Kolejna notka zrozumiała tylko dla mnie?

Ostatni dzień października. Dlaczego myślę, że teraz już będzie tylko ciemniej? Mam przed sobą perspektywę kolejnych miesięcy – byle do Gwiazdki – tego samego co do tej pory: wstaję – szkoła – dom – nauka – kładę się – wstaję – szkoła – dom – nauka – kładę się… Tyle się działo od września. Dlaczego nic nie pamiętam??? Nie umiem wyodrębnić najważniejszych zdarzeń ani umieścić w czasie. I dlaczego nie boję się tego stanu, który tylko się pogłębi? Bo się nie boję, jest we mnie tylko złość. Prócz złości chyba obojętność. Bierność. Po prostu będzie się dziać.

Podobno piszę notki zrozumiałe tylko dla mnie, podobno piszę zbyt płytko, tworzę zapchajdziury, nudzę ludzi. Mogę przyznać rację temu, kto tak sądzi. Nigdy czegoś nie zobaczymy, jesli nie będziemy chcieli. Zawsze wydawało mi się, że piszę z drugim dnem. I jeśli ktoś się wystarczająco dobrze przyjrzy, zobaczy sens. Może nawet poczuje porewieństwo.
Ale nie wszyscy chcą patrzeć.
Zarozumiała jestem, wiem. Najlepiej jednak byłoby, gdybym pisała dalej w swoim zielonym zeszycie. Tam jest miejsce na to, czego nikt prócz mnie nie zrozumie. Ale ja dalej wierzę. Wierzę, że mimo wszystko do kogoś trafię.

To boli, kiedy ktoś bliski łamie zasady, które są dla ciebie ważne. Nawet, jeśli są głupie i dziecinne, wątłe jak babie lato. Mimo wszystko, boli. Chociaż wiesz, że wcale nie o to chodziło, dopatrujesz się braku poszanowania dla twoich zasad. I przez to też dla ciebie.

Z jednej strony słyszę, że „moja misja zbawiania ludzkości przynosi efekty”, z drugiej zaś pełne irytacji słowa: „ty i te twoje pieprzone ideały!”. Jestem ostrożna. Już nie krzyczę tak często, jak wcześniej, tłumię w sobie bunt. To Wasze życie, nie mam prawa nic Wam nakazywać. Mimo to boli i czuję strach.

Tym milej, kiedy ktoś respektuje twoje zasady i tym bardziej boli, gdy ktoś je łamie.

Rozglądam się dookoła. Jestem mała. Mam małe problemy w porównaniu do waszych. Nigdy nie próbowałam się zabić, nigdy nie uciekłam z domu, nikt mnie nigdy nie pobił, nikt nie okazał mi aż tak daleko idącej nienawiści. Jakie mam zatem prawo do wołania o pomoc? Wy macie pierwszeństwo. Ja i moje małe problemy – poczekamy.
Jestem samotna. Zapewne z własnej winy, jak mi tego nie omieszkasz, Pawle drogi, wypomnieć. Jestem samotna.

Niedziela rano. W moim mieszkaniu, w moim szlafroku, z moją herbatą. Mimo to nadal w głowie mantra: „ja chcę do domu”.

Warning: Error! Operation Failed

Mój szanowny Internet robi co chce. Pojawia się i znika, jak legendarny Józef z piosenki. Przepraszam zatem. Bywa, że mnie nie ma. Raczej nie bywa, że jestem. Pardąsik ewrybady.

Pozdrowienia z końcowo-październikowego Wielce Zadymionego i Gwarnego Miasta Olsztyn
śle
zadymiona – zaspalinowana – i stanowczo mniej gwarna
Przewodnicząca Lao

Rządza Pieniądza.

kochajmy więc samotność, pieśćmy ją
kochajmy więc samotność, tulmy ją
kochajmy więc samotność, śpijmy z nią

Jutro dzień rozpusty. Posiadam 100 zł majątku. Po zakupie komórki tylko tyle mi zostało z uciułanych uczciwie stosów złota, za które miałam nabyć bęben. Idea bębna rozmyła się w natłoku innych spraw, a ja żyję w nędzy. Stwierdziłam, że jak szaleć, to szaleć. Mam plan.
W moim wypadku to trochę tak, jakbym ścinała włosy. Jakaś większa idea zostaje wyparta mniejszą, czegoś mi szkoda, jakichś nieokreślonych możliwości, z których rezygnuję.

- Budzik. Zwyczajny, najtańszy, kwadratowy budzik. Bo mój idiotyczny telefon dba o moje zdrowie i woli mnie nie budzić, albo ja śpię tak twardo że go ignoruję.
- Duża płachta brystolu do powieszenia nad biurkiem i do zapisywania łacińskich odmian i chemicznych wartościowości.
- Gazeta. Dobra gazeta. Bo jestem niedoedukowana i nieukulturalniona.
- Sprzęt do depilacji. Będę piękna.
- W dalszej przyszłości planuję zakup porządnych słuchawek (Błazej wymyślił takie z poduchami), strun do gitary (nareszcie!…) oraz – być może – podusi typu jasiek.

Opętała mnie rządza posiadania! Będę szczelnie zaopatrzona w dobra materialne. A jak tylko to nastąpi, zacznę gromadzić moją fortunę od początku.

a w ogóle to bez ładu i składu miało być, sarai sarai

Serrr tarrrrkuję na tarrrce
chyba mam dzisiaj dobry dzień… mimo niewyspania.
No ale cóż. jesień.
Od jesieni nie uciekniesz.

Kwestia mojego nastroju to sprawa naprawdę bardzo zmienna.
Ballady o Tolku Bananie słucham i Magicznego Dzwonu. I śpiewam. Dida didi dom dida dom di dom.

I tak mi płynie dzień za dniem.
Z nocy w dzień gdzieś między Gryźlinami i Stawigudą, przy akompaniamencie głuchego stuk-stuk – koła pociągu podskakują z nimi pociąg z pociągiem ja
Potem sześć do siedniu godzin zegarowych przepędzonych na obsesyjnym wypowiadaniu dwóch zakleć na zmianę: mantry „niech mnie o nic nie pytają” oraz mantry „ja chcę już do domu”. Po pewnym czasie otępienie i niezmierna senność. A potem bije dzwon, koła znów stukają, obiad, i już spowrotem z dnia siup! w noc, między książką do chemii a notatkami z historii. Poduszka, książka, może chwila muzyki i wszystko rozpływa się w ciemności. Z nocy w nieświadomość, z nieświadomości w dzień, z dnia w noc.
Bo to właśnie jesień jest…

Serrrr tarrrrkuję na tarrrce. Cóz za miła odskocznia od codzienności.

przez okno wyglądając…

Raz staruszek spacerując w lesie
ujrzał listek przywiędły i blady
i pomyślał: znowu idzie jesień
jesień idzie… nie ma na to rady
[A. Andrus]

Kolejne dzieło. Podejrzanie twórcza się robię. Cały wieczór i kawałek wczorajszej nocy oraz pół dzisiejszego popołudnia. Przebieranie i wybieranie, grzebanie, zestawianie. W końcu jest.
Kaseta dla Anioua.
Wsadziłam na nią to wszystko, co drogie memu sercu. Jest Placebo, Hey, Lenny Valentino, Włochaty, Voo Voo, T.Love i masa innych rzeczy, które grają mi w sercu, a któymi chciałam się podzielić z bliską mi istotą. Ona zgrywała dla mnie płytki nie raz, podaruję jej coś i ja. Taka kaseta do myślenia o sobie. Pomyśl jak ja to odbieram, znajdź w tej muzyce tyle piękna, ile ja znajduję.

Niedzielne leniwe popołudnie. Za oknem wiatr niemiłosiernie tarmosi na wpół wyłysiałe czupryny drzew. Pod ciepłym kocem, może nawet stopy będę miała nie-tak-bardzo-lodowate… Niedziela ma ten komfrot, że nie musze nigdzie biec.
A my zostańmy obok, a my zostańmy tu…

Myślę o kilku osobach. Tyle nie napisanych smsów… Tyle słów, których nie potrafię, nie chcę z siebie wycisnąć, chociaż kłują mnie w serce i bardzo chcą wyjść.

Jak się ściemni, zapalę świeczki. Małe światełka powędrują w ciemność, wraz z ich ciepłem ciepło moich myśli. Bądźcie silni, kochani. To tylko jesień. Nie dajcie się, moje małe promyczki. Ja jestem obok.

Jesień z twarzą Marylin Monroe

Spełnienie artystyczne. Właśnie tego mi było potrzeba.
Walczyłam ostatnio strasznie. Wiedziałam że muszę coś zmienić na tym blogu, stworzyć wystrój, który pozwoli mi się skupić i łatwiej wyrażac myśli, sprawi że po prostu będzie mi się chciało pisać. Było klka prób, na początku nawet się jeszcze starałam, ale nie wychodziło. Poprzednia, jesienna, była zrobiona świadomie tymczasowo i po części na odwal. Wiedziałam, że będzie coś jeszcze.
Wczorajszy wieczór zaowocował całkowicie spontaniczną działalnością html’ową. Z potrzeby serca, a nie – bo tak trzeba. Działalność przeciągnęła się do dzisiejszych późnych godzin popołudniowych, ale przyniosła pełną satysfakcję. Wiem, że znalazłam. Wiem, że Ona zagości tu dłużej :-)

Cóż więcej? Weekend :-) Spokój, wielki spokój.
Serdeczne pozdrowienia dla BGB. Dziękuję za ten wczorajszy telefon. Dzięki niemu szłam spać z uśmiechem, mimo iż rozmowa trwała całe 38 sekund. Małe formy są najpiękniejsze.

wszystko co do powiedzenia tobie mam…

„i kop mnie jeszcze
i tak już nic nie czuję
przecież kopiesz obłok”

Nie mam siły, nie nie nie, nie mam. Padam na nos, potocznie mówiąc. Zasypiam na lekcjach. Nie potrafię się skupić. Wali się szkoła, a kiedy wali się szkoła, tracę rozum. Kiedy tracę rozum, wali się wszystko inne. A ruin mi tutaj teraz akurat najmniej potrzeba.
Mam gdzieś. Nie idę do szkoły w dniu chlubnego święta Dnia Edukacji Narodowej. Z okazji święta edukacji zostaję w łóżku. Będę uwielbiać edukację – jakże ofiarnie, gorąco, namiętnie wręcz – z daleka. Spod kołderki.
[bardziej realna wersja - znad podręcznika do chemiiii - trzeba wykorzystać dany mi czas na ratowanie tego okrętu]
Pomocy. Coraz częściej powtarzam pod nosem, że JA CHCĘ DO DOMU. Do domu, to znaczy tam, gdzie nikt nic nie będzie ode mnie wymagać, gdzie komuś w końcu będzie zależeć żebym i ja się dobrze poczuła. I bezpiecznie, i spokojnie. Ja już naprawdę nie chcę niczym się martwić. A najmniej – samą sobą. Niech to wszystko zniknie.

Przed tobą wtedy stanę sam na rękach…!

Wyszło dramatycznie. Infantylnie i banalnie. No ale cóż ja mogę poradzić, ktoś nie śpi aby spać mógł ktoś. Może dzięki moim banałom gdzies na świecie powstaje teraz Wielka Sztuka.

Gra mi w głowie wszystko na raz. Lao w Pidżamowym – Grabażowym amoku. Tyle cytatów, tyle skojarzeń, tyle treści.
… tak mi przyszło do głowy. Że szukam prawdziwej, głębokiej więzi. Pokrewieństwa. Związku dusz, w którym istniałby nieprzerwany, niczym nie zakłócony przepływ informacji. Bo mój problem polega na poczuciu pustki. Mówię, bez przerwy, na tym plogu gadam jak szalona, chyba nie używam jakichś przesadnie skomplikowanych odniesień i metafor, trochę wysiłku, nie za dużo, i naprawdę DA SIĘ mnie zrozumieć. Tylko kto tak naprawdę chce…?

„Kotów kat ma oczy zielone, ja
pazurami trzymam się
za życia brzeg
moje dni mam już policzone
czekam aż świat zazieleni się
na śmierć…”
[czy ja naprawdę muszę
- po raz 19862398649136... -
pisać, że
all songs in tha note
by Grabaż?...]

tak tylko, informacyjnie.

W sumie wczoraj udała się jedna rzecz. Biorąc pod uwagę to, ile rzeczy prócz niej się stało, jest to mało. Biorąc pod uwagę to JAKA to była rzecz – wystarczy.

… grali 2,5 godziny + dziesięciominutowa przerwa między częściami. Stwierdziłam, że jeszcze pół godziny i repertuar by się skończył. Było prawie wszystko. Pozwolę sobie wymienić, żebym nie zapomniała.

Pasażer, Bal u senatora, Gloria, Hymn Pokoju, Kocięta i szczenięta, Gdy zostaniesz u mnie na noc, Ezoteryczny Poznań, stąpając po niepewnym gruncie, Spokój w głowach, Styropian, Do nieba wzięci, Goszka, Koka koka hera hera, AntiFa, Spokój i ręce, Outsider, Twoja generacja, Chłopcy idą na wojnę, Taksówki w poprzek czasu, Bon ton na ostrzu noża, Każdy nowy dzien rodzi nowe paranoje, Koszmary. Koszmarów 4 pary, Wódka, Egzystencjalny paw, Wirtualni chłopcy, Kotów kat ma oczy zielone, Nie wszystko co pozytywne jest legalne, Nikt tak pięknie nie mówił że się boi miłości, Droga na Brześć.

Dziękuję, Panowie. Dziękuję. Szczególnie za najstarsze kawałki.

Cóż więcej rzec mogę? Grawitacja nie jest najlepszym miejscem na takie koncerty. Mojej nagrody nie udało mi się odebrać, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Stało się prócz tego coś, co zmieniło o 180 stopni moje podejście do świata. Ale o tym sza. Rozdział zamknięty na głucho. Nie wróci już.

go just like this…

Drżyjcie mury Grawitacji… nadchodzę

10 X 2004 Pidżama Porno

„jest tu kilka takich miejsc
gdzie nie warto się pałętać
i kilka takich miejsc
by zapomnieć i pamiętać”

Ego linguam Latinam disco – ja uczę się łaciny.

[soundtrack of tha note: Kult "3 Gwiazdy"]

Niewesoło się zrobiło. Raptem. Chociaż nie, było mniej niewesoło, bo czasu brak, bo łacina i chemia, bo cisnienie i intrygantki. Teraz jest bardziej niewesoło, bardziej bardziej niż mniej.
To Ty.
Chcesz? Zniknę. Zamknij mnie w pudełku – zamknąłeś, zanim zaproponowałam. Został jeden puchaty, amarantowy ślad mojej obecności w Twoim życiu. Jesli chcesz, usuń i jego. Ale nie wyrzucaj, bo ja byłam. Nie zabijesz wspomnień.

Trzęsę, się, „wyłamuję”, sobie, stawy, w, nerwowym, tiku, nie, wiem, czy, to, ja, zawiniłam, Ty, nie, mówisz, nic.

Płaczesz. Masz tę miłą zdolność wylewania z siebie bólu. Chociaż bije w Tobie nadal jak małe źródełko. Mój jest inny, jest jak kłębek neuronów z masą nadwrażliwych zakończeń nerwowych, z całą tą obmierzłą fizjologią, jaka przychodzi na myśl, kiedy się to czyta. Może boleć bardziej albo mniej, kiedy się dotyka. Ale nigdy nie przestaje. Nie mogę tego wypłakać, bo ja rzadko płaczę. Do pewnego momentu. Kiedy pęknie tama, płaczę dużo, wstydzę się tego że płaczę, co powiększa ból i jest nowym powodem do płaczu, którego już nie umiem powstrzymać.

Po co o tym piszę, przecież nie chcę żebyś Ty płakał więcej. Chociaż po dzisiejszej rozmowie pewnie prędko tu nie zajrzysz. Lecz się z miłości.
Mówisz – ja zniszczyłam Ci życie. Chociaż sens jest prawidłowy, ubrałabym to jednak w inne słowa. Chociaż jak uważasz.
Ja się ostatnio w kółko dowiaduję że coś zrobiłam albo czegoś mi brak. Zdolności zazwyczaj. I serca.
O, nieprawda.

Zabierzcie mnie stąd. Ja chcę do domu. Gdzieś, gdzie jest bezpiecznie. Gdzieś gdzie ktoś mnie kocha i nie ma bólu, i ta miłośc nie boli, i mogę ufać, i nie boję się, i nie czekam, i nie jestem sama wtedy kiedy bardzo nie chcę być sama, i ufam, i nie boję się, i ufam… Mamo.

Tylko Twoje oczy trzymają mnie przy życiu
Kto wiele ma, ten wiele może utracić
Na arenie życia tego, wydarzyło się niemało
Zawsze byłaś ze mną, raz Cię nie zastałem
I chociaż schowałbym się w kłębek zwinięty
Że mam Ciebie – nie wiem komu to zawdzięczać

anno, annere, anni, annum*
tracę, tracić, straciłam, aby stracić
zmysły

——
* formy podstawowe fikcyjnego czasownika…