wherever I may roam

Bo to jest właśnie ona. Lao – następczyni plemiennego kapłana. Tyle tylko, że plemię się rozpadło, rozwędrowało po świecie. Często nawet sam nie wiesz, że jej potrzebujesz, ale ona zwykle wie, kiedy się pojawić. Przybędzie, odprawi swój rytuał (niektórzy mówią, że rzuca urok), a ty poddasz się, wyrzucisz z siebie wszystko, co boli i gniecie. W zamian da ci spokój, harmonię, poczucie bezpieczeństwa i ciepło, żebyś nabrał sił i od nowa uwierzył. A potem cicho odejdzie, spełniwszy swój obowiązek jak należy.

I tylko Lao wie, że potem zostaje sama. Szczęśliwa, że mogła pomóc; cierpiąca, bo kocha każdego, kogo uwalnia od jego nieszczęść i ciężarów. Ale tak już jest i być musi, że Lao nie zagrzewa nigdzie miejsca na stałe. Bo na dłuższą metę unieszczęśliwia i ogranicza, zamiast uwalniać. Historia musi się powtarzać.

licytacja

Nie ma sensu kupować kredensu
znów wszystko do góry nogami.

Kim jestem? dla kogo? komu jestem potrzebna naprawde, a kto chce mnie wykorzystac? komu jeszcze moge ufac w tym wszystkim, po tym wszystkim?

gdzie mam dalej isc? do kogo? kto mnie nie oszuka? kto mnie chce?…
wystawiam sarne na licytacje
kto mnie przygarnie?…

.

Nerwowa ze mnie sarenka. Wystarczy jeden nieostrożny ruch, a zrywam się do ucieczki, na ślepo, prosto przed siebie.

Co się robi z sarenek? Chodniczki?…
Zróbcie ze mnie chodniczek, czym prędzej, proszę.

puff.

„Nie chcę ciastka z kremem
tortu i wisienki
nie chcę bransoletek
uwiera mnie sznur pereł”

„…dyskretetnej troski trzeba mi…”

Koniec tego dobrego, moi drodzy. Usuwam tymczasowo możliwość komentowania notek. Nie taki był zamysł, sens i cel, żeby mieć dwucyfrową liczbę komentarzy pod każdą notką. To NIE jest forum… nawet jeśli byłoby, i tak za dużo offtopiców, żeby mieć do tego cierpliwość czasem.
To jest mój mały kącik. Notka to kilka słów gdzieś z głębi głowy, czasem wyrażających wiele myśli na raz, bardzo wieloznacznych, a czasem zrozumiałych tylko dla wtajemniczonego przyjaciela lub dwóch. Czasem tylko ja wiem, co oznaczają dane słowa. Komentarze są po to, żeby można było napisać kilka słów prosto od siebie, ze swojej głowy i serca, czasem pośmiać się razem ze mną, czasem mnie pocieszyć, wysłać mi taką małą ciepłą iskierkę.
Nie odpowiada mi sytuacja, w której notka staje się tylko pretekstem do dyskusji i pretekstem pozostanie, cokolwiek bym w niej napisała. Dyskusja zaś polega na udowadnianiu sobie wzajemnie, że druga osoba nie ma racji, albo czasem szydzeniu, bardziej lub mniej wprost. Ani to nie jest wesołe, ani konstruktywne.
To jest mojemiejsce i jeśli mam czegoś dosyć, mogę to bez oglądania się na kogokolwiek zmienić. Reklamacji nie przyjmujemy.

Żałuję, że byłam zmuszona w ogóle napisać taką notkę, szkoda że doszło do takiej sytuacji.
Wszystkich urażonych przepraszam.

?…

czymże więc byłam, że tak łatwo o mnie zapomnieć?

mam prawo tak się czuć. mam prawo do wielu rzeczy, wbrew pozorom.

Brrr d-d-d-d-d!

Jako ekspert o niepodważalnym autorytecie wysnułam tezę, którą poparłam obserwacjami, badaniami i doświadczeniami, przeprowadzanymi głównie na samej sobie. Uważam zatem, że jest to prawda obiektywna. Otóż

przy temperaturze sięgającej -20,6 stopni pana C. jakiekolwiek życie jest niemożliwe. Życie po prostu zamarza.

(Bo tyle właśnie wskazał termometr szkolnej stacji meteorologicznej, kiedy rano dotarłam do szkoły.)

Jeszcze nigdy nie biegłam do szkoły tak szybko i nie reagowałam taką radością i ulgą na jej widok.

Czy kiedykolwiek jeszcze będzie ciepło?!

Wierzę że się uda… musi, musi!

„Mam w sercu takie miejsce
noszę tam wielki plan!”

Rozjaśniło się niebo. Zabawne, jak to się często wszystko zbiega – czy raczej – jaki wielki wpływ ma na nas stopień zachmurzenia… Czoło Lao też się trochę rozjaśniło. I oczy chyba śmielej patrzą w przyszłość.
Winien temu głównie jeden piękny, wielki plan wakacyjny pęczniejący w mojej głowie, dojrzewający powoli i czekający na swój czas. A czasu jest dużo – jeszcze 157 dni :) Czekam od ponad roku, poczekam i więcej, byle mieć świadomość, że to rzeczywiście może się spełnić, że w międzyczasie nic się nie zmieni… tego boję się najbardziej. Bo oto mam cel i sens. Wiem, po co walczyć, choćby i o tę piekielną szkołę, choćby i o siebie, czasem, czasem.
Oprócz tego plany bliższe, na następne 2, 3 miesiace.
Jak to szło?
4 lutego Strachy na Lachy w Andergrancie
4 marca Punky Reggae Live tamże
w międzyczasie, gdzieś, kiedyś Happysad – nic jeszcze nie wiem.
Strachów nie odpuszczę, minęły bezpowrotnie czasy, kiedy byłam w stanie – z boleścią, tak – opuścić jakikolwiek koncert Krzysztofa G. w okolicy. Zastawię się, sprzedam buty, ale pójdę. Tak samo z Happysadem – i tu stanowcza różnica wobec stanu z zeszłego roku, sprzed odkrycia przeze mnie „Podróży…”. Koncert promujący tę płytę z boleścią przemilczałam. Udałam, że go nie ma, że nie widzę plakatów i nie liczę dni i godzin. Nie powtórzę więcej tego błędu.
PRlive ewentualnie mogę sobie darować – na Farbenach byłam latem, Akurat mnie nie kręci „zazbytnio”, ale szkoda mi Zabili Mi Żółwia… ehh :-) Dylematy pieniężne.

Przepraszam, że tyle paplam :-) to z emocji. Policzki mi płoną. Dopiero teraz czuję, ile straciłam, omijając jesienny sezon koncertowy. Nie wolno się tak zaniedbywać. Ponoć mozna żyć bez powietrza – ale jak długo?… I jaki sens ma takie życie?
Teraz wszystko się ułoży. Mam więcej czasu, co prawda kosztem dodatkowego angielskiego, który dawał mi ogromną przyjemność, a z którego musiałam zrezygnować z racji ocen. Ale ten czas pozwoli odratować szkołę. I poszaleć koncertowo, żeby mieć w ogóle siłę na to wszystko.
Przecież nic jeszcze nie wiem na pewno. A jednak powtarzam sobie, że się uda. Chcę w to wierzyć. Powód, by wstawać rano!

„Moja głowa wciąż od nowa
snuje obraz przyszłych dni
Moje zmysły czują powab
tego co w przyszłości lśni”
[Akurat - "Wielki plan"]

Zima.

Śnieg zamazuje szczegóły, zaciera krawędzie i prawdziwe kształty rzeczy.
Podoba mi się to.

Rankami jest spokój. Cisza. Nie-myślenie, bez-myślenie. Bez-czucie. Dopóki się nie obudzę, a budzę się gdzieś po pierwszej lekcji (nie, żebym notorycznie nie docierała do szkoły na czas – pomiędzy wstaniem a przebudzeniem wszystkie niezbędne czynności wykonywane są mechanicznie, pełną – powiedzmy, że pełną – świadomośc swoich czynów zyskuję dopiero po pierwszej godzinie pracy).

A potem budzi się zmęczenie, gorycz, żal, rozdrażnienie, uczucie odrzucenia i wyszystkie te złe myśli, z którymi ciężko jest walczyć. I byle szybciej, byle dzień już się skończył, bylebym mogła wrócić do łóżka. Zasnąć, zniknąć, spowrotem w ciszę i bez-myślenie.
A czas, dzień po dniu, przecieka przez palce. Kiedy jestem przytomna, żal mi tego. Żal mi tych wszystkich wieczorów przesiedzianych nad ksiązką albo z chusteczką do wycierania łez, które mogłabym spędzić wśród przyjaznych śmiechów i ciepłych spojrzeń. Żal mi zachodów słońca, które na wpół świadomie ignoruję, nie mając już siły pświęcić uwagi na coś nie związanego ze mną bezpośrednio. Żal nie wypitych herbat i nie obejrzanych filmów, nieprzetańczonych koncertów. Jednym słowem – rzeczy, z których jestem zmuszona zrezygnować, żeby jako tako dawać sobie radę z nauką. Cel tego wszystkiego, na początku roku szkolnego dosyć oczywisty, teraz zniknął za horyzontem. Zostało przemęczenie, frustracja i poczucie przeżywania monotonnie kolejnego roku nauki.

(Licząc od początku, jest to już jedenasty rok przespany raczej, niż przeżyty… Co z tego wszystkiego zapamiętam do późnej starości?? Co tu w ogóle jest do pamiętania?…)

…ale poczucie bezsensowności trwa tylko w chwilach, kiedy jestem w miarę przytomna, czuję i myślę, i widzę zwalającą mi się na głowę pracę. potem znów zapadam w letarg (emocjonalno-intelektualny) i rzeczy dzieją się machinalnie.

Obojętne, tak czy siak

bo?

Czuję się jak przedmiot w Twoich dłoniach. To co czuję, tak naprawdę nie ma znaczenia. Nie jest ważne DLACZEGO coś mówię, a tylko ŻE mówię i jakie to wywołuje w Tobie uczucia.
Ale przedmiot też czuje.
I właśnie dlatego przyszła pora, żeby zamilczeć. Zniknąć. Chociaż do pewnego momentu, kiedy będę mogła patrzeć i – widzieć wyraźnie, bez mgły łez.

Moje życie też się teraz zmieni. Nie wiem jeszcze, w którym pójdę kierunku, co zdecyduję. Teraz mam ochotę uciec gdzieś od tego wszystkiego,gdzieś daleko, gdzie wszystkie dotychczasowe sprawy przestaną mnie dotyczyć, gdzie zacznę wszystko od nowa, sama, nauczę się stawiać kroki bez wsparcia. O upadkach nie chcę myśleć.
Jest we mnie żal, złość, ból, trochę rozczarowania. Że tak łątwo cisnąć nie w kąt, jak zepsutą zabawkę, nie troszcząc się, co będzie dalej. Ja tak nie postąpiłam, mimo wszystko, nie mam sobie wiele do zarzucenia.

Koniec ekshibicjonizmu. Poraniona dusza schodzi do podziemia.