pom pom…

Chciałabym teraz udokumentować dwa – jakże istotne – wydarzenia.
Punkt pierwszy.
Dnia 22 grudnia A.D. 2004 twór internetowy, jakim jest Lao obchodził swoje pierwsze urodziny.
Kondolencje przyjmuję pod adresem mailowym ksienrzyc@wp.pl.
Punkt drugi.
Nastały Święta. W tym roku pozbawione epizodów twarogowych, a szkoda (nota bene – sernik podobno się nie udał).
Wigilia Wigilii minęła mi iście – hmm – poziomo. Od czasu do czasu tak mi się zdarza, że na sprawy kobiece reaguję tak, jak każdy normalny organizm reaguje na zatrucie pokarmowe – wraz z wszystkimi przysługującymi zatruciu fajerwerkami. Przeleżałam płaskim plackiem ponad pół dnia, zafundowałam sobie też ścisły post niezależnie od aspektów religijnych czy tradycji.
Położyłam się ostatnia i pierwsza wstałam, mając na celu uchronienie się przed Wigilijnym syndromem deficytu ciepłej wody w kranach. Odbyłam przykładną kąpiel i ruszyłam do pracy na dość wysokich obrotach. Potem nadeszło przemęczenie, niewyspanie, rozdrażnienie i rozrzewnienie. Nazbyt łatwo było mnie rozkleić byle czym…
Wieczerza była dobra, a w każdym razie bardzo się będę starała ją taką zapamiętać. Nie chcę myśleć o tym czego nie ma, chcę cieszyć się tym co jest.
Znów standardowa sytuacja świąteczna. Siedzę przy komputerze, koło mnie choinka emituje błyski i odblaski oraz aromat, po drugiej stronie ciasta i pierniczki wykonują czynności jak wyżej, wyjąwszy aspekty wizualne. Dalej, na kanapie spoczywa zawinięta w legendarny już, różowy szlafrok moja na wpół żywa mama. W tym roku jakoś źle znosi święta. Alergia na rodzinę?
Różnica między tym rokiem a zeszłym polega między innymi na tym, że na uszach mam zamontowane wspaniałe, wymarzone słuchawki. Za oknem już tylko wyjątkowo mizerne wspomnienie śniegu. To mnie bardzo dezorientuje i dużo ujmuje świątecznej atmosferze.

Ale będzie dobrze. Ramy dadę…
Chyba pójdę porysować :-)

PÓŹNIEJ:
No jakaż pierdoła ze mnie! Straciłam wątek i zapomniałam poinformować świat o wyczynie mojewgo wspaniałego pomylonego kota, Henrykiem zwanego!
Przewidywałyśmy naprawdę rozmaite scenariusze kocich palm świątecznych – jako, że jest to pierwsze zetkniecie się kota z Bożym Narodzeniem. Jeśli chodzi o choinkę, o którą najbardziej się obawiałyśmy, to na razie jeszcze trochę brak mu śmiałości do bliższych z nią kontaktów. Chociaż jest już podgryzana, a bombkami fenomenalnie gra się w cymbergaja. Ale nie jest to jeszcze przewidywane apogeum.
Otóż…
kot zasiadł na parapecie, z nosem w szybie, w sąsiedztwie stroika. W centrum ów stroika znajdowała się płonąca świeczka. Kot mimochodem zawiesił ogon nad świeczką. Mama zorientowała się i usiłowała go pogonić – ale kot tylko łypał z zainteresowaniem na jej wysiłki, nierozumiejąc kompletnie nic. Zrozumiał po chwili, kiedy jego ogon kopcił się już dosyć intensywnie…
Niestety. Kota w porę ugaszono.
Ale kotopalenia naprawdę nie brałyśmy pod uwagę :-)

Święta, Święta.

Wielkimi krokami nadchodzą. Ciuf Ciuf.
Chwilowo moje przygotowania do okresu świątecznego pasują raczej do Wielkanocy, niż do Gwiazdki, zajmuję się bowiem głównie umęczaniem się do nieprzytomności. W każdych innych warunkach zajęcia takie, jak występ w wieczorze poezji Mickiewicza, skądinąd patrona mego liceum, lub udział w wigilii starej klasy, otóż takie właśnie zajęcia byłyby miodem na mą zbolałą duszę. Ale nie są. Nie wtedy, kiedy ostatnie 2 dni szkoły są poobklejane szczelnie sprawdzianami, zaległymi lub zapowiedzianymi, o których niegdy nie wiadomo czy się odbędą i czy warto się na nie uczyć. Bo to niezdrowo tak wszystko na raz, i wracać o 20:00 z Mickiewicza, i musieć umieć na dzień następny polski i łacinę. Niezdrowo, oj, oj.
Na szczęście dzisiaj rzecz się upiekła. Mimo to nie mam jakoś przeczucia, że wypocznę w czasie przerwy.
„Wiecie, ja zwykle nie zadaję na święta, ale zróbcie zadanie piąte i szóste, to bardzo ważne zadania…”
„Ależ wcale nie musicie tego robić w samą Wigilię! Możecie dzisiaj zaraz po szkole siąść i trzasnąć…”
- jasne, co to dla nas, język niemiecki, geografia, matematyka, historia, język polski, łacina. Pikuś, doprawdy.
Samo się posprząta i samo sie ugotuje, w końcu samo się połamie opłatkiem i samo wręczy sobie prezent, oraz samo wychyli szampana, gdy wybije ta magiczna północ. Bo my będziemy ślęczeć nad meandrami hydrosfery. Ostatecznie dla nas to pikuś, a w oczach niektórych wychowawców (ekhm) jawimy się podpostacią wręcz doskonałą, bo cyfrową – nie jesteśmy ludźmi, lecz ocenami i zestawieniami frekwencji. Ja nie jestem Ania. Ja jestem 2 z fizyki i chemii oraz – ale to rzadziej – 3+ z niemieckiego, itd, itp, a ta nieobecność to co ty sobie wyobrażasz, a co ty mi tu, ile ja mam czekać, to się potem odbije zobaczysz! i w ogóle.

Smutne to i naprawdę zgryźliwcogenne. Szczególnie, jeśli o mnie chodzi. Reaguję agresywnie na nadmiar pracy oraz narzekania na mój temat.

Odnośnie niektórych wychowawców (ekhm), rysowałam ostatnio szubienicę na lekcji wychowawczej. Od zarania dziejów wiadomo bowiem, że młodzież źle znosi jakiekolwiek formy przymusu i hierarchię, natomiast akceptuje układy partnerskie oraz szczerą, serdeczną rozmowę i delikatną perswazję. Niektórzy wychowawcy (ekhm) nie znają tej starej prawdy i ponad wszystko smakują w przymusie i podkreślaniu swojej wyższości nad biednym ludem uczniowskim. Szubienica powstawała z kresek. Każda kreska to wypowiedziane przez pewnego wychowawcę (ekhm!) w naszą stronę „musisz, musicie, musi”.
Do powieszenia pewnego wychowawcy (EKHM!!!) zabrakło bodaj jednej kończyny. Ale to chyba dlatego, że zaczęłam liczyć z opóźnieniem.
Co ciekawe, z ust rzeczonej osoby ani razu nie padł zwrot „nie musicie, nie musisz” itd…

Takoż – mam dość. Odezwę się, jak zostanę zdetonowana, co nastąpi zapewne jutro na wigilii nowej klasy, w stosunku do pewnego wychowawcy, na którego brak mi słów… z pewnością nie będzie.
Plosę nie dlaznić lekina!

Świątecznego poloneza czas zacząć!

I
[Dialog ma miejsce w kuchni, ja w swoim pokoju słucham muzyki]
mama: … Anulcia [ja] ci pomoże z tymi zrazami, ja wychodzę…
babcia (pod nosem): Anula, chodź pomożesz babci
ja: [uznaję że tego nie usłyszałam]
mama (wystarczająco głośno): ANUULLOOO, cho no tu!!
[następuje krótkie acz treściwe objaśnienie tego co mnie czeka; udaję się umyć ręce.]
[wylatuję z łazienki uskrzydlona natchnieniem. mama z telefonem przy uchu, czeka na połaczenie]
ja (do mamy): pójdę tam i wiesz co powiem???
mama: [łypie na mnie]
ja (natchniona): daj, ać ja…
mama (do telefonu): Cześć Kaziu, co tam? Dasz mi Misię?
ja (lekko zgaszona): Daj, ać ja pobruszę a Ty poczywaj!…
mama (nawet nie spojrzawszy na mnie, nadal rozmawiając z telefonem): no, dobrze, to ja już wychodzę, no, narazie.
ja: [wzruszam ramionami, odchodzę] Phi. Niedoceniona. Jak zwykle.

II
[stoję w kuchni, babcia instruuje mnie co do metod produkcji zrazów]
mama: [stojąc w drzwiach] no, to ja idę.
ja (zdecydowana ujawnić swój geniusz): MAMO! Słyszałaś jak zabłysłam przed chwilą???
mama (skąpana w blasku olśnienia, podchwytując motyw śpiewa): Nad naszą wsią przeleciał meteoryt! Nad naszą wsią przeleciał no i zgasnął!
ja: [konsternacja]
mama: [uspokaja się] …no?
ja (ponownie na skrzydłach natchnienia): DAJ, AĆ JA POBRUSZĘ, A TY POCZYWAJ!!!
mama (mocno ironicznie): fiu fiu fiu… wykształcenie humanistyczne ogólne :]
ja: [nie posiadam się z ulgi po ujawnieniu geniuszu]
mama (jak gdyby nigdy nic): no, to ja idę. narazie.
ja: [konsternacja.]

No i właśnie tak to zwykle wygląda. Ja się pocę, staram a i taknic z tego nie wychodzi. Cały misterny plan i całe piorunujące wrażenie szlag jasny trafia, a mnie już tylko popioły i kurz :/