sweet dreams are made of this

One bright morning
when my work is over
I will fly away home…

Cóż rzec mogę… towarzyszy mi dzisiaj tych kilka wersów na każdym kroku. Padam na nosek swój piegowaty.
Ale przynajmniej z gracją padam, dziewczęco – bo w spódniczce.
Aniu, dlaczego założyłaś dziś spódnicę?
Ponieważ idzie lato, robi się coraz cieplej i wszystkie dziewczęta zakładają spódniczki. Zatem żeby uniknąć niepotrzebnych nieporozumień i niedopowiedzeń postanowiłam zamanifestować swoją przynależnośc do płci (domyślnie, pomijam Szkotów)spódniczkowej. Tak, żeby nikt nie miał wątpliwości.
Proszę. Takie właśnie są efekty przegrzania zwojów mózgowych.
Para puff! Koła w ruch!
Baba fik!, a duch znikł.

jest park, są drzewa
pod drzewami mogiłka
na mogiłce tabliczka
na niej epitafium:
tu spoczywa dziewka
uczyła się lat kilka
lecz ukryła swe liczka
w grobie, po klasówce z geografii.
[by Lao w chwili załamania]

Życzymy miłej podróży. Tworki welcome to.

Nie jest dobrze, mili Państwo.

Poświąteczne zderzenie z rzeczywistością wypadło nad wyraz niekorzystnie.
Powoli godzę się z losem i przyzwyczajam do myśli, że przyjdzie mi spędzić w liceum jednak więcej niż 3 lata. Zmory wyłażą z kątów na każdej lekcji, rubryczki w notatniku pękają w szwach od zadań do wykonania. Minuty płyną.

A moja koncentracja przykleiła się do nieba i majta nogami. Skupienie wisi tuż obok i dmucha w chmury.

13 tygodni do końca roku.

Przerwa na reklamy

Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama

Zapraszam na >Kartonowego<. Bo dużo się tam stało ostatnio i miło by mi było, gdyby Ktoś to dostrzegł.
Reklama dźwignią handlu…

Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama Reklama

najbardziej smętne piosenki :o(

Stwierdzam, że prawdopodobnie zjadłam zatruty pokarm.
„Jestem otrutym szczurem tarzającym się w konwulsjach”
[z Włochatego]
Brzuchusie, i TY przciwko mnie?!
PS. Złota myśl: „Ignoruję takie wyskakujące hop-siupadełka”.

znów nikt tego nie zrozumie.

Taplam się w komplementach, płąwię się w podziwie. Wszystko za sprawą garniturku sztruksowego, prostego warkocza i haftowanej bluzki. Ponoć ładnie, wyglądam na dorosłą. Eh…

Ja i tak wiem swoje. Wiem czego mi we mnie brakuje, czego nie widzę w lustrze, a czego w głowie, duszy, charakterze. Widzę aż za bardzo, jaka nie jestem, a jaka chciałabym być. Jaka czasem powinnam być, jeśli porównać mnie z innymi (a często jestem porównywana, oj, często).
Zastanawiam się, czy dzisiaj można być uważanym za osobę interesującą i ciekawą, z oryginalnymi poglądami etc., nie mając dredów, nie ubierając się jakoś wyjątkowo, będąc sobą po cichu, pokątnie. Bo ostatnio czuję swoistą presję. Ale to temat na oddzielne rozważania.
Dzisiejsze błądzą głównie wokół tego, co usłyszałam, a czego gorąco pragnęłam nie usłyszeć już nigdy. Znów krew mam zatrutą myślami o innej kobiecie i o swojej marności wobec każdej z innych kobiet.
Ty wiesz, o czym i dlaczego. Nawet jeśli nie chcesz wiedzieć.

Nie chcę żyć, jeśli mam żyć w ten sposób. Znów płaczę. A Lao przecież nie płacze nigdy, Lao ma swoją skorupkę, spod której nie wylewają się łzy…
(skorupka przemięka, kiedy nikt nie widzi.)

[Tori Amos "Siren"]

czarny blues o 9:08?


Katasza imię jej
za dużo w biodrach ma – to po matce
w jedzeniu umiaru brak
po matce matki ma

Talentów poskąpił Pan
urody żałował też
W kieliszku topi łzy
a do płuc pompuje dym

No i jeszcze
samobójcze skłonnści po dziadku
dziadków dwóch, więc umiera
razy dwa, razy dwa, razy dwa
po ojcu krótki ma wzrok
a po stryjku polipa

[K. Nosowska "Katasza"]
Hey’a słucham… źle ze mną

śniło

Śnił mi się sen.
Jeden z dziwniejszych w moim życiu. Chcę go utrwalić, mimo świadomości, że ubranie obrazów w słowa odbierze im znaczną cześć uroku.

Wprowadzenie: sen był „realizowany” w konwencji filmowej, z najazdami kamery, muzyką itp.
1. Był mężczyzna. Podobny do pewnego przystojnego aktora, którego widziałam może w 2 filmach. Przyjechał z daleka do kogoś bardzo dla mnie ważnego, zdaje się że to była moja starsza siostra (nota bene, była długowłosą blondynką). Ja natomiast byłam małym ciemnowłosym chłopcem, może 10-letnim. Nadszedł dzień wyjazdu mężczyzny. Był ubrany w czarny garnitur, miał śnieżnobiałą koszulę i rozluźniony krawat. Pożegnanie nastąpiło na skrzyżowaniu w moim Miasteczku. Potem moja siostra udała się do domu, a on poszedł w stronę stacji kolejowej. Po chwili zawrócił i poszedł przez park.
Było letnie popołudnie, zbierało się na burzę. Niebo było ciemne, światło brudnożółte. W parku w cieniu drzew widziałam tylko jego ciemną głowę i białą koszulę. Pochylił się, zgarbił. Obejrzałam się za siebie, czy rodzina mnie nie widzi, i pobiegłam za nim. Patrząc na niego wiedziałam, że jeśli teraz odjedzie, to już tu więcej nie wróci.
Będąc małym chłopcem czułam, że muszę go za wszelką cenę powstrzymać. Nie dla siostry, a dla siebie, bo kochałam tego człowieka, byłam do niego bardzo przywiązana. Nie chciałam żeby odchodził i bardzo bałam się go stracić. Zostać sama. Bałam się że więcej go nie zobaczę. To najsilniejsze uczucie tego snu, które jest ze mną nadal na jawie: ten żal, który mnie przejmował, kiedy widziałam jak on odchodzi.
Dlatego pobiegłam za nim ile sił. Dogoniłam go i zaczęłam zagadywać. Mówiłam o jakichś bzdurach, tłumaczyłam dlaczego nazywam się Lao. Nagle rozpadał się ulewny deszcz, równocześnie przez chmury przedarło się piękne złote słońce. Wsiedliśmy na rowery, on miał w ręce parasol. Pojechaliśmy razem, wziął mnie ze sobą. Głośno się śmieliśmy.
2. W poczekalni na lotnisku kazał mi poczekać 10 minut, on zaraz przyjdzie. Chciałam iść za nim, ale zniknął mi w tłumie. Rozglądałam się, zaglądałam ludziom w twarze, szukałam jego, tylko jego, czarnej marynarki i białej koszuli. Ale ludzie przechodzili obok, potrącali mnie. Zobaczyłam na tablicy, że jego samolot właśnie odleciał. Oszukał mnie. Zostawił.
Usiadłam na jakichś schodach, za oknem świeciło słońce, dookoła pełno ludzi. Obok człowiek sprzedawał gofry, dał mi jednego, z bitą śmietaną i czekoladą, ale mi nie smakował. Chciałam płakać, całe wnętrze mi drżało, ale nie mogłam. Zamknęłam oczy, zasnęłam.
Kiedy się obudziłam, za oknem było ciemno. Siedziałam z całą moją rodziną z powrotem w poczekalni – znaleźli mnie. Dowiedziałam się, że jego samolot zawrócił z powodu strasznej burzy. I on też tu zaraz będzie.
I zobaczyłam go. Był bardzo smutny, ale ten smutek nie wynikał z faktu, że musiał wrócić. Był smutny, bo wstydził się że chciał uciec. Bałam się do niego przytulić, w taki wspaniały, spontaniczny, dziecięcy sposób, a bardzo chciałam, niesamowicie się cieszyłam.
3. Wesele. Ogromna sala, setki osób. Kamera pokazuje wchodzącą na salę Madonnę, Raya Charlesa… Na scenie śpiewa Barbra Streisand. Przy jednym ze stolików siedzę ja i on, pan młody, tym razem w złotym smokingu i złotych szelkach. Śmieje się do mnie, rzucamy w siebie zapałkami. Traktuje mnie nareszcie jak kogoś bliskiego, śmieje się ze mną, przyjaźni się z dziesięcioletnim chłopcem.

Skończyło się dobrze, mimo to na jawie dalej czułam tamten strach. Niby odzyskałam go, ale nie byłam tego pewna. Bałam się znów zostać sama. Zupełnie jakby był jedyną bliską mi osobą na świecie, jakby tylko on był w stanie mnie zrozumieć. Znam ten strach z dzieciństwa, a i teraz nie jest mi obcy.
Uwielbiam sny, w których jestem dzieckiem. Chciałabym częściej być właśnie tym chłopcem. On zawsze wie co robić.

czyli tak jak wszystko.

Boję się swojego cienia.

A klej się nie klei tak jak powinien.

Refleksja dzisiejszo-porankowa:
Kot kopuluje z kocykiem, Babcia rzuca mrożonkami po przedpokoju. Mama kupuje chemię.
Zaczyna się zwykły dzień w domu wariatów.

z okazji piątku więcej niż 3 słowa.

Oglądam zdjęcia. Wybieram. Marzę.
Chciałabym mieć aparat, bardzo bym chciała. Chciałabym się z nim oswoić i powoli poznawać jego możliwości, doskonalić siebie i swoje spojrzenie, wyobraźnię. Chciałabym móc zmienić wszystkie moje pomysły w obrazy tak, jak podpowiada mi to dusza. Żeby każda linia w rzeczywistości pokrywała się z tą wymyśloną.

Ale trochę się boję. (Pomijając fakt, że zapewne nigdy nie spełnię tego marzenia z braku funduszy.) Żebym mogła próbować i mimo niepowodzeń brnąć dalej, musi znaleźć się ktoś z zewnątrz, kto doceni mój wysiłek i postępy. Nie umiem znosić krytyki, potrzebuję pochwał. Ktoś musi patrzeć – i widzieć. Rozumieć i czuć moje zdjęcia.
Ten sam problem był zawsze z moimi rysunkami. Nikt nie chciał wejśc w mój świat i moją głowę. I ja z czasem przestałam chcieć się tym dzielić. Szkoda…
Na tym samym polega moja odwieczna bolączka odnośnie tego bloga. Niechby znalazł się ktoś…

Po chwili:
Bym zapomniała dodać… Śnieg się rusza. Przemieszcza się. Drzewa kapią. Ogarnia mnie zachwyt i oddycham z ulgą, kiedy widzę swobodnie spadające z nieba H2O. Nareszcie nie uwięzione, nie zbite w bryłę, ani już nawet nie nędzne błoto pośniegowe, tylko zwykła ruchliwa woda.
Dzisiaj jeszcze przez chwilę (popołudnie, ale czymże jest popołudnie wobec ostatnich miesięcy?!) padał mokry obmierzły śnieżek, ale pokładam nadzieję w temperaturze.

Roztopy mają swoje plusy oraz minusy.
Do minusów należy wyłażący spod zasp wszechobecny syf. Straszne, jak ludzie (i psy) potrafią napaskudzić dookoła siebie (bardziej zastanawiająca jest prędkość psiej przemiany materii; o ile łatwiej byłoby znieść roztopy, gdyby psy zapadały w sen zimowy). Niewątpliwym minusem jest też etap ów błota pośniegowego. Przemoczyłam 3 pary obuwia w 2 dni. Ślizgałam się na podstępnie zamaskowanym lodzie. Traciłam chęć do życia na świecie, który potrafi uraczyć ludzi taką pogodą.
Ale jednak! Topnieje dalej, lód sobie poszedł. Wsiąka. Jak w gąbkę.
I tu miejsce na plusy.
Kilkanaście plusów wyłaziło z ziemi w ogródku, który mijam co rano, idąc na pociąg. Plusy były świeżozielone i reprezentowały sobą zawiązki jakichś roślinek, prawdopodobnie kwiatków, sądząc z miejsca.
Czyli nie umarło, tylko naprawdę zasnęło. A teraz się obudzi i znów będzie pięknie…

Prześladują mnie ostatnio dziwaczne wizje postaci i sytuacji, z przewagą sytuacji. Z tego co wiem, nie tylko mnie, ale tylko ja wiem, z jaką częstotliwością ja mam z nimi doczynienia (doczynienia czy do czynienia?).
Wczoraj miałam straszną ochotę rzucić ociekającą wodą gąbką w samiuśki środek tablicy w sali od polskiego. Obraz gąbki plaskającej wodą i robiącej wielkie zacieki mnie prześladował.
Dzisiaj natomiast zobaczyłam siebie idącą ulicą, tak jak szłam w damej chwili, tuż po tym, jak Basia poszła swoim chodnikiem, ja swoim. Zobaczyłam, jak śpiewam pełnym głosem jakąś wesołą piosenkę, a ludzie dookoła chóralnie dośpiewują mi wersy. Monty Phyton.

Wywiało mi natomiast z głowy wszyskie dawne mantry. Wracają tylko w chwilach, kiedy mam siłę myśleć. Tylo wtedy ‚chcę do domu’.
A kiedy mam czas czuć, targają mną sprzeczności.

No i masz. Znów wszystko wyszło niespójnie… wiosna. To jej wina. Albo zasługa. Jak się długo na kogoś czekało, to cokolwiek by nie zrobił, będzie mu liczone jako zasługa.
(niechby i na mnie ktoś czekał)