a ja ciągle żyję…

Wróciłam, wyjechałam, wróciłam, wyjechałam, wróciłam… To tu, to tam, raz na dole, raz na górze kraju.
Ustka, Warszawa, Jastrzygowice, Kraków.
Teraz już tylko Kostrzyn, a potem praca-praca-nauka-praca.
Mimo to satisfied.

Szkoda tylko, że gdziekolwiek bym nie pojechała i jak bardzo nie starałabym się odrzucić pewnych myśli, one lezą za mną jak cień do każdego pociągu i nie dają się wypchnąć przez okno (a wizja moich dylematów roztrzaskujących się o drzewa przy dużej prędkości jest kusząca.)
I silną chcę być, próbowałam już niezliczoną ilość razy. Do tej pory spełzało na niczym. Te wszystkie ciche dni, te wszystkie głuche telefony – nie śpię sokojnie. Ale teraz jest szansa. Kusi mnie jeszcze żeby napisać parę słów, postawić kropkę nad i oraz zamknąć wszystko. Z tym, że moja akcja może zrodzić reakcję. A ma zapaść cisza. Chyba lepiej nie ryzykować, nawet kosztem niewyjaśniania tych wszystkich spraw.
Zapomnijmy, skończmy to. Lepiej mnie zabij, wyrzuć z pamięci. Wystarczająco się już skurwiłam.

Układam w głowie zdania listu, którego nigdy nie napiszę.
Tak łatwo tracisz przychylnych ci ludzi.

Od dziś wszystkie toasty będę dedykować tym, którzy znają i doceniają moją wartość.

A ciebie nienawidzę.
Najszczerszą miłością cię nienawidzę.