Przemeblowanie

chciałabym urządzić. Wynieść wszystko i wnieść jeszcze raz, od nowa, rozplanować swoje życie według własnego gustu i uznania. Poświęcić rzeczom ważnym tyle miejsca, na ile zasługują, a te nieważne schować w kątach. Tak, żeby na wszystko był kawałek przestrzeni, plus żeby było czym oddychać.

Bo starego bałaganu mam dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość dość…

schować się (!) (?) (…)

„…słońce jest już coraz, coraz niżej…”

10 miesięcy dobiegło końca, nawet nie zauważyłam kiedy. Do tej pory nie dociera do mnie, że oto właśnie stałam się wolna (tymczasowo, ale zawsze to coś). Różowy ślistek zwisa z lodówki, tym razem przednia strona wystawiona na widok publiczny, oceny natomiast wstydliwie rumienią się z tyłu. Jakoś w tym roku nie mam się chyba czym chwalić.

„Kołtun, ale ci z nim ładnie” - moja Babcia Z.

Oddalam się, odsuwam od tego, co mnie spotyka. Wypycham zdarzenia na margines świadomości. To, co najważniejsze zostaje w środku, głęboko schowane pod nic nie znaczącym, uprzejmym uśmiechem. Nic nie umiem na to poradzić.
Mama przesypia całe popołudnia, Babcia sprząta wszystko po 4 razy, sama się przy tym nakręca, istne perpetuum mobile. A ja od wewnątrz wypełniam się mgłą. Mgła tłumi dźwięki i zamazuje obrazy. Myśli się w niej rozpływają.
I tak jest mi dobrze.

O nic mnie proszę nie pytać. Co robię i dlaczego. Dlaczego piszę bzdury albo dlaczego nie piszę wcale. Zabraniam zadawania mi tym podobnych pytań. Robię to co robię, nic innego nie umiem. Dobrze, starczy tej agresji.

„…Zamykam oczy i udaję, że nie widzę
zatykam uszy i udaję, że nie słyszę
zamykam serce i udaję, że nie czuję…”

I’m a natty natty dread…

Zmęczeni, wszyscy wokoło są zmęczeni. I ci nadzorowani, i nadzorujący. Obowiązkami i sobą nawzajem. Zmęczeni na tyle, że znużenie przeszkadza im dostrzec absurd całej sytuacji. Wszyscy ludzie zamknięci w ceglanym pudełku szkoły mają serdecznie dość siebie wzajemnie i obowiązku, który
- pozostając tworem ludzkiego umysłu, nie zaś naturalną koniecznością – trzyma ich tam i nie pozwala odejść ani na krok, pod groźbą nagany.
A wystarczyłoby sobie i innym – uczeń też człowiek! – po prostu odpuścić. Kochani, wszyscy jesteśmy zmęczeni i zaraz powydziobujemy sobie oczy, idźmy po prostu do domu i nie mówmy nic nikomu… Ale nie, człowiek po to obwarował swoje działanie regulaminami, statutami i paragrafami, by uniemożliwić jednostkom dogadanie się między sobą najprostszym językiem, najbliższym „krwioobiegowi słów, gdy prześiwetlać je i udręczać” (zgrabna parafraza Grochowiaka). Dwie jednostki nie mogą po prostu porozumieć się i po cichu wyjść tylnymi drzwiami, bo to by groziło fundamentom systemu. Porozumienie się dwóch jednostek jest zatem zakazane. I tkwimy w tej głupiej matni obowiązków, nie wszyscy oczywiście, czasem ktoś się wyłamie, ale nie w mojej szkole. U mnie nikt nie mówi: idźcie do domu, tylko żeby was nikt nie widział, ok? Nadużycia są karane. Pedagogów szlag trafia, że muszą nas okiełznywać przez 7 godzin dziennie, nas – że jesteśmy zamknięci, chociaż już się w klasach wysiedzieliśmy na 2 lata do przodu. I gdzie tu sens, gdzie logika? Wie ktoś? Szamoczemy się wszyscy jak zwierzęta w potrzasku, nauczyciele i uczniowie w najlepszym humanistycznym (sic!) liceum Olsztyna.

Niech Ktoś zatrzyma wreszcie świat… Bo wysiadam

Co do dredów – jeszcze tył. Na razie prezentuje się to tak:
#1 – Grzegorz i Basia z minami sadystów ciągną mnie za włosy, ja spożywam czereśnie.
#2 – kiedy już nam się kompletnie nic nie chciało… (od lewej – Ida, Basia, Lao.)

Birth of the lion!

Otóż, proszę szanownych Państwa, jak wynika z badań przeprowadzonych przez niezależny jednoosobowy insytyut badawczy, dredziarze dzielą się na 2 grupy.
1) Grupę pierwszą stanowią dredziarze porządni, dbający o swój wygląd, dla których ważną funkcją dredów jest kreowanie wizerunku. Daszki, sportowe ciuszki, adidaski – i jest fajnie. Nic nie zwisa i nie sterczy. Ludzie zadbani.
2) Grupa druga to cała reszta, od dredziarzy – metalowców, przez rozmaite freaki, po dred-hipy. Tu kreacja nie jest obowiązkiem. Z hipów niejednokrotnie coś zwisa (rozciągnięty sweter), coś się za nimi ciągnie, coś się z nich osypuje (igły choinkowe, hihi).
I coś czuję, że wpiszę się gdzieś pomiędzy. Z jednej strony chyba dorosłam do dbania o siebie w rozsądnych granicach, ale z drugiej strony daszek (rodzaj symbolu wręcz) to już chyba jakaś przesada…

Tak, proszę Państwa. Wpiszę się. Żeby się wpisać, muszę być dredziarzem. I prawie jestem – mam 21 ziomalkich wypustków na głowie, a wraz ze mną moje obrzydliwe Kochanie. Obrzydliwe, bo marudziło straszliwie podczas roboty.
Praca przebiega stopniowo, ale sukcesywnie. Jestem połową dredziary. I daszek do mnie nie pasuje – jak na razie.

Lao, Lao, co z ciebie wyrośnie, karaluchu nieszczęsny?

„dziewczyny szare, płaskie jak filc” i ja z nimi

To były pracowite dni.
Zdołałam (z pomocą nieocenionego przyjaciela) przytargać do domu z piwnicy cały karton rozmaitych książek i czasopism literackich.
Tenże sam przyjaciel pomógł mi uporać się z komputerem, co polegało na przeniesieniu go w tę i spowrotem oraz zgraniu na płyty zawartości dysków.
Pilnowałam dzieci.
Zrobiłam generalne porządki w pokoju, z uwzględnieniem przestawiania, zestawiania i ustawiania rozmaitych książek oraz wieszania karnisza i zasłonek.
Przez 5 godzin (słownie: pięć!) szydełkowałam koledze dredziki grubości makaronu al dente. Pokaleczyłam sobie łapki, ale to efekt uboczny, li i jedynie.
I to wszystko byłoby pardzo przyjemne, bo lubię grzebać w starych książkach, z pietyzmem układać system ich ustawienia na półkach, rosnę na duchu widząc zadowolenie kumpla z naprawionych dredów po długiej i ciężkiej pracy. Tak, to naprawdę mogłby być przyjemne.
Gdyby nie przejmujący ból. Coś, co ściska kiszki, nie pozwalając stanąć w pozycji wyprostowanej.
Jem tabletki i jestem dzielna. Dzielna, nie znoszę tego słowa, ale tu akurat pasuje.
Cobainie, łączę się z Twoją umęczoną duszyczką w bólu.

„na ulicach cichosza…”

Aniu, kim będziesz w przyszłości? Kim chcesz być, co potrafisz? Dokąd cię nogi poniosą, dokąd cię serce gna?

Skąd mogę wiedzieć, dokąd zmierzam, skoro nie wiem dobrze skąd przychodzę, ani tym bardziej, kim jestem?

Szukam na ślepo odpowiedzi na te i kilka innych Najważniejszych Pytań. Wędrując wydeptanymi ścieżkami w okolicach Starówki, oglądam ludzi, zerkając kątem oka na swoje odbicia w szybach wystaw porównuję się do nich. Skąd we mnie właśnie takie, a nie inne pragnienia, jakie moje pomysły mają logiczne uzasadnienie? Po co robię niektóre rzeczy? Nie wiem. Nie odszukałam odpowiedzi ani w twarzach i ubiorze przechodniów, ani w swoim odbiciu, choć szukam – jakby nie chciała do mnie przyjść. Nie znam siebie i nie potrafię poznać. Nie rozumiem, a zawsze rozumiałam!

„Idę spać, gdy mam dość…”