.

Powoli dociera do mnie, że w moim życiu od 3 lat nie ma miejsca na załamanie nerwowe. Na moim zdrowiu i spokoju ducha opiera się cała konstrukcja. Kiedyś została nadyrężona, długie godziny w ogromnym puszystym szlafroku spędzone na użalaniu się nad sobą i bezskutecznym szukaniu sensu egzystencji. Ale wtedy główny inżynier dołożył starań i udało się zażegnać kryzys. A teraz jestem tu sama ze sobą, sama ze sobą na sam wcale nie najlepiej się mam.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?

On Air Today: The Pixies

Wyżywam się poetycko na photoblogu. Zupełnie nowa forma wypowiedzi daje nowe możliwości. Fikcja miesza się z faktami i ta groźna mieszanka uderza mi do głowy. Nie powiem, żeby nie było to przyjemne. W ryzach utrzymuje mnie limit dodawania 2 zdjęc dziennie narzucony przez serwis. Inaczej stałabym się całodobową mitomanką.
Szablon tymczasem zatrzymał się w rozwoju i nic nie wskazuje, by miał się choć trochę rozbudowac w najbliższym czasie. Jak milion innych przedsięwzięć.
Burzowe chmury wściekają się nad budynkiem Telekomunikacji. Przemieszczają się powoli nad kościół, zobaczymy co z tego wyniknie. Śledzę rozwój sytuacji z zapartym tchem.

Where is my mind…?!

telegram

„Dworuję sobie z moich cierpień; gdybym sobie pofolgował, powstałaby cała litania antytez.”
J.W. Goethe „Cierpienia młodego Wertera”

Eli Lama Sabachtani…

Rozszumiało się na dworze. Zacinająca ulewa i porywisty wiatr. A ja siedzę cicho, jak mała kudłata mysz pod miotłą. Słucham tylko bębnienia kropel o dach, muzyka by przeszkadzała.
Czuję się jak małe, bure, nic nie znaczące i niepotrzebne stworzonko, trzęsące się na przemian z zimna i ze strachu. Od niedawna nim jestem. Ale stopniowo zaczynam zaszywać się w jego cienkiej skórce.
Wspomnienie niedawnego słońca i całego ciepła z nim związanego (ciepła muzyki i ciepła ludzkich serc) jest coraz odleglejsze. Wraca z setek zdjęć, ale nie porywa mnie już tak mocno. Wróciłam. Zostałam tu sama, muzyka ucichła, ludzie rozjechali się do domów. Skończyło się, przyszedł deszcz.
Odrętwiałam.

Omnis Moriar.

Ostrzegam i proszę: kto ma dosyć tematyki, niech stąd idzie zamiast wyżywać się na mnie w komentarzach.

Jak zwykle, kiedy wypełniają mnie emocje, w moim pokoju panuje cisza.

Kłębek nerwów. Z chaosu powoli wyłaniają się jakieś konkretne myśli dające się nazwać.

Trwający od pierwszych wieków istnienia ludzkości okrutny danse macabre trwa. Ubieramy swoje pierwotne instynkty w maski coraz bardziej nieprawdopodobnych idei. Mimo rozwoju techniki, mentalnie nie ruszyliśmy do przodu ani o krok od czasów prehistorycznych. To obojętne, czy żyję w średniowieczu, czy w XXI wieku w Europie. Miast dżumy jest rak i AIDS, zamiast krucjaty dziecięcej jest Biesłan. Każdej z tych walk przyświeca Wyższa Idea. Dziś znów w imię świętych wartości zginęli i zapewne jeszcze zginą w ciasnych korytarzach niewinni ludzie. Tacy, których los pchnął akurat w to miejsce, i to, że wstali dziś do pracy stanowiło ich jedyną przewinę. Czy ktoś liczy się z faktem, że kilkadziesiąt (módlmy się, by nie więcej!) serc przestało dzisiaj bić?

Śmierć, której z dnia na dzień więcej wokół mnie, najpierw w najbliższym otoczeniu, teraz widoczna na ekranie i słyszalna przez głośnik radia. Ledwie zdążyłam oderwać pięty od ziemi, żeby wyciągnietymi dłońmi dotknąć słońca, już znów zawiesza na sercu ogromny ciężar, a słońce zasłania burzowymi chmurami. O, śmierci! obfite żniwo dziś zbierzesz. Widać ani mnie nie dane jest w te wakacje zapomnieć o kruchości istnienia, ani zwycięskiemu miastu świętować wspaniałą wygraną.

Myślę: co z tego, że non omnis moriar, kiedy umrą wszyscy i nie będzie już komu pamiętać? Na skalę kilkuset czy tysiąca lat to się sprawdza, co, jeśli pomyśleć o końcu, który przyjdzie szybciej niż się spodziewamy? Zmiany zachodzą tak szybko…

Śmierć mnie przeraża. Zaskakuje i uderza z najmniej spodziewanej strony. Lęki sprzed 3 – 4 tygodni znów są mi bliskie. I ta nieprzewidywalność… Ona każe mi się okłamywać, łudzić, że moje życie leży w moich tylko rękach, że sama zdecyduję, kiedy odejdę i tak. To piękne kłamstwo czasem zabija strach. Ale nie w chwilach takich, jak dzisiejsze. Oni być może też w nie wierzyli.

To wszystko prowadzi mnie do jednego wniosku. Wobec śmierci jestem pyłem. Moje oczy, do niedawna szeroko otwarte i pilnie obserwujące, teraz zaciskają się, by nie dostrzegać, uciec. Boję się tego, co niespodziewane. Dlaczego by nie zaskoczyć śmierci? Oddać się jej, nim sama zażąda, póki jeszcze żyję, póki mogę to zrobić, póki w moich rękach ta decyzja?

Wiesz dlaczego nie?

krótki telegram z wakacji

Z pokoju dobiega szczęk oręża. Kot ściera się z żaluzją. Postanawiam interweniować. Zostaw żaluzję! żaluzja jest cacy! Koooteeek! (porywam Henryka w objęcia) Kotek też jest cacy! Nawet bardziej niż żaluzja! (przyciskam kota do swej wątłej piersi) AŁ! (odrywam uzębienie Henryka od mojego ramienia)

Czułość bywa niebezpieczna!

Wizyta u Babci Z. przebiegła dziś pomyślnie. Babcia od progu oświadczyła że ślicznie mi z tą nową fryzurą, ani razu nie użyła określenia „kołtun” (!) i wyraźnie patrzyła na mnie z przyjemnością. Natomiast ciocia wyraziła powątpiewanie, czy aby na pewno lepiej jest, niż było. I moja droga konserwatywna Babcia Z. stanęła w mojej obronie :-) O gustach się nie dyskutuje, ale pozytywne opinie krzepią i smyrają babską próżność…

Oglądam sobie Moje Małe Miasteczko w wydaniu letnim i nie powiem, nawet mi się podoba. Szczególnie, kiedy mogę obserwować sobie spokojnie przyjezdnych Warszawiaków. Oni zwracają na mnie uwagę jedynie jako na ciekawostkę, oryginalny, specyficzny element krajobrazu, mam wiec z nimi spokój. Mogę łypać bezkarnie. Z niejaką przyjemnością odnotowałam brak stworzonka przypominającego mnie w jakikolwiek sposób. Znów łechtanie próżności, cóż poradzić. Wnioski z dalszych obserwacji Mieszczuchów, jeśli takowe się pojawią, skrzętnie zanotuję.

Powoli, powolutku zaczynam odczuwać, że MAM WAKACJE. Coraz mniej nieznośna lekkość butów.

- – - – - – - -
Buja mnie: Erykah Badu, U2.
(Swoją drogą zabawne, i od dawna to powtarzam, jak powoli ja dojrzewam do muzyki, która Ciebie wypełnia od tak dawna. Jak powoli dojrzewam w ogóle – w stosunku do Ciebie.)

uwaga, ja piszę!

Czas przepędzam aktualnie dość spokojnie po minionych ekstrawagancjach, wybrykach własnych i awanturach. Mianowicie przesiaduję na balkonie, nadrabiając braki literackie i korespondencyjne. Wyciszam się, odpoczywam, odkrywam, analizuję, wzbogacam się.


Czemu chciałbym zniknąć


Kocham cię i ty nawet nie wiesz jak ja cię kocham i darmo by mówić o tym
W poczuciu wstydu występku nienawiści do siebie
Kocham cię
Z zapamiętaniem wyrostka niedojrzałego z lazurowym uporem monogloidalnego idioty
Z wystraszoną rozdartą duszą starca lubieżnego
Wśród słów ostrych i słów kłamliwych słów niewiele wartych
Kocham cię
Kocham cię
I brzydzę się sobą tym który cię kocha i szanuje i śpi z tobą
Jak doprowadzony do ostateczności biciem serca
Chciałbym jedynie być kurzem na meblach który niedbale ścierasz
Jedynie popiołem czuwającym na twoim kominku
I żebyś o mnie nie pamiętała
Ty nie wiesz jak ja cię kocham
Ja nie wiem czy ty mnie kochasz
Niweczysz mnie niweczysz mnie całego zanikam usiłuję
A potem przychodzisz żądasz i odżywam przed występkiem

[Jacques Crickillon]

Odkrywam słowa, które bolą… czy też boli prawda w nich zawarta, utożsamianie się ze słówami…

Nie, to nie ja – to ktoś inny cierpi.
Ja nie mogłabym tak, a to, co się zdarzyło, Niech czarne sukna zakryją,
I niech uniosą latarnie…
Noc.

[Anna Achmatowa]