o przeludnieniu.

Weekend majowy to przekleństwo małych warmińskich miejscowości. Zwłaszcza mojej, położonej przy rozjeździe z Warszawy na Olsztyn i Gdańsk. Najprostszy dojazd: 3 godziny samochodem i już jesteś na łonie przyrody, już masz szok tlenowy, już zieleń inna niż miejsko-parkowa.
Takoż w świąteczne popołudnie, zupełnie takie jak to dzisiejsze, ciężko jest znaleźć sobie kawałek miejsca w plenerze, przez który nie chciałyby przegalopować tabuny przyjezdnych.
Chciałam wyjść o świcie, ale plany pokrzyżował mi najazd emerytek. Kurtuazja nakazała pozostać i tkwić cicho w swoim pokoju.
Wychodząc koło południa, pokładałam nadzieje w imprezie domu kultury nad jeziorem oraz w kiepskiej pogodzie, zupełnie nieodpowiedniej na spacery, przynajmniej jeśli idzie o ludność warszawską i jej podobną.
Łudziłam się, przyznaję, ale nie myślałam, że aż tak naiwnie.
Bo skansen to jednak nie jest w takie dni dobre miejsce dla kogoś takiego jak ja, zwłaszcza dziś. Kogoś, kto rzuca się w oczy, a najbardziej chciałby wtopić się w krajobraz i pozostać niezauważonym.
Padało. Schowałam się na wielkiej belce pod drewnianym dachem, niemal niewidzialna.
Nie wiem kto bardziej się dziwił: turyści, że mam czelność siedzieć na eksponacie
(bo to w końcu muzeum budownictwa ludowego)
i uniemożliwiać im wykonanie zdjęć i pospieszne oddreptanie w stronę regionu litewskiego
(to, że uniemożliwiałam, to wierutna bzdura! grzecznie schodziłam, kiedy chciano fotografować, i mokłam, ja i mój odkserowany Stachura),
czy ja, że ktoś to w ogóle chce oglądać i fotografować, przecież dookoła była cała masa ciekawszych obiektów.
Widać warszawiacy są zachłanni. Ale do turystów z Japonii jeszcze im daleko.
(kto mi, swoją drogą, opowiadał o turystach z Japonii?… nie pamiętam).

A potem trzeba było wrócić do domu. Przebrnąć najpierw przez tabuny turystów wymieszanych z miejscowymi na skansenie, później przez stada niedzielnie ubranych statecznych małżeństw i teściów.
Tak, wiem. Robiąc sobie takie cudo na głowie, sama skazałam się na rolę eksponatu. Zwłaszcza w moim małym miasteczku.
Ale ludności nietutejszej nie powinno brakować odrobiny obycia, taktu, ja wiem?… dyskrecji?
Do uporczywego wgapiania się we mnie przywykłam. Chociaż pojąć nie mogę, bo oprócz mnie dredy mają w tym mieście jeszcze 3 osoby, w tym jedna dziewczyna, i to dużo ładniejsza ode mnie, więc bardziej godna wgapiania się (chyba że na mnie patrzy się jako na wybitne brzydactwo, pod tym kątem rzeczywiście mogę być interesująca). Ale do zapadającej na mój widok ciszy w rodzinnych szeregach przyzwyczaić się nie mogę. Do głośnych docinków i komentarzy też nie.

Nie lubię mojego małego miasteczka.
Zwłaszcza w długi majowy weekend.

„A ja, ja się śmieję.
Ja znam bory, knieje.
Ja znam ostatnie ziemskie łąki,
Nad kwiatami tam brzęczą złote bąki.
W rzece nie zatrutej baraszkują pstrągi.
Zwierzęta mówią po polsku.
Listowie nie szumi o wojsku.
Symbole się włóczą samopas.
Promienie słońca siadają na oczach
I nikt już nie pognębi mnie.”

[Edward Stachura "Piosenka szalonego jakiegoś przybłędy"]

„…znaleziono aparat słuchowy… Casablanca!”

Uwaga. Będę mówiła.
…Nie będę mówiła porywająco, poetycko, nie zbuduję swoją wypowiedzią żadnego nastroju. Przedstawię fakty. Tekst czysto utylitarny, informacyjny…
Tak więc.
(nie zaczynaj wypowiedzi od tak więc.)
Pierwsze primo.
(niewiele lepiej. no ale trudno, zacznijże już wreszcie.)
Jutro będę dorosła. W okolicach godziny 21:00, chyba trochę po, nie wiem, nie pamiętam… ale będę. Podobno. No cóż, zobaczymy.
Drugie primo.
(co za fatalna maniera! Co to jest w ogóle!)
Później, jak już będę dorosła, zdam maturę i dostanę się na psychologię/ filologię polską/ filologię ukraińską lub kierunek temu podobny. Tak. To jest mój plan, 3 drogi, 3 możliwości. Co dalej – tego jeszcze nie wiem, odpowiedź przyjdzie sama, z czasem.
Piszę o tym dzisiaj, bo dzisiaj sprecyzowałam, zdecydowałam się, poczułam rękami i nogami, i sercem samym, że to się, cholera, może udać. Chciałam zakomunikować. Głośno i wyraźnie. Tak. To może się udać.

I to zasadniczo tyle ode mnie. Dwa prima na tę okoliczność. Przesyłam pozdrowienia.

….

„Luizo… Ja wiedziałem tu uderzy piorun
Nad drzew błogosławieństwem zwisa jasny miecz
Pagórki zapylone motylem wieczoru
Wąwozy ścieżki szosy przeszedłem wzdłuż i wszerz
Szedłem tędy śpiewając niosąc biały narcyz
Słuchałem bzdur wierutnych kipiącego serca
I wracały na tarczy (krwawej słońca tarczy)
poległe tu marzenia moje i bluźnierstwa”

… wbrew pozorom spokojnie. Jestem nieobecna. Nieprędko się na powrót ucieleśnię.
Czas czas czas

[A. Bursa - poemat "Luiza" - "Krajobraz I" (fr.)]