spójrz – widzę…słyszę – a stworzyłeś ciszę…

tyko i 17
za dużo, żeby chodzić w kolorowych dziewczęcych sukienkach z falbankami
żeby spać z misiem
żeby malować paznokcie na amarantowo
żeby skakać z okna (na parterze) z powodu nieszczęsliwej miłości
i co czwartek po korepetycjach pakować plecak i iśc w świat, który – jak się szybko okazuje – kończy się 2 ulice od domu w sklepie z czekoladą
żeby wymyślać niewinne naiwne wierszyki
żeby śpiewać pełną piersią, huśtając się na huśtawce
jeść ogromne, obrzydliwie słodkie truskawkowe lizaki w kształcie serca
czytać tylko niepoważne książki i oglądać kreskówki.
za mało, żeby mieć własne zdanie, z którym ktoś byłby zmuszony się liczyć
żeby móc wyrażać opinie o życiu i śmierci
świadomie decydować o swoim życiu
potrafić spojrzeć na problemy z dystansem
kochać naprawdę i na długo
móc tę miłość bez skrępowania okazywać i cieszyć się nią
móc błądzić na własną rękę i na własne ryzyko
zbierać doświadczenia
przestać być traktowanym stereotypowo :-)

–<–@ @–>–


Słuchałam sobie dzisiaj w pociągu płyty, która od ostatniego przesłuchania zdązyła się już solidnie zakurzyć… Wyciągnięta z kącika i wetknięta w discmana, wyemitowała serię doskonale znanych dźwięków przez słuchawki prosto do mojego mózgu. I – rzecz dziwna. Myślałam, że ta muzyka do mnie nie trafia, że wyblakło, zszarzało, spowszedniało. Że już wygrała swoje i starczy. A tu niespodzianka: od pierwszych taktów piosenki o pewnym Zielonookim Prześladowcy Kotów serduszko puka szybciej. Moje serduszko. Z czasem, kiedy już otrząsnęłam się z początkowego zaskoczenia, wyciągnęłam wnioski.
Otóż, utożsamiam się i przynależę. Do tego stada rozbrykanych dzieciaków pod sceną. Do tych, którzy czują muzykę całym ciałem, nie tylko z racji wibrujących w głośnikach basów. Do tych, których serca WIEDZĄ, potrafią drżeć tak, jak nie drżą serca spieszących się dorosłych. Dzieciaków pełnych buntu, złości, chęci czynu, ale też bezsilności, dzieciaków myślących i czujących, pragnących. Krzyczących, chcących pokazywać światu, walczyć i zmieniać. Dopóki gra muzyka, dopóki zespół jest na scenie.
Choć też moja przynależność nie jest typowa i widoczna. Nie noszę uniformów dających poczucie więzi z grupą. Nie zachowuję się tak jak grupa, nie chodzę tam gdzie powinnam, żeby być w grupie. Stoję sobie obok. Patrzę na innych, dzielę ich emocje, ale nie dzielę ich układów. Jeszcze żadne środowisko mnie nie wchłonęło. Nikt nie powiedział: dobrze że jesteś, jesteś nasza, akceptujemy cię. Nawet, kiedy nosiłam uniformy, coś nie pozwalało ludziom zbliżyć się do mnie, wchłonąć mnie w grupę. Wyglądam tak samo, ale jestem inna, grupa lubi indywidualność względem świata, ale nie względem własnych członków. A mimo to przynależę – serce bije szybciej.

Tylko Miłość Wariacka Ta Sama

[Włoch(A)ty]

igraszki

ogr, ogar i ogier to nie to samo
jak również dystans i dysonans

jakieś inne propozycje?

wymyślone później
bidon, bilon, biling, Biblia.

Co poza tym? Oddycham. Czytam. Piszę. Czasem płaczę. Słucham. Pulsuję. Jestem. Trzciną, ale trzciną myślącą…

Jedyny podmiot zdarzeń – Ja

[Kasieńka Nosowska]

A jakby ktoś pytał, to Makbet mógłby się mnie bać. *

No cóż –
czas przyznać nieskromnie…
Wczoraj o godzinie 20:40 minęło 17 lat…
odkąd oddycham powietrzem atmosferycznym :-)
Mało brakowało, a na samym starcie przestałabym oddychać całkiem,
i dzisiaj Ktoś Inny nazywałby się Lao (albo i nie).
Jednak na szczęście (albo niestety, jak kto woli) udało się mnie przywrócić światu (lub, jak kto woli: Bóg chciał żebym żyła).
I oto jestem. Fajnie?

Cóż mogę powiedzieć więcej?… Dziękuję z tego miejsca Rodzinie i Wszystkim, Którzy Pamiętali – Kochani Jesteście! Tym, którzy nie pamiętali, dziękuję że są :-) zapominalscy. Za parę lat się przyda, kiedy będę w takim wieku, że nic tylko zapomnieć…


* – odsyłam do wróżby, którą trzy Wiedźmy zafundowały Makbetowi odnośnie osoby, która zrzuci go z tronu. Dla domyślnych kombinatorów przewidziano nagrodę :-)

Zielonooka smutnieje.

gubię się
motam
jedna półkula mózgu emituje komunikaty do świata przy pomocy ‚bodylanguage’ oraz aparatu mowy, druga półkula z całych sił stara się zozumieć co tamta ma na myśli
to, co było ważne, ważnym być przestaje
to, co cieszyło, kopie pode mną dołki
i sama w nie wpadam. sama, samiusieńka.
robię rzeczy, które niczemu nie służą
wyłącznie takie rzeczy
jak html, obgryzanie paznokci i jedzenie ziarenek słonecznika
i czekam aż ten domek z kart łupnie o ziemię albo odleci wysoko do nieba razem z wiatrem
ten domek, w którym mieszkam i żyję, który sama sobie tyle czasu budowałam, żeby czuć się w nim bezpiecznie
co będzie wtedy, co potem? nie wiem
boję się.
ale już za późno i innej możliwości nie ma.

..ś.n.i.ą…m.i…s.i.ę…d.r.e.d.y..

Habemus. Nareszcie. (jeśli kogoś nudzi ten temat, nie zachęcam do lektury)

Zapewne teraz wszyscy będą rozgłaszać na prawo i lewo, co sądzą o nowym Papieżu. Wszystkich ogarnie przemożna chęć wygłoszenia swojego zdania. Zapewne nikt nie będzie ciekawy, co myślą inni.

Czuję się poniekąd w obowiązku napisać, co myślę/ czuję ja. Po to, żeby pesymiści, którzy jednak to przeczytają, zobaczyli inną mozliwą postawę.

Jestem dumna, szczęśliwa i pełna nadziei. Ufam Josephowi Ratzingerowi – Benedyktowi XVI. Wiem, że pójdzie dobrą drogą. Wiem, że wszystko się ułoży najlepiej, jak ułożyć się może.

Nikt nie zapomina o Naszym Papieżu Janie Pawle. Ani ludzie na Placu Św. Piotra, skandujący ‚Giovani Paulo’ na równi z ‚Benedikto’. Ani sam Nowy Papież, który zaczął pontyfikat od wspomnienia „Wielkiego Papieża Jana Pawła II”, który przecież był Jego bliskim wspołpracownikiem przez tyle lat. Ani ja. Ani zapewne nikt na świecie, kto uczestniczył w Jego pożegnaniu. Pamiętamy, a Jego przesłanie pozostanie i wytyczy drogę. Nam wszystkim, na czele z Nowym Papieżem.

Wszystko będzie dobrze.

nie ma ręki ani nogi bum tarara bam

Bezmyślnie wymęczona po tym tygodniu. Miast operować słowem, walczę z kolorem, linią, kompozycją. Dla własnej przyjemności klecę szablony. Takie nie dla siebie, ale wg mojego ‚gustu’ (podobno straszne bezguście ze mnie, więc mogę powiedzieć że szablony są białym gołąbkiem – gołębiczką w zasadzie – wysłanym innym bezguściom lubującym się w kiczu, tandecie i banale. i w jotpegach, i w gifach).

Krótko wspomnę o moim dzisiejszym odkryciu. Jechałam sobie busem do domku, gapiłam się przez otwarte okno na ciemne, łyse gałęzie drzew i nie mogłam nadziwić się kontrastowi. Temperatura wynosiła 20 stopni pana C., ludzie – jako i ja – zrzucili długie rękawy i nogawki. A drzewa nic. Śpią. Tylko krzaczki niektóre już się powoli przeciągają, pęcznieją, zaraz będzie BUM! i krzaczki zrobią się zielone. A drzewulce nic. Im dłużej będę zmuszona oglądać te nagie kikuty, w tym gorszy nastrój będę popadać.
Ale jest coś, co daje mi nadzieję. Zauważyłam, że spod suchej zeszłorocznej trawy wypełzło świeże, nowe. To zwiędnięte wsiąka w ziemię jak w żywą zieloną gąbkę. Może zrobi się czary-mary-abraka-dabra i drzewa się okryją liściastą zasłonką. Najwyższy czas. Mam dosyć sztucznego cienia, łaknę naturalnego. I poszumu, i śpiewu ptaków, i spacerów, które nie psułyby humoru wspomnieniem zimy. O.

Wiecie co Wam powiem?

„Zasadzimy, zasadzimy ziarno
pole, którego po horyzont nie da się ogarnąć
Dla jednych trutką, a dla innych karmą
jednym błogosławi, innym przyszłośc wróży marną”

Hej! z przytupem.

[Abradab
z Gutkosławem moim ulubionym
w utworze
"Rapowe ziarno"]

Mówmy im: Trwajmy

Papa jest daleko, gdzieś w górze.
Tu, na dole, dzwonią dzwony. Płoną świece. Miliony świec.

Trwajmy jeszcze dla tych, którzy słuchają.
Niech to wszystko nie zgaśnie tak szybko…
Ja nadal nie wierzę, nie pamiętam, że Jego nie ma tutaj.

Tak tu było od zawsze
mniej kolorów może miało
właściwie jedno i to samo się działo

Psycho-kot fruwa pod sufitem i udaje gawrona. Pies obnosi się z cierpieniem, chrapie i wzdycha. Babcia do wszystkiego dodaje mięso (nie, nie żółty ser, tarty ser, bo pasuje do wszystkiego taaaarty ser).
Ja słucham, jak pan Grzesiu T. śpiewa o natężeniu tożsamości, od młodości do starości, coraz łatwiej, coraz prościej. Tylko dlaczego to ma metrum na 5?! w głowie mi się nie mieści i wystaje uszami.

Innymi słowy, życie żyje się. Krok za krokiem, dzień po dniu.
Pobłogosław nam, Papa, z okna pałacu. A będzie się żyć, tak jakbyś był dalej – tu.

[Raz Dwa Trzy (Nowak czyli),
Kazimierz S.,
Grzegorzy Turnau,
Wojciech Młynarski.]

Mieliśmy Papieża…

„ale chyba się tym tak bardzo nie przejmujesz?”

przejmuję. z wielu powodów.
nikt do tej pory nie zrobił tyle dobrego dla świata. nikt tak gorąco i stanowczo nie apelował o pokój, zarówno między wyznaniami, jak między stronami w konfliktach politycznych. nikt tak mądrze nie bronił miłości i życia. nikt nie był zarazem duchownym, mędrcem, pasterzem, poetą i chłopcem. żaden z dotychczasowych papieży nie był tak blisko z dziećmi i młodzieżą. On zmienił oblicze skostniałego Kościoła, dzięki temu zmieniając oblicze Ziemi. od żadnego z poprzednich Papieży nie promianiowała tak silna aura mądrości, dobroci, spokoju. w tym całym poplątanym świecie to On był niezmiennym autorytetem, któremu błędy praktycznie się nie zdarzały. kiedy działy się straszne tragedie na miarę ludzkości, wiadomo było, że to On pierwszy wypowie słowa wsparcia, to On przywróci wszystkiemu równowagę.
zwiedził prawie cały świat. był wszędzie tam, gdzie jego słowo było potrzebne, gdzie czekali na niego wierni. nigdy nie zawiódł. nie ma chyba dziś na świecie chrześcijanina, który nie czułby, że Karol Wojtyła był bliskim mu człowiekiem. który papież przed nim umiał tego dokonać?

Czy kiedykolwiek świat żegnał równie wzniośle i zgodnie jakiegokolwiek innego człowieka? Czy kiedykolwiek ramię w ramię modlili się obywatele wszystkich narodów, wyznawcy wszystkich religii? Czy kiedykolwiek wszyscy przywódcy równie głośno wyrażali żal po stracie jakiegoś człowieka? Czy z powodu śmierci głowy Kościoła katolickiego wcześniej ustawały święte muzułmańskie wojny?
Włącz telewizor. Obejrzyj wiadomości. To wszystko chyba najlepiej świadczy o Jego wielkości.

to prawda, że nie ma ludzi lepszych i gorszych. nie ma mniej i bardziej ważnych. znajomy zadał pytanie – jak to możliwe, że cały świat przejmuje się śmiercią jednego człowieka, a milczy, gdy w tej samej chwili z głodu umierają setki. On robił wiele również dla tych głodujących. miał ogromne wpływy i wielkie możliwości. najwyższa cześć należy mu się za to, że potrafił je najmądrzej wykorzystać.

nie wolno też patrzeć na niego przez pryzmat duchowieństwa, kleru, nawet jeśli jest się osobą niewierzącą i odrzuca się instytucję Kościoła. był głową Kościoła, a Kościól jest zły, dlatego nie będę po nim płakać, strata tego człowieka jest mi obojętna. Nie! nie można tak myśleć. prócz Kościoła reprezentował on wartości uniwersalne i najwazniejsze: pokój, miłość, braterstwo. przecież to właśnie głosił Jezus (nie ma wyboru, w Jezusa jako postać historyczną trzeba wierzyć, można odrzucić jego boskość, nie można odrzucić Jezusa – mędrca i filozofa). i te wartości były, są i będą światu zawsze najbardziej potrzebne. jeśli nie opłakujesz utraty najlepszego papieża, jakiego miał Kościół, zapłacz nad utratą tego, który walczył o Pokój i Miłość. jeśli nie wzrusza cię utrata przewodnika duchowego, niech wzruszy cię i rozżali śmierć człowieka, który całe swoje życie ofiarował sprawie, w którą wierzył. kiedy powierzono mu rolę przewodnika milionów, wyznacznika wiary i Ojca wszystkich wierzących, potrafił stać się nie tylko autorytetem z urzędu. nawet cięzka choroba i głębokie cierpienie nie pokonały jego ducha. nie ustąpił, do ostatnich chwil pozostał przewodnikiem i ojcem tych milionów na placu św. Piotra, przy telewizorach, w kościołach oraz tych, którz modlą się do innego boga lub nie modlą się wcale. dał światu największą lekcję wytrwałości i pokory. czynił swoje dzieło, walcząc z ogromnym cierpieniem. do końca.

gdzie byliśmy, kiedy głosił te wielkie mądre idee? ilu z nas błądziło, ilu było głuchych na miłość drugiego człowieka? dla ilu był tylko starcem w białym berecie? czy to nie pachnie hipokryzją, kiedy teraz nagle tłumy wylegają na ulice? teraz, kiedy On już nie żyje, dlaczego nagle wszyscy są tak bardzo poruszeni? ile w tym sugestii, ile uczuć jest wywołanych przez media, ile w tym szukania sensacji, chęci udziału w tak ważnym dla świata wydarzeniu, żeby zobaczyli to inni?
ja wierzę w człowieka. tak jak on wierzył. wiem, że ludzie nie są doskonali. że błądzą, popełniają błędy. że na co dzień mało myślą o sprawach ważnych, więcej o sobie samych. czasem nie myślą w ogóle albo zadowalają się cieniem, tanią wymówką. ale właśnie teraz jest chwila, żeby pomyśleć naprawdę. wierzę, że śmierć tego wielkiego Człowieka zmusi wszystkich do myślenia. pokaże te ważne rzeczy i idee. wierzę, że w części ludzi wiara stanie się silniejsza lub odżyje, część może dzięki temu się nawróci, a część po prostu przemyśli wiele spraw, może zmieni swoje życie na lepsze, może zacznie podejmować decyzje bardzie świadomie. częśc będzie błądzic dalej – zawsze znajdą się ludzie odporni na dobry przykład, głupio przekorni. ale wierzę, że prawie wszystkie łzy wylane przy Jego śmierci będą płynąć szczerze z głębi serca.

a jak śmierć Papieża przeżywam ja? tak jak każdy, po swojemu. nasuwają mi się setki myśli, skojarzeń, wspomnienia, obrazy. teraz jeszcze do końca nie wierzę, muszę sobie od czasu do czasu przypominać, że ten na wskroś dobry i miłosierny człowiek nie żyje. wiara nie jest moją najmocniejszą stroną. okazałam się zbyt słaba, zbyt podatna na wpływy, by umieć uwierzyć z taką siłą, jak trzeba, i zaufać. dałam za wygraną. opłakuję go (tak, opłakuję. kiedy nikt nie widzi, chociaż to żaden wstyd.) po swojemu – po hipisowsku. jako tego, który głosił słowa obdartego guru Joszuy. jako tego, który Wiedział, Rozumiał i Kochał. i dzielił się tym ze światem, obdarowywał świat, zarażał go pokojem i miłością. jako tego, który stanowi dla mnie niedościgniony przykład.
kiedy ludzie w tysiącach kościołów modlili się o zdrowie dla Ojca Świętego, ja powtarzałam sobie: wszystko będzie dobrze, wszystko dobrze się skończy. ale tego dobrego końca nie upatrywałam w uzdrowieniu albo w nabraniu sił. chciałam dla niego pogodnej, łagodnej śmierci, czułam że przyszła na nią pora. to był w moim mniemaniu dobry koniec. i taki właśnie nadszedł. misja, jaką miał Karol Wojtyła do spełnienia, została wypełniona. nie ma we mnie żalu i rozpaczy, nie pytam, dlaczego Ten Wspaniały Człowiek musiał odejść. musiał, przyszła jego pora. pozostawił po sobie największe Świadectwo i Lekcję. a świat o tym nie zapomni.

chyba tyle z mojej strony. jestem jeszcze bardzo oszołomiona, piszę chaotycznie. Czuję że pominęłam coś bardzo waznego, jeszcze pewnie potem dopiszę…

Habebamus Papam…

[*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*]

a co wy o tym myślicie

opisy na gg:
„Papiezu…badz silny”
„Wszystko w rękach Boga.”
„Myślami jestem z Papieżem…”

„a ciekawe kto z Was martwi sie gdy codziennie umieraja ludzie z glodu?”

Nie, nie można myśleć w ten sposób. Rozumiem rozdrażnienie, że gdy tylu ludzi umiera co dzień w cierpieniu, oczy świata przyciąga jednak ten jeden konkretny dramat. Jednak trzeba wziąc poprawkę na ogromne zasługi Jana Pawła II dla pokoju na świecie, szerzenia idei miłości i braterstwa, walki w obronie życia i człowieka, oraz na jego miejsce w życiu milionów katolików, na ogromny autorytet moralny i przewodnictwo duchowe. Trzeba pamiętać o jego ogromnej mądrości i rozumieć lekcję, jaką daje światu, trwając z wiernymi nawet w tak strasznym cierpieniu.
Poza tym odnoszę wrażenie, że ów opis jest ironiczny. Ja, ja się martwię. O tych wszystkich umierających ludzi, o ludzi chorych, biednych, cierpiących z jakiegokolwiek powodu. I nie widzę w trosce o Ojca Świętego cienia hipokryzji.

Ja… chyba nawet się modlę. Chociaż to nie do końca tak. Jestem myślami i sercem z Nim. Banalne, proste słowa. Czuję to, co miliony ludzi na całej Ziemi. I identyfikuję się z tym tłumem, trzymam kciuki, pragnę poprawy zdrowia albo – jeśli to ma być już teraz – łagodnego, pogodnego końca.

To wielka chwila, wielki dzień.