tut tu dudud tut, tut tu dudud dut

Niemożność wyrażenia siebie słowami
boli jak jasna cholera.

Coraz mocniej odczuwam okresy niemocy twórczej. Tak bardzo chciałabym napisać, namalować, skleić, wykreować coś delikatnego, nie wprost, coś pięknego po prostu. Nie ma. Ściśnięty żołądek, mgła przesłaniająca oczy, wielki ciężar w głowie.
Mam głowy zawroty, daj mi jakiś znak!
Przestawiam litery, zamieniam głoski dźwięczne i bezdźwięczne, miękkie i twarde. Wychodzą absurdy. Nie kontroluję tego co piszę.
Irey bredrin ina soundsystem! Jah ina yuh life!

Wrócę, jak będę potrafiła napisać cos więcej, coś z sensem. Coś z rączkami i nóżkami. I z sercem.

„Co robimy?” „Nie wiem.” „Idziemy.” „Nie można.” „Dlaczego?” „Czekamy na Godota.” „A, racja.”

Myślałam, lekko sfrustrowana, wracając samotnie od pociągu przez ciemne miasto:
„Sama się odebrałam i sama się odprowadzę. Jak kiedyś sama pozwolę sobie gdzieś iść, to proszę nie mówić, że się puszczam.”
Ale jednak po mnie wyszły. Spotkałam je na blokach, w 1/3 drogi, patrząc od domu w stronę dworca. Lepiej późno, niż wcale.

Spędziłam upojne popołudnie. Wpierw zostałam posadzona przed tależem zupy pomidorowej, za ryż w której WIELKI RISPEKT dla autorki ryżu. (Bo nieważne, że był niedogotowany. Ja w życiu ryżu sama nie gotowałam, tym bardziej nie miałam okazji go dogotować).
Następnie zaprowadzono mnie do Olsztyńskiego Teatru Lalek. Wpuszczono do malutkiej sali. Razem z może 20 innymi widzami czekałam na Godota.
Mieliśmy czekać 1,5 godziny, czekaliśmy 2. W sumie to mało istotne, bowiem Godot i tak się nie pojawił… ;-) Wskutek przedłużającego się oczekiwania zdążyły mi odjechać wszystkie możliwe środki transportu, pozostała perspektywa pociągu odległa o kolejne 2 godziny od momentu zakończenia spektaklu.
Toteż zaprowadzono mnie na starówkę, wprowadzono w budynek kina Awangarda i posadzono w uroczej herbaciarni. Byłam tam pierwszy raz, ale szybko zapadła decyzja, że będziemy tam wpadać razem częściej.
Wspaniały spektakl (dałam się unieść), przepuszna herbata no i ponad wszystko spokojna, ciepła rozmowa z Tą Osobą, Co Trzeba. Wspaniałe uwieńczenie tygodnia.
Merci, madmoiselle N.

ironic #2

Dziś międzynarodowy dzień PLUSZOWEGO MISIA.

Czuję się doceniona i wyróżniona wsród tłumu innych zabawek.

oto pierwsza zwrotka, która nie ma środka, nie ma też początku, wszystko jest w porządku

To był naprawdę piękny dzień. Udało mi się przetrwać pierwszy polski, trzęsąc się na całym ciele, na drugim zaś, trzęsąc się tylko nieznacznie mniej, zaprezentować referat odnośnie świętego Franciszka. Nie powiem, żeby było to jakoś specjalnie widowiskowe, ale – chyba się udało.
„Isn’t it ironic, don’t you think?”
Udało mi się też przetrwać pozostałe godziny bez jakiejś specjalnej aktywności, będąc kompletnie nieprzygotowaną, jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Natomiast oddzielne widowisko stanowiła chemia, na której napisałam pół sprawdzianu, mało nie zemdlałam, pani B. puściła mnie do łazienki (zapewne powodowana kolorem mojej twarzy), po czym wróciłam i dokonczyłam sprawdzian w czasie przewidzianym dla całej klasy. Uważam to za ciekawy wyczyn, tym bardziej że całość rozegrała się w ciągu 15 zaledwie minut. Niestety sprawdzian poszedł mi podejrzanie łatwo. ZA łatwo. Zobaczymy.
Co interesujące, pani B. nadal darzy mnie sympatią, co jest całkowicie nieuzasadnione. Zapewniłam ją po lekcji, że w ‚tym czasie’ nie ściągałam ani nie dzwoniłam do przyjaciela. W zamian spytała, czy może mam problemy ze zdrowiem, no i że ona mnie wcale o nic nie podejrzewa. Bardzo dobrze. :-)

Powiedzcież mi tylko, dlaczego piszę o tym TUTAJ ?? Może chwilowo wydaje mi się to ważne.. chwilowo.

Powiem wam też, że – hmm – jestem dziewczęciem. Jeśli oceniać po mojej twarzy, do której teraz już absolutnie straciłam jakikolwiek dystans, wydaje mi się że bliżej mi podlotkowatości niż dojrzałości. Jeśli zaś oceniać po moich łydkach, stanowczo jestem kobietą :-) cokolwiek przez to zrozumiecie. Ja osobiście mam kłopoty z ocenianiem siebie na trzeźwo. Trafiłam w nowe środowisko, w którym 25 par damskich oczu ogląda mnie codziennie z typowo damską wnikliwością. To powinno zmusić mnie do jakotakiej dbałości o wygląd. Różnie to bywa. Nad czym ubolewam: moje rówieśniczki nie widzą we mnie konkurencji – to zdziebko upokarzające. Mój instynkt stadny nie pozostawił na mnie suchej nitki. Siedzę sobie grzecznie z boku jako ta inna, śmieszna, dziwna, i zapewne siedzieć będę.
Rety, jakie to banalne.
Na domiar złego brzmi jak wyznania – ehh – wyobcowanej mrocznej dziewoi odzianej na czarno, najlepiej w konwencji a’la upadły anioł. No i obowiązkowo ciemny makijaż oczu.
Ale – ja taka wcale nie jestem. Ja jestem po prostu Lao. W idiotycznych nausznikach i czterech bluzach z kapturem, no bo przecież kłopoty z krążeniem. I z paznokciami połamanymi i zaniedbanymi, bo zgubiłam cążki. I, i, i…

Chciałabym dzisiaj stworzyć coś wartościowego. jak widać – nie danym mi jest…

ale to, to nie był film…

„…pamiętam mówił ach chciałbym sobie postrzelać wiesz do dziewczyn na ulicy w biały dzień teraz nie do zwykłych dziewczyn ale do tych najpiękniejszych chciałbym patrzeć im w oczy jak marnieją i więdną mówił ciekawe jak to jest tak naprawdę zabić w rękach trzymać przeznaczenie jego panem być wiesz chciałbym może byśmy tak kiedyś na ulicy w jakimś ciemnym miejscu tak by nikt nie widział…”

Wrócę, ale jeszcze nie teraz. Dajcie mi chwilę… Hush.

„…pamiętam mówił zapamiętaj nie potrafię zapomnieć wyrazu oczu strachu potem krwi na dłoniach krew była wszędzie wokół pamiętam to dobrze płynęła niczym rzeka z potrzaskanej głowy krew pulsowała w skroniach rozsadzała czaszkę ręce drżały nie wiem z podniecenia czy ze strachu pamiętam on się śmiał mówił coś o filmach zapamiętaj to pamiętam prawie tak jak w filmach…”

[Myslovitz "To nie był film"]

pierwsza para nim stopnieją śniegi

Bruno Stroszek.Zbędny paproszek. Rozjechany jeż…

A gdy będę umierał, umierał, umierał, to nie przyjdzie generał, generał, generał…

Jesień. Ja znikam. Przestaję być.

Tyle słów chciałabym powiedzieć. Tyle pytań zadać. Jestem ciekawa, równocześnie coś mnie urzeka. Boję się. To wszystko jest dziwne.

Nie wszystko co pozytywne jest realne…

Nie ma mnie. Chcę wsiąść raz rano w pociąg, jadący w przeciwną niż wskazana stronę. I już tu nie wrócić. Niech mnie to nie dotyczy.

Koszulka INRI nie przyniosła mi szczęścia, o nie.

Nie mam już słów. Wielkie, wielkie pragnienie dezintegracji. Nie ma związku ze szkołą ani z czymkolwiek równie jasnym i prostym, z żadną równie naszpikowaną regułami instytucją (jak, na przykład, związek partnerski). To jest, proszę Państwa, sfera uczuć, a nie poczynań. Tutaj żadne reguły nie pomogą.

Moje dni są już policzone. Czekam aż świat… – na co ja właściwie czekam?!

so sad…

„run run run run run run run
yes we’ve got to run
to leave behind tings we have done
yes we’ve got to run
funny we’re all one but one also means
that we are lonley”
[Indios Bravos "Run Run Run"]

Niegodziwcy, pognają mnie w piątek do szkoły. Jedyne LO w tym mieście, jak mniemam w ogóle jedyna placówka oświatowa, która ma zajęcia w piątek. Każda NORMALNA szkoła odrabiała.
„No tak, ale wy tak macie w tym swoim klasztorze”.
Chyba wolę klasztor od Wehrmachtu!

(Jestem złośliwa już naprawdę ponad wszelkie granice… Koleżanka, która okresliła moją szkołę mianem klasztoru, sama uczy się w jeszcze ciekawszej pod względem reżimu – oni mają zajęcia dydaktyczne już 1 września. Poza tym ona jest w klasie niemieckojęzycznej [sic!], stąd mój rewanż Wehrmachtem).

Gubię wątek. W każdym razie… mój klasztor zmusi mnie do nauki w piątek, ignorując totalnie mój stan psychofizyczny. A ten przedstawia się fatalnie. Wczoraj miast odrobić lekcje, zdenerwowałam sie że tak ich dużo, następnie rozbolała mnie głowa (tak dla odmiany), ostatecznie przestałam rozumieć czytany tekst, popłakałam się ze wściekłości i bezsilności, po czym złożyłam w kosteczkę wszystkie podręczniki i pościeliłam sobie łóżko. Epizod nauki nie powrócił już tego wieczoru.

Obawiam się, że jeśli w piątek któryś z profesorów niefortunnie czegoś ode mnie zarząda, będę rzucać przedmiotami. Szczerze mówiąc – już rzucam. Ale jeszcze nie w profesorów. JESZCZE.

Tak że radzę trzymać się z daleka. Gryzę.

i znów, i jeszcze raz, i od nowa…

Wieczór, mogłoby być tak wspaniale, spokojnie. Mam to co trzeba – kocyk, muzykę i sweter w trakcie produkcji. Ale spokojnie nijak nie jest.

Otóż. Ból został stworzony, by ostrzegać organizm, informować że dzieje się coś złego. Mózg źle interpretuje sygnały o skurczach macicy. To, co jest normalne, z niewiadomych przyczyn rozpoznaje jako ból. A ja z tej okazji cierpię.

No bo jak tu kultywować sielankę, mając świadomość, że w moim organizmie ma właśnie miejsce kolosalne nieporozumienie???

Głośniki: „Bóg to jeden wie, jeden Bóg to wie..”

Ja: nadal jakaś dziwnie nie w tej chwili, nie tu i teraz. Bzdury plotę. „Głupku” wypowiedziane ze śmiechem, w towarzystwie pobłażliwego uśmiechu. Tak właśnie się mnie określa.
A myślę o różnych rzeczach. O względności. Niepokoi mnie. Dlaczego coś, co mnie wydaje się wartościowe, dla kogoś innego jest puste? Gdzie leżą prawdy, wartości niepodważalne? Czego tak naprawdę mogę być pewna?
W końcu – ile tak naprawdę jestem warta ja? I komu wolno ocenić to raz, prawdziwie?

Głośniki: „Ja kocham cię, kocham cię, kocham cię… chcę zdjąć z ciebie ciuchy, utonąć w twoich włosach, chcę mieć ciebie całą, to i tak jest za mało…” I krąg się zamyka. Magiczny krąg samouwielbienia.

Moje oczy są nadal zielone. Ale cóż ja mogę na to poradzić?
Względność to zjawisko, które długo bagatelizowałam. Teraz jest o tyle lepiej, że dotarło ono do mojej świadomości. Ale nadal jestem niepokojąco stronnicza.
I niepokojąco agresywna. Chyba się zmieniłam. Znów.
Czym jestem? Ile dane jest mi poznać, zrozumieć, zobaczyć? Na ile wolno innym ingerować w moje myśli, na ile wolno kpić z tego czym jestem? Dlaczego tak łatwo w kilku prostych słowach wysłac komuś hektolitry jadu? Zatruć myśli i serce.
Dlaczego kilka słów wystarczy, by zostać samemu.

Boję się. Boję się, że znów wszystko, w co wierzę i na czym opieram się każdego kolejnego dnia, że to wszystko runie. W jednej sekundzie wszystkie decyzje stracą sens. I już znów nie będzie po co wstać.

Czy jesteś szczęśliwa? Od pierwszej chwili widać po tobie że nosisz w sobie coś ciężkiego. Lubisz wynajdować sobie problemy, szukasz dziury w całym. Nienawidzę cię, nic nie rozumiesz, nigdy nie rozumiałaś.Głupek. Wcale mi się nie podobasz, co ty sobie wyobrażasz. Zarozumiała. Zawodłem się na tobie. Zawiodłaś zaufanie. Wierzyłam ci.

Głośniki: „Hej, po co ten płacz… Hej kobieto, po co ten płacz?…”

Nie wiem. Nie wiem nic już. Tylko muzyka.

Głośniki: „Mam głowy zawroty, daj mi jakiś znak… Dygoty, dygo-dygoty”

dialog.

m. – nie pytam po co i dlaczego, i tak nigdy tego nie zrozumiem. chyba nikt nie lubi być odpychany ironią. a rękę wyciągam bo zawsze taka byłam – to jedno się akurat nie zmieniło.

BGB – ja pamiętam nie tylko raz w roku.

więcej – kiedy indziej. teraz have no power’n'positive vibrations żeby pisać.

dobranoc.

„A jednak po nas coś zostanie…”

Powróciłam do mojego ulubionego zajęcia, tym bardziej, że okazja przednia. Otóż, przeprowadziłam kolejne doświadczenie socjologiczne. Oglądam sobie dzisiejsze notki – te ostatnio dodane. Naprawdę ciekawe, jak reagujecie na dzisiejszy dzień.
Jest dość silna grupa sentymentalistów, poetów, wrażliwców, którzy rozumieja istotę święta, popadają w zadumę, napiszą choć kilka słów o tym co widzieli, o setkach światełek na cmentarzu, albo o kimś kto odszedł.
Równie wielu jest frustratów, którzy chyba nie lubią myśleć na zadany temat, których drażni odgórny smutek i smutek w ogóle, z tych lub innych powodów nie chcą myśleć o umieraniu, pisząc wylewają swoją złość na rodzinę która zmusza do szlajania się na wietrze po grobach ludzi, których się nawet nie pamięta.
Jakoś tym razem nie natrafiłam na żadnego falen endżela, który czułby się dzisiaj jak ryba w wodzie. Nareszcie wolno głośno mówić o śmierci…
Było za to kilku wesołków. Którzy nie rozumieją i nie lubią takich świąt, w ogóle nie wiedzą po co i na co, dlaczego się smucić.

Mnie jest mimo wszysto najbliżej do pierwszej grupy, poetów-sentymentalistów. Szkoda, że nie potrafię nikomu rzeczowo wytłumaczyć, że taki dzień zadumy jest potrzebny.

Chciałabym, żeby na moim grobie też ktoś 1 listopada każdego roku zapalił świeczkę. Żeby zostało po mnie coś więcej niż ten blog, jakaś mała iskierka w czyimś sercu. Lub chociaż, by ktoś przystając nad moim grobem przez chwilę zastanowił się, pomyślał – choć nie znał mnie, a moje nazwisko nic mu nie mówi – jakim mogłam być człowiekiem. Jeśli wierzy, chciałabym żeby zmówił za mnie cichą modlitwę – obojętnie w jakim języku i do jakiego Boga.
To chyba tak naprawdę też święto nadziei. Właśnie na to: że po nas coś zostanie w sercach innych, nawet nieznajomych ludzi.


[*] [*] [*]


PS. Któż znów wie lepiej ode mnie, kogo chce pamiętać a kogo nie? Wolałabym podpis imieniem albo nickiem, jeśli znam.


Zwykle pojawiamy się na cmentarzu po cichu, niepostrzezeni, wręcz pokątnie – nie płyniemy alejką wraz z tłumem, błądzimy raczej własnymi ścieżkami. W ciszy zapalamy własne znicze i znikamy, wędrując powoli pod prąd, krok za krokiem, w ciszy.
Ja i moja rodzina. Chyba jeszcze idealiści…

- I popatrz, co najpiękniejsze – nawet na tych poniemieckich grobach, dziecięcych, tych najstarszych z najstarszych też, przynajmniej jedna świeczuszka…
- Tak ma być, córuś.

Namnożyło nam się w tym roku grobów… już nie jeden znicz, nie dwa, już cztery, a i to za mało. Jeszcze to maleństwo na drugim cmentarzu. Ale ja pamiętam…
Ile będzie w przyszłym roku?…


Pozdrowienia od – jak zawsze o dwa lata młodszej i bardziej dziecinnej i niepoważnej – cioci dla Kuby i jego Siostry. Jeśli chcesz, pisz. Mail bez zmian. Jeśli potrzebujesz kontaktu. Ja zawsze czekam. Nie jesteś sama na świecie.