenie czymi mistrza. Mam nadzieję, że Kot nie będzie musiał tam długo mieszkać.

Teraz już zdziebko ochłonęłam, ale nie do końca… dzisiejszy dzień trafił się dosyć ciężki. Nie wiem czy to wina hormonów, czy jestem nerwowa i nadwrażliwa… w każdym razie mam kłopoty z organizacją Nie Zabijaj. Liczyłam, że Kulig mi pomoże, ale się wypiął. Tomek naciska na mnie, mam najgorsze wyniki w sprzedaży biletów – ale ja nie chcę się bawić z ekipą w wyścig szczurów, sprzedam w swoim czasie. Żeby on już mi przestał truć…! Poza tym ferie udały mi się jak cholera. Nie umiem odpoczywać, kiedy na konkretną godzinę muszę być gotowa, wyjść z domu i zdążyć na busa do sanatorium. Pierwsze co robię rano – patrzę na zegarek i planuję co mam do zrobienia prze 15:00. Co to za ferie, pytam się? Pilnowania zegarka mam aż za wiele w trakcie szkoły… Męczy mnie to bardzo. Jeszcze bardziej perspektywa bliskiego powrotu do szkoły, kiedy będę musiała godzić ze sobą – lekcje i sanatorium. Olimpiada, klasówka z geografii, a to dopiero początek. Jeszcze się nie zaczęło a ja już MAM DOŚĆ. To się skończy jakimś wielkim nieszczęściem.
W sanatorium na odchodnym pielęgniarka informuje mnie, że mam jutro przyjechać na 8:00 rano – jeszcze lepiej. Będą mi pobierać krew. Rzecz, jakiej nie znoszę najbardziej pod słońcem. Wolę 10 razy dentystę niż raz pobieranie krwi. Mdleję. To niezależne ode mnie. Już teraz się denerwuję!
Wracam do domu. Mniejsza z tym, że rehabilitantka nam dzisiaj dowaliła ciężkie ćwiczenia i w związku z tym jestem zmęczona i przepocona. Po cóż mi zostawiać klucz, albo chociaż kartkę w drzwiach, gdzie się poszło? No po cóż? Przecież ja naprawdę uwielbiam brnąć w intensywnych opadach śnieżnych od domu do domu, pytając wszystkich wujków czy nie ma tu mojej mamy. Zaiste, jest to moje ulubione zajęcie.
Dostaję się do mieszkania. W łazience przebieram się i sięgam po coś z niskiej półki. Przy okazji nabijam sobie guza, uderzając czołem o krawędź zlewu. Zdejmując to coś, nieopatrznie strącam żelazko, które upada na kafelki z niemiłosiernym jazgotem. Siadam na kafelkach i pozwalam wypłynąć ze mnie wściekłości pod postacią łez. Nie płynie sosbie długo, szybko ją tłumię. Nie lubię kiedy ktoś widzi że płakałam. Tym bardziej nie lubię się tłumaczyć z powodów, dla których płakałam.
Tak więc siedzę sobie teraz, tłumiąc złośc jedzeniem. Piszę notkę i użalam się nad sobą. Może chociaż komputer mnie wysłucha.
Zadzwonił Błażej. Zaczął się ze mną droczyć, chociaż go uprzedziłam że jestem wściekła. Potraktowałam go szorstko. Obraził się.
Ludzie, jak ja ma dośc tego wszystkiego!!!

Później:
(biegam po kanałach, nagle olśnienie)
Tak! Misia Uszatka będę oglądała. O. :[

srutututu…

Znaczna częśc poranka upłynęła mi na porządkowaniu muzyki zamkniętej w komputerze. Myślę, że osiągnęłam sukces: popodpisywałam anonimowe mp3, powywalałam to czego nie lubię, posegregowałam i poukładałam. W efekcie mam na własnym dysku masę pojedynczych płyt wzgl. mp3 posegregowanych według wykonawcow, a na dysku mamy kilka rzadko słuchanych płyt i wielki worek z bałaganem mp3 – to co było porozrzucane gdzieś po kątach przejrzałam i tu wsadziłam, same najlepsze rzeczy. 159 elementów w folderze :-)
Teraz upajam się sukcesem i słucham Włochatego, którego trochę wygrzebałam z kątów, o istnieniu kilku kawałk nie miałam bladego pojęcia… Jak to dobrze czasem zrobić porządek :P
Moje typy: „Tupac Amaru…”, „Pozytywny„, „Twoje życie w twoich rękach„, „Uderzaj teraz„.

Jutro koncert w Olsztynie… Pankregeparty. A mnie tam oczywiście nie będzie, z braku wesołej kompanii gotowej stanąć u mego boku (muszę poszukać giermka na takie okazje…) oraz – głównie – z braku funduszy (muszę obrabować kilku bogaczy…). Ominie mnie Farben Lehre, Habakuk i Proletaryat. W charakterze supportu jakiś pan DJ, pewnie soundsystem. Ale to i tak drobnostka w porównaniu ze Szczecinem, gdzie jako support gra mój wielki WŁOCH(A)TY… :-|
Gdybym miała wypisać tu wszystkie koncerty, które już mnie ominęły… ehhh… palców by mi zabrkło do walenia w klawiaturę… Z ostatnich nieodżałowanych: Pidżama Porno i Zielone Żabki, no i Alians…
Ale na pociechę mam jedno. Moi ulubieni wiejscy grajkowie (wczoraj doszłam do wniosku, że niedługo zaczną grać po weselach hardcore’owców…). Kiedy panowie z zespołu Kangaroz nie mają co robić albo zaczynają przymierać głodem, nieomylnie zaprasza ich na koncert nasz MDK (30 km od Olsztyna, więc po znajomości). Tu zawsze znajdzie się garstka ludzi cienia, którzy poskaczą przy cięższych gitarach. Ja osobiście nie mam o Kangarozach najlepszej opinii, raczej nie kupię nigdy ich płyty, ale dawno nie skakałam. 6 złotych polskich to nie majątek. Zawsze to jakaś iskierka…
Następna skacząca impreza dla mnie to będzie zapewne dopiero Nie Zabijaj (2 maja)… trzeba brać, jak dają…

miau.

Kot ma brzuch w kratkę, naprawdę… a w tym tygodniu wabi się Hjenio. Od Hieny.

Coś zrozumiałam… wypisanie się tu to nie koniec sukcesu. Pokazanie co mi w głowie siedzi nie jest jednoznaczne z pokonaniem tego czegoś. Wypisanie się, i owszem, czasem pomaga, ale tak naprawdę nie tędy droga, trzeba wszystko mocno wziąć w garść i samemu pokierować sobą i życiem, bo nikt tego za mnie nie zrobi, a siedzenie na tyłku i użalanie się do niczego nie doprowadzi… Często stosuję taką praktykę, żeby zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Za każdym razem to okazuje się róznie nieskuteczne i za każdy, razem przeżywam niemiłe zderzenie z rzeczywistością.
To moje rączki i nóżki… i mój łepek… nikt nic za mnie nie zrobi, nie pójdzie za mnie w dobrym kierunku ani nie poukłada sobie poglądów.
Oczywiście, ktoś może mi pomóc. Ale moje próby stawania na własnych nogach nie mogą się ograniczać do wołania o pomoc…
Sprawdziło się najlepsze w świecie lekarstwo. Sen. Przespać, obudzić się z siłą na przeżycie nowego dnia. Ruszyć się, dalej samo pójdzie.
Znajduję niekłamaną przyjemność w pisaniu sobie dla siebie. Przestałam stawiać notkom intelektualne wymagania. To już nie są moje wymuskane skarby. I jest mi z tym dobrze.
Oj, późno… znikam. Ins sanatorium I went.

}:-[ (i bonus gratis)

Uhhh. Siedzę najpierw przed telewizorem (film o otyłości), potem przed komputerem. Łepek mi lata na wszystkie strony po dzisiejszej sesji morderczych zmagań z sanatorium (notabene nie było aż tak koszmarnie). Jestem skłonna zasnąć na krześle i chętnie bym to zrobiła, gdyby nie zwisający nade mną złowieszczo obowiązek nakarmienia zwierząt domowych. NIE CHCE MI SIĘ… odmawiam inicjatywy.
Siedzę. Zjadłam jogurt (osławiony makowo – migdałowy), ale dalej jestem głodna. Dobra, zbieram wszystkie siły, podnooooszę się z krzesła i turlam do kuchni…
… a tu w zasadzie nie ma nic dobrego… trzeba by szukać, wyciągać, kombinować… nie chce mi się…
Wracam do pokoju. W drodze wpada mi do łba myśl, że to całe szczęście, że nie mamy wagi w domu. Stawałabym na niej 18 razy dziennie.
Siadam na krześle. Głodna jestem… ale. Chrzanić to. Sama nie wiem czego chcę…
Głupie, ale nie lubię Ani, którą znam z lustra, wtedy kiedy patrzę tylko na jej powierzchowność… dużo bym miałą do poprawy… i czasem się mszczę na tych niedoskonałościach. A czasem o nich kompletnie zapominam. To się nazywa samoakceptacja.
W chwili obecnej mam ochotę zrobić sobie krzywdę. Jest mi niewygodnie, źle, niefajnie we własnym ciele. Nie-na-wi-dzę-go. Chciałabym nie musieć na nie patrzeć.
Tym optymistycznym akcentem…
A. Jeszcze jedno. Zaszyłam sobie spodnie… znów była dziura na kolanie… tym razem załatałam zielonym dżinsem. Piękne, ach.

Po chwili dopisane:
Kurde. Nie spodziewałam się. Nie byłam na to gotowa. Czy ja się poddaję? Udało mi się zerknąć na siebie z zewnątrz, z innej perspektywy… o to walczyłam od listopada? Żeby teraz się poddać, bo akurat pogoda mną zawładnęła, z odrobiną niesprzyjających okoliczności… Dałam się pokonać, przegrałam bitwę. Ale to nie skreśla całej wojny i tego, co zwojowałam. Nauczka jest jedna. W walce z zimową depresją nie wolno ani przez moment spoczywać na laurach. Bo sytuacja do końca nie jest jasna. Ja przestałam być czujna i już daję się opanować, coraz to nowe części mnie padają pod atakiem. Nie mogę na to pozwolić, jeszcze nie jest za późno, dam sobie radę, leży to w granicach moich możliwości, mam dla kogo walczyć, jeden jedyny człowiek jest na mnie zdany i moja siła jest jego siłą, z niej czerpie miłość. Ale już dałam się zagonić w sprzeczności. Odrzucam życzliwych ludzi o zdrowym spojrzeniu, bo nie potrafię z nimi rozmawiać, nie wiem… bo minęło za dużo czasu, bo nie potrafię się odblokować… Ale potrzebuję kogoś, kto by mnie przejrzał. I uporządkował. Potrzebuję pomocy. Bo kiedy jest tylko jeden taki człowiek, na dodatek gdzies tam, daleko… który nie może na bierząco mnie wysłuchać i docenić, i wesprzeć… pozostaje duża doza niepewności.
Stąpamy oboje po niepewnym gruncie…
Dam sobie radę? Powiedzcie?

senne mary

„Kiedyś miałem niezwykły sen, do dzisiaj wątpię czy się w ogóle przyśnił… Czy ktoś ze mnie zakpił? Tak trudno było w to uwierzyć…”

Wersja I
Siedzę sobie na skwerku z moimi kochanymi koleżankami z klasy. Jest wcześnie rano, o 9:00 mamy pisać egzamin, ale jest jeszcze trochę czasu. Obserwujemy sobie dziewczyny siedzące obok: absolwentki naszej szkoły. Są wesołe, pogodne – mają już egzamin za sobą i śmieją się z nas. W którymś momencie Natalia przygląda mi się uważnie i pyta, gdzie mam strój galowy. Ona też zapomniała. Pożycza mi 10zł i biegniemy obie (dosłownie, pędzimy) przez miasto w poszukiwaniu sklepu, w którym kupimy byle co, oby w potrzebnych kolorach. Rozdzielamy się, Natalia zrezygnowana idzie na pizzę. Ja znajduję sklep na drugim końcu miasta, kupuję pierwsze lepsze byle co i biegiem wracam. Moje byle co to czarna, włóczkowa, włochata, gruba spódnica aż do ziemi i bluzka na ramiączkach z miałego muślinu z drobnymi haftami, o wiele za szeroka i za krótka oraz prawie przezroczysta. Wyglądam w tym wszystkim tragicznie, ale chwytam, płacę i wracam biegiem do szkoły. Oczywiście spóźniam się na egzamin.

Wersja II
Tym razem mam na sobie strój galowy (ten sam co w wersji I, ale zawsze to jakiś…). Siedzę już na wyznaczonej sali, panie rozdają testy matematyczne. A ja w panice szukam długopisu. Przewalam plecak dokładnie, znajduję stary ołówek (no czego jak czego, ale ołówków to ja zawsze będę miała pod dostatkiem), ale jak tu pisać ołówkiem… Wypytuję wszystkich, czy nie mają przypadkiem jakiegoś długopisu zapasowego, ale jak zwykle nikt nie ma. W ławkach przede mna siedzą złośliwce z IIIa i oglądając się na mnie rechoczą między sobą. W końcu ktoś daje mi prawie wykończony czarny wkład do długopisu. Starczy mi go na napisanie połowy testu, resztę oddaję pustą.

Wersja III
Mam wszystko co trzeba, ale jest już późno. Biegnę spanikowana przez miasto, w cienkich sandałkach po brukowanej kamieniami ulicy. Kiedy dobiegam na miejsce, spotykam x. Andrzeja (nie wiem skąd się tam wziął), który zabrania mi wejść do szkoły, ponieważ egzamin już się zaczął i nie wolno przeszkadzać. Spóźniłam się, więc nie piszę i zostaję na drugi rok.

To sny wczorajsze. No i poiwedzcie, nie zastraszają nas w tej szkole?! :-|
Ze snów dzisiejszych pamiętam mało. Wiem, że 3 razy zasypiałam i 3 razy śniły mi się koszmary, z których się podrywałam, a nie budziłam. Potem próbowałam zasypiając myśleć o czym innym, ale wychodził z tego nowy koszmar.

Rzecz znów działa się w szkole, w mojej podstawówce. To, co najwyraźniej pamiętam, to polowanie na żaby. W trakcie biologii dwie klasy wyszły obserwować bardzo ciekawy gatunek żab. W zasadzie żabami były tylko z nazwy, bo stanowiły płaski, śluzowaty kawałek mięsa z okrągłym zgrubieniem w kształcie pęcherzyka na środku. Miały czarnozieloną skórę i były mocno jadowite. Kiedy pływały po wodzie, mięso kurczyło się i rozluźniało w obrzydliwy sposób. Były ich w rzece dziesiątki. Mieliśmy je oglądać, ale one z tej rzeki wylazły i rozpełzły się wokół najbliższego domu. Trzeba je było zaganiać spowrotem. Nasza klasa łapała ohydne żabska, ale kochana IIIa poszła sobie na fajeczkę, zostawiając nam najgorszą robotę. Przeszły przez ulicę i stanęły przed sklepem naprzciwko. Ktoś im krzyknął, że mają wracać, spojrzały tylko z pogardą i buchając kłębami dymu tytoniowego poszły za sklep. Typowe.
Wróciliśmy do szkoły. Scena, która zaryła mi się w pamięć, napawając mnie wciąż nowym obrzydzeniem: na szkolnym korytarzu siedziała moja siostra cioteczna, mała Basia. Zignorowała moją obecność, bo miała ciekawsze zajęcie. Trzymała w rączkach to żabsko i… jadła je… ugh!

Śmieszy mnie epizod, który już 2 razy przewinął się przez moje sny. Na drzwiach mojego pokoju, prawie na wprost moich oczu, kiedy leżę w łózku, wisi plakat z trasy koncertowej Heya „10 lat po…”. Czerwone literki na białym tle, a pod spodem czarnobiałe, konturowe zdjęcie zespołu.

Pierwszy raz ten plakat przyśnił mi się przy okazji snu o Łebie. Na morzu była burza. Kiedy wróciłam z plaży (zła, bo Błażej zostawił mnie na niej samą), okazało się że nasz domek tonie. W pokojach stoi woda. Na powierzchni tej wody pływały sobie poduszki, które miały na poszewkach nadrukowane miniaturki plakatu z drzwi.

Drugi raz był dziś, przy okazji snu o podstawówce. Po skończonej lekcji w jakiejś sali nauczycielka naskoczyła na mnie, bo wszędzie było pełno obierek po marchewce, a wszyscy wiedzą że zawsze mam w szkole marchewkę. I to oczywiście moje. Na nic moje tłumaczenia, że moja jest zawsze obrana. Musiałam to świństwo pozamiatać. Na następnej lekcji pracowaliśmy z dużymi białymi planszami, na których trzeba było coś zaznaczać i przyklejać. Na chwilę odeszłam od stolika, a kiedy wróciłam, okazało się, że ktoś mi zrobił „dowcip”. Na mojej planszy widniały przyklejone obierki od marchewki układające się w czerwone logo Heya z plakatu. Głupota… :-/

bum tralala miś koala…

Wiśniową czekoladę wżeram… wszystko inne przede mną pochowane, zupełnie nie wiem czemu :| czekoladę musiałam wyjąć z własnych zapasów.
Siedzę i się wściekam, wręcz prmieniuję cynizmem, najeżyłam się. Jestem w idealnym nastroju do rozpoczynania wojen, lepiej dla wszystkich żebym dzisiaj nikogo nie komentowała ani nie oceniała, bo się ludzie mogą nie pozbierać… Warczę. Gryzę. Drapię.
Czemu?
Półka. Myślałam o niej od dawna. Wypytałam tatę, jak ją przymocować. Znalazł dla mnie wkręty. Wytłumaczył, co i jak. W końcu w środę Błażejowaty przyniósł mi ją z piwnicy (za małym okupem), a wczoraj ją wypucowałam i trochę odnowiłam. Piękna. Ciemne drewno, wyrzeźbione proste kwiatki. W stylu starych wiejskich domów. Właśnie taka jak trzeba, mam w planach wymianę wszystkich mebli w pokoju na stare, ciemne. Tak więc, półka. Miała wisieć nad stołem, też ciemnym, wisieć i pasować. Na niej chciałam postawić moje drewniane koty.
Stoi sobie teraz na dywanie, na gazetach, odnowiona, i czeka. Wkręty leżą na biurku. Więc czemu tego nie poskręcać?
Bo mamusia się nie zgadza.
Niby ma swoje powody. Płyta, stelaże, małe dziurki. Ale, cholera jasna, to się zaszpachluje później… tu i tak będzie remont w lato. Ona się nie zgadza. Pół roku marzeń leży sobie na podłodze podłożone gazetami.
Cholera jasna.
Ale ja to jeszcze pozałatwiam…

A sanatorium… uhhh. Miejsce dla mnie osobiście naszpikowane złymi wspomnieniami, kiedy to pacholęciem będąc spędzałam tam długie tygodnie, tęskniąc za domem i rycząc w ulubionego miśka – po nocach, żeby nikt nie wiedział. Czułam wtedy rzeczy takie, o których nie chcę teraz pisać, bo wiem że znów będę mieć łzy w oczach. Taka moja mała samotnicza trauma. I teraz ja, po latach zgrubsza dziewięciu, muszę wrócić do tego upiornego miejsca, znów zdana tylko na siebie. Oswoić je i poznać, bo przecież wiele się tu zmieniło. Wiele, ale nie widok z okna – poskromić wspomnienia. Stawić czoła. Krótko mówiąc – poradzić sobie. A tego nigdy dobrze nie umiałam.
Ku mojej rozpaczy, właściwy początek cyrku sanatoryjnego przeniesie mi się na poniedziałek – pierwsze hydro, pierwszy zespół. Dlaczego to się nie może już skończyć?!

Dobra. Poużalałaś się nad sobą. I co teraz, królewno? Lepiej ci?!
A figę…
To ja może już pójdę. Wrócę, jak będę umiała spojrzeć na wszystko pod innym kątem.

mortal combat

Sanatorium – pierwsze starcie.
Dam znać jak mi poszło, trzymajcie kciuki za moją odwagę i wytrzymałość psychiczną.
Niezorientowanym później wyjaśnię…

lao cola cao

No i pomyśleć, że tak cyniczna, złośliwa i zimna osoba jak Lao też czasem miewa przebłyski ludzkich uczuć. Nawet taki sopel jak Lao potrafi kochać, i to nie byle jak, bo całym sercem. Potrafi ofiarować wszystko, co ma najlepszego, potrafi budowac i tworzyć piękny dom dla tej swojej miłości, na silnych fundamentach. Cóz z tego, że Lao jest stworzeniem zamkniętym w sobie i chłodnym. I ona potrafi płakać z tęsknoty, kiedy zostaje sama na pustej, zmowej ulicy, kiedy musi odejśc choć pragnie zostać, kiedy tyle jest jeszcze słów do wypowiedzenia. Także Lao zna strach, niepewność, niepokój – i to nie takie, jakie wiążą się na przykład z etapem ustnym olimpiady z polskiego… Nawet Lao boi się słów niewypowiedzianych, a wiszących gdzieś w powietrzu. Nawet Lao czasem boi się symboli. Nawet ona łyka czasem gorzkie łzy strachu. Ale te wszystkie niepokoje zostają głęboko w środku, a na chłodnej i cynicznej twarzy Lao widać czasem co najwyżej jedną zmarszczkę na czole. Od złych myśli.
Lao zawsze pozostaje ze swoimi emocjami w cieniu, tak jest bezpieczniej. Trzyma wszystkich i wszystko na dystans, chociaż może na to nie wygląda. Odgradza się maską obojętności, kiepskiego żartu, śmiechu z byle czego. Lao boi się, by nikt prócz najbardziej zaufanych osób nie dotknął jej wnętrza, nie poznał go. Tak jest bezpieczniej, a emocje odsłaniane przed ukochaną osobą stają się cenniejsze.
Lao – outsiderka… Lao, która zawsze ma swoje zdanie, na każdy temat coś myśli. Lao – egoistka, Lao – pustelniczka. Lao – lato. Lao szczęśliwa w słońcu i na wietrze, kiedy wokół panuje cisza. Lao szczęśliwa na łące, w krainie dzieciństwa, albo w małym pokoiku przy nocnej lampce, pod kocem, w krainie marzeń i wspólnych planów. Lao – wulkan zamknięty w małym pudełku w kształcie kobiety. Lao – niejednokrotnie problem, kiedy przestaje nad soba panować. Lao – złośliwiec, ostry język. Lao – znaczy serce. Lao – znaczy JA.

małe Westerplatte

Kot przekroczył wszelkie granice moralności. Wstał sobie wczoraj o godzinie 1:00 w nocy i wlazł mi na łózko. Głodny na bank nie był. Oświadczył, że mu się NUDZI i zaczął mnie podrgyzać. Leżałam tak sobie w półśnie, podgryzana w ręce, przez jakieś 1,5 godziny. Potem już porządnie zaczęło boleć, więc kot nie miał wyjścia. Wyrzuciłam go, a on nie oponował.
Rano obudził mnie najpierw o 7:00, tak jak zwykle. Wlazł na kanapę i zaczął mnie gryźć, aż się obudziłam. Szybko sobie wycyrklował, co najszybciej działa, więc gryzł w brodę, nos i uszy. Myślałam, że jest głodny, ale babcia wyprowadziła mnie z błędu, otóż dopiero co się najadł. Czyli znów robię za kocią guwernantkę… Babcia się zlitowała, wywaliła kota i zamknęła mi drzwi do pokoju. Cóż z tego, skoro pies umie te drzwi otworzyć? Po wyjściu babci, mniej więcej o 8:30, całą polka zaczęła się na nowo. Udało mi się jednak pokonać kota sprytem: przykryłam go kołdrą. Rozleniwił się i poszedł spać… na chwilę.
Punkt o godzinie 9:00 nastąpiło decydujące starcie. Pierwszym niepokojącym sygnałem, jaki odebrałam po przebudzeniu, był brak mruczenia spod kołdry. Odważyłam się otworzyć oczy i ujrzałam psa i kota, wiszących nade mną w komitywie, ze stanowczo rządającymi wyrazami pysków. W pierwszym odruchu uciekłam z pola walki. Zasłoniłam głowę rękami i oświadczyłam, że śpię. Nic sobie z tego nie zrobili. Pies usiadł mi na brzuchu, a kot ugryzł mnie w ucho. W tym momencie moje niewyspanie, zniecierpliwienie i zaskoczenie wzięły górę nad opanowaniem. Wybuchłam.
- A co wy tu, kurde?! Rozbiór?! Austria i Prusy?! Nie… Austria wtedy nie brała udziału… Prusy i Rosja! Kot, jesteś Prusy, a pies jest Rosja! Albo nie… Mołotow… a ten drugi? Eeee… O! Mam! Ty jesteś Mołotow (puknęłam psa palcem w czoło, lekko się zdziwił), a ty Ribentrop (puknęłam kota w czoło, nic sobie z tego nie zrobił)!!! Czeeego wy chcecie ode mnieee… Ribentrop chce zbudować autostradę przez moją szyję, żeby odebrać mi dostęp do morza, a Mołotow liczy na moją wschodnią część… A co z Centralnym Okręgiem Przemysłowym?? (kot przeszedł mi przez szyję i zaczął gryźć drugie ucho) Morza! Chcecie mojego morza!!! Pomocy!! Gdzie moi sojusznicy???!!! Gdzie Francja i Wielka Brytania?! Pomocy!!! (Zrezygnowana, osunęłam się na poduszki, odczepiłam kota od mojego ucha i spojrzałam mu w oczy. Kot za to pacnął mnie łapą w nos.) Jestem niewinnym małym kotkiem, powiedział Adolf Hitler…
Pokonana, wstałam, włożyłam szlafrok i zabrałam się za spełnianie rządań wojennych…