już od tygodnia.

plan jest taki
ażeby iść iść iść iść iść
albowiem pada pada pada pada pada…

„deszcz szczęścia strzał nad przepaścią”

ani słowa!

„Bo słowa jawią się
Niczym literek zbiór
Pozbawionych sensu i znaczenia”

[hey]

Nie ma mnie. Uleciałam.
Pustka. Pustka i cisza.
Do czasu, aż odżyję.
Daremnie by tłumaczyć.
Ja sama do końca nie wiem, co i dlaczego.

„halo halo, tutaj Londyn, ona czarna a on blondyn…”

Próbowałam wczoraj przed snem wymyślić romans. Bohaterem miał być kolejny z wymyślonych przeze mnie chłopców, bohaterką ja sama.
I tu napotkałam problem.
Bo bohaterki romansów swykle są postaciami wyrazistymi. Mają jakieś charakterystyczne cechy lub nawyki wzbudzające u widza sympatię. A ja nie mam.
Ja tylko powoli mówię, starannie dobieram słowa, wyrażam się czasem (często) zbyt górnolotnie. To jest chyba moja najbardziej wyrazista cecha, inne nie przychodzą mi do głowy.
Więc żeby bohaterka romansu była atrakcyjna, musiałabym albo stworzyć nową (ale to mniejsza frajda niż perypetie z własnym udziałem), albo modyfikować siebie (co też mi się nie uśmiecha, zresztą kto lubi myśleć o tym, że mógłby być fajniejszy?).

Z nierozstrzygniętym dylematem oraz bólem głowy pogrążyłam się we śnie, by do zagadnienia jeszcze powrócić.
Póki co efektów brak.

już prawie maligna.

38 stopni pana C.
smażę się.

wymyślam całe postaci i ich historie. ich realne odpowiedniki zapewne chwyciłyby się za głowę lub okazały przerażenie w równie wyrazisty sposób.

bo Ty wcale nie wiesz o tym, że kiedy żartujesz, rozglądasz się niepewnie na prawo, potem na lewo. takim lękliwym, zajęczym gestem. Twoje oczy pozostają poważne, mimo, że usta się śmieją. te same oczy potrafią patrzeć bardzo wyzywająco zza dymu papierosa.

może się kiedyś dowiesz, jeśli Cię jeszcze kiedyś spotkam :-) użyczyłeś mi twarzy, tembru głosu. ja dałam Ci nową osobowość, nawyki, gesty najpewniej zupełnie do Twoich niepodobne. mogłabym o tym opowiadać godzinami. jeśli chciałbyś słuchać o sobie-niesobie.

eh!…

… bo ostatnie dni minęły z moim pełnym udziałem.
Obserwowałam, jak budzi się zieleń. Krok po kroku, w pełni świadomie, pierwszy raz od dawna. Widziałam, rejestrowałam, rozumiałam, czułam zmiany.
Chłonęłam całą sobą wszystkie nowe zapachy.
Nagrzewałam się od słońca. Ciepły piasek przesypywałam przez palce. Kurczyłam się od zimnych morskich fal.
Czułam wszystkimi zmysłami, jakimi dysponuję. Reagowałam na bodźce, dopuszczałam je do świadomości.
Pierwszy raz od bardzo dawna nie dzieliła mnie od świata matowa szybka. Ta, która jest zawsze, która czasem pomaga, ale najczęściej denerwuje. Powoduje rozproszenie, dekncentrację, senność, rodzaj niedyspozycji fizycznej i psychicznej. Więzi mnie. Przez nią funkcjonuję z trudem, sama w sobie, poza światem. A teraz jej nie było.
Cudownie. Oddychać pełną piersią, dawać się przenikać zapachowi morza.
wrócimy tu jeszcze…

Dostałam kilka długo oczekiwanych płyt z muzyką. Powoli się w nie zapadam. Już wiem, że jest za co dziękować.

mieliśmy wiecznie trwać
na jednej z dzikich plaż…

pozwolisz, że to zostanie między nami, chociaż wiem, że chciałbyś tu o tym czytać.

zali wżdy?!…

Bo ja okropnie nie lubię, kiedy mam jakiś plan i ten plan w ostatniej chwili się gmatwa, tak że wszystko przestaje się dziać zgodnie z planem. Zwłaszcza, jeśli jest to plan podróżniczy.
A przy zaistnieniu pewnych określonych warunków zawsze, ale to zawsze się gmatwa. Jeszcze nie było tak, żeby plan zrealizował się łagodnie, bezboleśnie i bezkonfliktowo.
Dlaczego? Dlaczegodlaczegodlaczego?!

No i jeszcze nie lubię, kiedy moje plany krzyżują osoby mi bliskie, które teoretycznie powinny mi pomagać i ułatwiać działania. A utrudniają. W trosce o moje (a niektórzy o swoje) dobro.
Banał, groteska, konfuzja.

Tyle lamentowania.
Od kogo pozdrowić jutro morze? :)

o powonieniu

Nie wiem zupełnie, z czego to wynika. Świat wcześniej nie pachniał tak intensywnie i na tyle sposobów. A na pewno od bardzo dawna.
W 2 godziny przebiegłam wspomnieniami najważniejsze wspomnienia z dzieciństwa i lat późniejszych. Zapachy kojarzące się z wakacjami, latem, wędrówką, podróżą, czymś cudownym, niezwykłym, odległym. Słodkie, kwiatowe. Zapach wody i lasu. Zapach świerków, sosen – mój ukochany.
W takie dni jak dziś cała należę do zapachów. I wspomnień.

Nie sposób ubrać tego w słowa tak, jak mi się marzy. Ale chociaż próbowałam :)

o synestezji

Moje małe zapyziałe miasteczko (nie pozbawione jednakże ambicji, ale o tym innym razem). Długi majowy weekend. Późne popołudnie, wczesny wieczór, już po zachodzie słońca. Chłodnobłękitne niebo złamane różem, zapowiedź pięknej pogody na kolejny dzień wolny od pracy. Atmosfera beztroski i relaksu unosząca się w powietrzu wraz z zapachem piwa i kiełbasy z grilla. Ludność masowo wylega grillować, toteż zapach beztroski i relaksu jest bardzo silnie wyczuwalny zwłaszcza na jednej z dwóch głównych ulic (chociaż osiedla domków też zapewne nie pozostają w tyle). Fioletowy półmrok powoli wyłazi z kątów i co ciaśniejszych uliczek. Na niebie ćwierć księżyca.

Lubię.