już prawie holi-holiday

Jest dobrze. W zawieszeniu, chociaż już bliżej końca: został mi ostatni, niezbyt trudny egzamin. W najbliższej perspektywie wyjazd, tak odświeżająco, rekreacyjnie, wypoczynkowo. Adrenalina. Uwielbiam. Mlask.
Do niedawna godziny okołopołudniowe spędzałam na dywanie, z nosem w notatkach (z braku porządnego biurka). Los wynagrodził mi odciski na łokciach i kolanach w postaci wygranej w niewidzialnym zakładzie niewidzialnej – póki co – nagrody. Być może stało się tak, ponieważ pogoda sprzyjała ślęczeniu nad pracą, nie odwodziła i nie zachęcała do niczego innego. Traf tak chciał.
Ale to już za nami, drodzy państwo. Obecnie godziny okołopołudniowe mijają mi nadal na podłodze, tym razem jednak w plamie słońca z otwartych na oścież drzwi balkonowych. Desperacko usiłuję zmusić swoje nogi do przyjęcia chociaż śladowych ilości opalenizny. Walka trwa!
Przy tym lenię się, utrzymując pozory nauki, ale też takiej nauki to ode mnie wymaga…
Chadzam wyłącznie w spódnicy i ładnych bluzeczkach. Noszę pierścionki, bransoletki, kolczyki, mam leciutko przycięte włosy i jestem dziewczęca. Do porzygania dziewczęca.
No i motyle. Monstrualne. W brzuchu. Fruwają, trzepocą, miotają się jak szalone.

A pointa?
Pojechała do Warszawy. :)

o tym co mnie mierzi.

Zapytuję uprzejmie,
ileż to lat mają ludzie, z którymi od czasu do czasu przychodzi mi ostatnio obcować?
Czyli to zjawa jaka? Snadź jam guseł nie odprawiała…
Albowiem mętlik mam w głowie i gubię się w czasie oraz przestrzeni. Zdawało mnie się, laikowi, że mam do czynienia z rówieśnikami: jak by nie było, młodzieżą dziewiętnastoletnią, okołomaturalną. Pozory to jeno! albo też młodzież w monstrum rozmaite przyoblec się w mgnieniu oka zdolna.
Bo wrażenie mam przemożne, że chociaż wygląda jedno z drugim na lat dziewiętnaście, to w środku ma dziewięćdziesiąt, z powagą godną pomarszczonego staruszka albo lepszej sprawy zajmuje się gorzknieniem, krytykowaniem i trenowaniem wyniosłych póz. Ważne, by przy tym w miarę starannie zamaskować swój dziewiętnastoletni ogon, problem w tym, że ogona nie da się pozbyć trwale i skutecznie i co i rusz wystaje spod godnych taftowych wdowich sukien ze stójką i broszką.

Ja nie chcę być zjadliwa. Wychodzi mi samo. Tylko i wyłącznie z przemęczenia. Bo dla mnie kluczem jest równowaga, od pewnych spraw nie da się uciec, można szukać dla nich przeciwwagi, ale nie ma sensu ich negować. Gówniarski ogon jest i będzie. I ja się go nie wstydzę. Denerwuję się też, narzekam, i owszem. Ale jak się wygadam, to już z powrotem mogę założyć swój różowy diadem i śpiewać „Jadą, jadą misie”. Każdy po kolei czas musi się wypełnić. Wyrywanie do przodu nic nie zmieni, oprócz kolejności: teraz uciekniesz, wróci samo, później.

I proszę się nie obrażać. Tylko zastanowić się jaki to ma sens, po co i dla kogo ta gonitwa.

to nie panika ani histeria, to tylko rezygnacja.

„Wszystko nam się śni
ja tobie a ty mi
la la la…
Wcale nie ma nas
nie dziejemy się
la la la…”

Jestem gdzieś w środku drogi, a może już w dwóch trzecich, nie wiem, mimo to nie jestem zadowolona, o nienienie, zadowolenie to uczucie którego mam wrażenie od dawna nie doświadczyłam, jeśli chodzi o własną pracę i wyniki, a może po prostu jestem zmęczona i teraz tak na to patrzę.
Jestem bardzo zmęczona, tak. I coraz mniej wierzę w siebie, w swoje zdolności, i swoje plany. Ba! w plany nie wierzę już prawie wcale, większość z nich odwołałam i szukam w pośpiechu planów nowych, zastępczych, dużo niższej klasy i jakości, ale łatwiej osiągalnych.
(To coś jak Giewont i Gubałówka, drodzy państwo. Chociaż nie mam pewności, czy w tej chwili kolejka na Gubałówkę jeździ, ale mimo wszystko).
(Na swoje usprawiedliwienie mam to, że z Gubałówki też jest ładny widok. Na tych co na Giewoncie).
Duch walki, tak jak duch dzielnego woja z krzyżem na nosie – śpi snem sprawiedliwego.
Zakuć, zdać, zakończyć tę pieprzoną sesję egzaminacyjną. Pójść do roboty i nie mieć czasu na myślenie, że można było lepiej. Nie mieć też chwilowo czasu na myślenie, co będzie, jeśli wyląduję nie po tej stronie progu zdawalności, po której bym chciała. Jakieś mętne koncepcje na taką okoliczność sobie przygotowałam, ale niech one póki co mętne pozostaną. Ja chcę odpocząć od myślenia. Zmęczyć się fizycznie, zarobić i zaganiać jak dzika świnia, w międzyczasie przeczytać te wszystkie książki, które sobie przez ostatni rok kupowałam na pocieszenie w antykwariatach-nieantykwariatach… zarejestrować się już w końcu na którymś z możliwych alternatywnych kierunków, a potem się zobaczy. Tych kierunków to ja szukam sobie już któryś dzień, to nie jest rozpacz ani histeria, po prostu – jak mówiłam Krzysiowi: ambicja mi się zderzyła z rzeczywistością. Przez rok święcie wierzyłam, że solidne zdanie matury i dostanie się na Jeden Z Najbardziej Obleganych Kierunków na Poznańskiej Uczelni leży w moim zasięgu, i to bliżej, niż dalej. Że ja im pokażę, tym, co nie wierzą. Że przecież się uda, bo komu ma się udać, jak nie mnie? Tyle razy to słyszałam, wierzyłam w to i w ogóle. No a teraz już nie wierzę, od 14 maja nie wierzę. I rozglądam się na prawo i lewo: za kierunkiem, pierwsze primo: na który mogę startować z przedmiotami zdawanymi pod inny kierunek, drugie primo: który mnie śmiertelnie nie zanudzi, trzecie primo: po którym może być jakaś robota. Bo ja nie mogę dorabiać w budownictwie i studiować hobbystycznie. Natomiast mogę ewentualnie – miast rozwiązywać cudze problemy życiowe i leczyć załamania – katrupić i kroić żaby.
Więc szukam. Na dysku C i D, jak K+M+B.

o…

Jak Courtney Love, jak Gwen Stefani.
Jak Thelma i Louise.
Jak Winona Ryder i Angelina Jolie w „Przerwanej lekcji muzyki”,
jak Ruby ze „Smażonych zielonych pomidorów”…
(i wszystkie inne porównania, jakie przedtem i potem udało mi się wymyślić).
Jak ja i Ty.

Ja? Do tej pory zawsze mądra i rozsądna, spełniająca własne wymagania wobec siebie (nie oczekuje się ode mnie, ale wpojono mi, bym wymagała od siebie sama – jakie to papieskie! – i z czasem przyzwyczajono się do odpowiedniego standardu moich osiągnięć, spiralka nakręciła się pośrednio). Nie sprawiająca kłopotów wychowawczych, rozsądna, odpowiedzialna, godna zaufania. Nie ucieknę od tego, taka jestem, taką mnie wychowano, chociaż niektórzy widzą w tym autokreację. Taka postawa odpowiada mi wszędzie tam, gdzie zależy mi na czyimś zaufaniu, gdzie zabiegam o przyjaźń, gdzie chcę być komuś potrzebna, gdzie chcę być opoką. Ale też jestem jej więźniem – z taką opinią przychodzę i takie wspomnienia po sobie zostawiam, nie mając odwagi przełamać wizerunku wzorowej uczennicy i córki. Boję się być przyłapana na drobnym oszustwie, małym kłamstwie, czymkolwiek, co – choć niegroźne i w zasadzie przecież normalne u dojrzewającego dzieciaka – spowodowałoby grymas niemilego zdziwienia, jakieś rozczarowanie. I tak sobie żyję – podwójnie. Skrzydła na wierzchu, aureola na podorędziu razem z zestawem cnót i niezłomnych zasad moralnych. W podręcznej kobiecej torebce schowane widły i diabli ogon razem z zestawem grzeszków, małych i większych, ale moich.

Ja. Dziewczynka, która przez pół życia była nad wiek dojrzała, mądra dorosła. Która teraz, mając w tę dorosłość wejść zgodnie ze społecznie usankcjonowaną rozpiską, śmiertelnie się boi. I łapie się kurczowo tych osatnich momentów, które jej jeszcze zostały, w których jeszcze może być dzieckiem. Odrabia sobie powoli te wszystkie mądre, rozsądne lata zaległości. I ucieka w marzenia o wielkiej wspaniałej ucieczce.
Z Tobą.

Bo ja chba jestem kimś, kogo potrzebujesz w takiej sytuacji. Masz podobne potrzeby, ale nie masz mojej determinacji. A razem mamy dodatkowo odwagę i fantazję.
Uważaj, bo jeszcze nam się uda! :)

A jeśli nam się uda…

„Jeżeli nam się uda to cośmy zamierzyli
i wszystkie słońca które wyhodowaliśmy w
doniczkach
naszych kameralnych rozmów
i zaściankowych umysłów
rozświetlą szeroki widnokrąg
i nie będziemy musieli mówić że jesteśmy
geniuszami
bo inni powiedzą to za nas
i aureole
tęczowe aureole
…ech szkoda gadać
Panowie jeżeli to się uda
To zalejemy się jak jasna cholera”

[A. Bursa "Nadzieja"]

Takie wspomnienia się pielęgnuje do końca życia, a na starość pisze się o nich książki. Moja cudowna dzika młodość, te piękne beztroskie niewinne lata, to piękne beztroskie niewinne lato.
(Żeby było bardziej książkowo-hłaskowo, powinnam umrzeć – upić się i zrobić coś głupiego z radości lub rozpaczy, zamykając swoją śmiercią ten rozdział w Twoim życiu, żebyś w klejny mogła wejść dojrzała, z bogatym doświadczeniem, gotowa na dorosłość i zdterminowana. Ja zostałabym wtedy pięknym symbolem. Pomyślę o tym.)

:-)

o nadużywaniu wulgaryzmów

Klnę i bluzgam na potęgę.
To przez to, że w przyrodzie nic nie ginie – po prostu usiłuję zrównoważyć nadmiar języka literackiego, którym się katuję. Wtłaczam sobie do głowy wiedzę o najprzeróżniejszych zjawiskach literackich mających miejsce na przestrzeni wieków – tylko jak tę przestrzeń wieków upchnąć w moich zwojach? Każdy materiał ma swoją wytrzymałość, moje zwoje takoż. Stąd reakcja obronna, już prawie alergiczna.
Bluzgam i klnę jak dziecię szewca.
Doszło do tego, że przez godzinę – bitą godzinę – usiłowałam napisać smsa, formułując myśli tak, żeby obyć się bez wulgaryzmów. Nie dałam rady. Na ten przykład: nijak nie pasowało mi do fruwających jaskółek określenie inne niż „popierdalały po niebie”, używając jakiegokolwiek cenzuralnego zamiennika czułam się nieswojo i sztucznie. Zrezygnowałam z prób.
Nie, żebym czuła się z tym komfortowo. Dziewczę nie powinno być wulgarne, ja jestem estetką, ja to wiem. Ale z drugiej strony lepsze dziewczę wulgarne niż egzaltowane (patrz: dzisiejszy film z Shirley McLaine w roli prostytutki contra mit Pretty Woman). Dziewczę wulgarne może być zabawne, dziewczę egzaltowane może być męczące. Ja mam pełną świadomość, że to przeuczenie, że to minie, przejdzie, zresztą – jak widać, mam to napadowo, w chwilach lepszej formy potrafię jeszcze płynnie i cenzuralnie się wypowiadać.
Ani mi z tym strasznie źle, ani wybitnie dobrze, po prostu -
pyskata gówniara :)
Dyyyystans.

[może łobuz, może tylko troszkę].