wiosenne porządki

„Uczennicy kl. I b
Ani Z…
za zajęcie I miejsca
w Szkolnym Konkursie Recytatorskim

Olsztynek, dn. 30.03.96 r.”

Jeszcze tylko Nike i będę jak Masłowska.

trochę z Wertera. „dla grzecznych, spokojnych, uległych – dobranoc!”

Porządkuję sprawy na bieżąco.

Ludzie dzielą się na prostych i trudnych.
Dla prostych życie to szansa, wyzwanie, albo po prostu… życie. Trzeba je sobie poukładać, najprościej i jak najkorzystniej, osiągnąć status, zdobyć zawód, wejść w odpowiednie koleiny i w nich przez większośc czasu stabilnie się kolebać, odbierając co miesiąc pensję, kupując co rano bułki w tym samym sklepie i z tej systematyczności czerpiąc satysfakcję. Przyjemność to dobrze spełniony obowiązek, brak długów finansowych i długów wdzięczności, wolność wyboru i swoboda finansowa.
Dla trudnych życie.. i tu zaczynają się schody. Życie to walka, głównie z samym sobą, o skrawek spokoju. Wydzieranie sobie samemu każdego dnia, każdej w miarę spokojnie przespanej nocy. Bezsensowne cierpienie za miliony i dźwiganie na plecach zmartwień połowy ludzkości bez jej wiedzy, woli i udziału.
Dobrze, jeśli jedni żyją obok drugich, gardząc sobą nawzajem w milczeniu. Gorzej, jeśli ktoś zapragnie coś zmienić w kimś innym. Zmiana jest niemożliwa, a jej potrzeba paląca.

Słowa czytane w gazecie: samobójstwo, zaburzenia psychiczne, depresja, nerwica, stany lękowe, to wszystko jest zrozumiałe, może wzbudzać współczucie albo być traktowane jako mazgajstwo. Ale jeśli zacznie dotyczyć kogoś, kto był prosty, a stał się trudny, to jest już tylko mazgajstwo. Sam jesteś sobie winien, ot co.

A najtrudniej jest stać pośrodku. Być trochę prostą, trochę trudną, a tak naprawdę nie należeć do żadnego z tych światów i być na bakier z oboma rodzajami ludzkimi. Być trochę mazgajem, kombinatorem, być sama sobie winna, a równocześnie kimś odpowiedzialnym i rzeczowym, systematycznym, rozsądnym poukładanym. Najtrudniej. Ani ci, ani ci cię nie zrozumieją, nikomu nie wytłumaczysz, kiedy jesteś po której stronie.

(Mnie też wolno upraszczać. No już. Wyczytaj drugi sens, poczuj że zostałeś zaszufladkowany, unieś się, obraź. Czemu nie? Szuflandia wita.)

„Powiedz mi jak to jest,
Jak to jest?
Ty to na pewno wiesz,
Na pewno wiesz
Jak miło jest w nocy spać,
W nocy spać
I grzecznym być za dnia?”

PS. Tak, Basiu, ja wiem, że to nie jest prawdziwe, co napisałam. Mogłabym obwarować powyższą notkę warunkami, zastrzeżeniami, przypisami i aneksami, podopisywać paragrafy (na wzrost i krótkowzroczność np.), ale wtedy przestałaby to być zjadliwa tyrada pisana pod wpływem wściekłości (patrz: pierwsze zdanie) :* :)

małe miasteczka

Byłam w kinie. Płakałam, bo film był smutny, a ja polubiłam większość postaci. Płakałam, bo to u mnie normalne, zwłaszcza w kinie na dobrych, mądrych, smutnych filmach.
Nie zabrakło elementów folklorystycznych: sześć osób na sali (żeby wyświetlili film musi być co najmniej pięć), zimno i pół godziny czekania, aż syn kierownika MDK przywiezie kopię z Większego Miasta. Poza tym dwóch bardzo napitych młodych mężczyzn zakłócających końcówkę seansu. Cóż zrobić.
(Ja i tak mam w dupie małe miasteczka.)
Anyway, cieszę się, że znalazła się okazja, żebym poszła do kina. Dobrze dobrałam repertuar.

Prócz tego – stwierdzam, że nie powinnam w życiu być odpowiedzialna za nic ani za nikogo, bo wykończę się nerwowo. Nie chodzi tu tylko o macierzyństwo, też o przyjaźń, związek, pracę, opiekę nad zwierzątkiem. To podważa sens dokonanych przeze mnie wyborów życiowych. Teoretycznie jest niewykonalne, bo jestem istotą społeczną, czy tego chcę czy nie. Ale setki facetów też są. Powiem więcej: żyją w związkach, stają się ojcami. A mimo to – łamiąc normy, cóż za odwaga – żyją, (nie poczuwając się) nie będąc odpowiedzialnymi za nic i nikogo.
Czyli, że niemożliwe, a jednak. Hm, hm.

A ja tak bardzo chciałam mieć myszoskoczka.

kiedy wrócę tu, jeśli wrócę kiedyś

„Porzucam to, co było najciekawsze,
bo cieszyło mnie, jednak nigdy na zawsze”

Ed nie istnieje, moi kochani. Eda nie ma. Eda nigdy nie było. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, żeby pozbyć się miejsca, w którym wydawało mi się, że Ed jest. Należy pozbywać się złudzeń.

Prawda jest taka, że jestem sama, a co gorsza kompletnie bez dystansu do siebie. Gdyby Ed był, to byłby nie tylko towarzyszem, odskocznią i pretekstem do wymyślania dziwnych historii, ale też innym, bardziej niezależnym i odległym punktem widzenia. Ale ja nie umiem wymyślać ciekawych historii, nie umiem też patrzeć na siebie z boku w jakiś sensowny sposób.
Zawsze wychodzą mi sposoby bezsensowne, czyli takie, kiedy porównuję się z innymi. I zawsze w swoich oczach wypadam gorzej niż reszta świata.
Tak, tak. Jestem chora na potrzebę bycia akceptowaną i potrzebną, tak, tak.
Umiem tylko robić kiepskie zdjęcia aparatem w telefonie. Stąd w miejsce jednej aktywności pojawia się inna. Link do znalezienia w linkach, o.

Pisanie idzie mi ostatnio niesamowicie opornie. Podobnie czytanie i jakakolwiek aktywnośc umysłowa. Cokolwiek, co wymaga skupienia wzroku i uwagi. A tak naprawdę cokolwiek, co nie jest snem.
Bo czasem zostaje już tylko sen i pokładana w nim nadzieja. Sen jest podobny do śmierci, jeśli tylko nie nasuwa natrętnych mar, jeśli nie próbuje opowiadać mi historii o moich lękach i pragnieniach. Sen jest dobry.

„Spełnił podróżny kielich do dna i już nie mówił z nikim,
widząc że druga siostra ma dużo piękniejsze kolczyki…”

To nie jest prawda, że najlepiej jest mi samej, chociaż nie potrafię inaczej tego nazwać. Jestem idiotką, która schebia sobie myśląc, że rozumie i widzi więcej niż inni. Jestem nadwrażliwcem i nerwicowcem, zmęczonym problemami innych, zmęczonym śmiesznostkami, wadami, natręctwami, hałasem, narzucaniem mi zakresu spraw, o których mam myśleć, sposobu, w jaki się zachowywać (nieśmiertelny kodeks „wypada-niewypada” sięga dalej i głębiej, niż to się śniło waszym filozofom). Nie chce mi się komukolwiek czegokolwiek tłumaczyć. Nie mam barier ochronnych ani przeciwko najcięższej kpinie, ani najlżejszemu kumpelskiemu ironicznemu docinkowi. Nie mam siły żyć z ludźmi.
Ale to nie znaczy, że nie chciałabym mieć.

Wczesną zimą nurtowały mnie rozważania o naturze miłości, próbowałam jakoś ją określać, pojmowanie rozumowe kłóciło mi się z ideologicznym, jedno drugiemu przeczyło, nie znalazłam rozwiązania dylematu, chociaż od czasu do czasu czyniłam na marginesach nowe notatki na ten temat. Intuicyjnie cały czas skłaniałam się ku idei i metafizyce, niepojętej tajemnicy.
Jakiś czas temu skutkiem frustracji teoria metafizycznego, magicznego porozumienia i zjednoczenia dusz pofrunęła do kosza.
Miłość istnieje. Na pewno. Zdarzało mi się o niej słyszeć kilka razy. Może nawet jest gdzieś w pobliżu, może łączy dwoje znanych mi ludzi.
Ale nie jest w moim zasięgu. Na mnie się limit wyczerpał, dla mnie nie starczyło.
I jakoś muszę się wobec tego faktu odnaleźć. I nie umiem.

Że im bardziej chcę, tym bardziej psuję? tym bardziej się nie udaje? tym bardziej odstraszam? Wiem. Właśnie dlatego – patrz wyżej.
Problem jest we mnie, ale ja go nie rozumiem i nie potrafię rozwiązać. Więc stoję w miejscu. Sama. I tak już raczej zostanie w najbliższym czasie.

Pozdrowienia z bezludnej wyspy śle Lao Impulsywna Frustratka.

„i gdzieś tam jesteś i o tym nie wiesz”

Jakie to miasto puste, kiedy Ciebie w nim nie ma.

(Późno już, chodźmy spać.)
(Nie przyznam się sobie, że tęsknię, o nie!)

(W tym wszystkim dobrze jest mieć jeden stały punkt oparcia; narzeczonego, któremu się raptem nie odwidzi. Trudno dziś o takich męzczyzn, mnie się jednak szczęśliwie udało. Mój narzeczony ma na imię Marek i od 38 lat nie żyje. Co nie przeszkadza mu chodzić ze mną wszędzie, przysiadać czasem przy herbacie i opowiadać. Powtarzam się, ale to prawda: zawsze miałam słabość do łobuzów o gołębim sercu i talencie do składania słów. Zupełnie niepotrzebnie zrobiono zeń polskiego Jamesa Deana, tak mi się przynajmniej wydaje po niecałym tygodniu znajomości.)

Tak myślał Staś, a Jola po prostu nie miała racji.

skończyły się czary.
nie trwały długo, tym lepiej to o nich świadczy (idąc za mądrością ludową). nie nacieszyłam się, oj nie.

czary prysły i znów widzę w lustrze to, kim naprawdę jestem. tylko tyle, więcej nic. smutny widok.

czasem myślę, jakby tu cofnąć czas. ale tylko czasem.

(Za to nie cierpię, gdy odbiera mi się moje naturalne prawo do pozostania zidiociałą gówniarą, zgodnie z metryką, kiedy oczekuje się ode mnie wybitnej inteligencji, a piętnuje głupotę, którą miast niej demonstruję światu. Mam dosyć prób dorastania do wyobrażenia. Jestem zmęczona, boję się.)

kolażówka

„Jeśli zechcesz wrócić – wracaj
Jeśli odejść – idź
To nieważne z kim
I wszystko jedno gdzie
Już na zawsze tamto będzie
W sercach nam się tlić
Jak neonowy szyld
Gdzie jesteś?”

Nie dało się wczoraj normalnie zasnąć. Polały się łzy me czyste, rzęsiste, jak tylko zgasło światło. Na głupotę:
moją,
tego pana co dzwonił
i tego pana, co nie odbierał telefonu.

Niech już się w końcu zazieleni, jak gdyby nigdy nic. Niechże mi da zapomnieć, nie-myśleć, nie-istnieć.