o psychicznym konformizmie

Te wszystkie subtelne rytuały towarzyszące przygotowywaniu posiłku, w pełen uroku, tajemniczy sposób graniczące z alchemią,…
są dla mnie kurwa nadal zagadką.
Nie nadaję się na gastronomiczną kapłankę, nie spowija mnie mgiełka świadomej kobiecości i celowości obecnej w każdym geście, włącznie z oprawianiem ryby i krajaniem szczypiorku.
Nie.
Ale to paradoksalnie jeszcze wzmaga we mnie chęć posiadania w przyszłości potomka płci męskiej. Nie przeraża mnie fakt, że będę mu musiała gotować, nawet ilości dość znaczne, jadalnego pożywienia. Nie przeraża, bo właśnie pozbywam się presji psychicznej – zaczynam rozumieć, że nigdy nie nauczę się smacznie gotować. Cały luksus polega na tym, że i tak ktoś będzie te moje zakalce przedkładał ponad kuchnie mistrzowskie i wirtuozerskie i do końca życia kojarzył niestrawność z ciepłem i bezpieczeństwem domowego ogniska.

Grunt to umieć się ustawić.

>> tak a propo uroków

o bluzgach.

kiss me. it’ll heal, but it won’t forget.

konkluzje nad wyraz nieprzyjemne dziś.
jeden z dni, kiedy nawet bluzganie nie pomaga, bo jest wyrazem bezsilności.
a tam. w dupie.
jadę stąd. zaciskam zęby, poradzę sobie, ja pierdzielę. nie jesteście mi do niczego potrzebni.

gone.
so fucking gone.
see ya on monday, if be back luckily, not raped or killed in a car accident, ku*wa.

*(gwiazdka ostatnim aktem uprzejmości, na jaki mnie dziś stać.)

o ironicznym podejściu do spędzania wolnego czasu w mieście

I znowu pakuję plecaczek.

Bo, proszę państwa, ostatnia noc w OSW za mną. Wprawdzie bez potańcówki (ostatnią odbyłam bodaj we wtorek), ale za to z innymi atrakcjami w postaci samowłączającego się alarmu (nie zostawiajcie mi więcej takich rozrywek, proszę!). Za mną również sentymentalny spacer po ośrodku wieczorową porą oraz romantyczne wystawanie na samym koniuszku przystani, wśród jednostek pływających, z włosami przegarnianymi dzikim wiatrem, z chmurnym spojrzeniem błędnie w dal kierowanym. I z księżycem, co nad głową wisi, ze słońcem zachodzącym za las, po drugiej stronie półwyspu, z łuną różową na niebie. Z wszechogarniającą, kojącą, refleksyjną ciszą.
Młody Werter, jak w pysk strzelił.

Ostatnia noc za nami, jutro ostatnie przedpołudnie w pracy na stanowisku Popychadło. Potem siup! na rowerek i gazu do domu, w domu plecaczek uprzednio zmyślnie przygotowany zarzucić na plecy i hajda na stolicę :)
Lepszego kurortu ze świecą szukać. W sam raz na wyrwanie się z leśnej głuszy i spędzenie poza nią jednego jedynego weekendu po niemal miesiącu tkwienia, a przed kolejnym niemal miesiącem tkwienia dalszego, które mam w perspektywie. Nic, tylko zatykać sobie uszy stołecznym gwarem i smażyć się stołecznym skwarem. Brud, smród, harmider. Co za ulga!
A potem dalej w drogę, jak Bozia da, drogę nieznaną, tajemniczą, z muzyką w tle i w domyśle, tak jak lubię najbardziej. Tam gdzie mnie transport kołowy poniesie, tam gdzie mnie jeszcze nie było. I o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Zjadłabym coś.

o panu Jacku Dehnelu i jego mądrych pomysłach, których na pierwszy rzut oka wcale nie widać

Koniec sielskiej atmosfery.
Kiedyś trzeba mieć najgorszą grupę na dyskotece, kiedyś trzeba mieć najgorszy dzień w pracy. Szkoda tylko, że te zjawiska lubią się kumulować.

Niech tam w niebie Zeus straci cierpliwość, zrobi nam burzę i przypierdoli piorunem w to wszystko.

Proźba jest tylko pro forma. Burza i tak będzie, to pewne. Ludzie za bardzo przypominają śnięte ryby (ja wśród nich jak śnięty rekin niemalże, taki wielki, tłusty, ociężały, smutniutki rekin z tępymi kłami i zaropiałymi ślepkami).

Jutro piątek. A(c)hoj.
Chyba dojrzałam do drugiej kawy.

o… świadczenie

Tak! Robię błędy ortograficzne :)
Nie mogę się skupić, piszę nieuważnie i potem wychodzą takie kwiatki.
Tak :)

Barbaro Ewelino, kocham Twoje komentarze, zwłaszcza te najobszerniejsze: np. tu.

o pracy wakacjach w „Perkozie”

Praca z dziećmi to niesamowicie wdzięczne zajęcie. Mówię to na podstawie dwudniowego doświadczenia oraz obserwacji.
A najlepsze w tym wszystkim są dzieciaki najmłodsze, podczas gdy z dorosłymi na codzień zwykle mam same problemy.
(Aczkolwiek obsługa ośrodka jest przemiła, aż się im dziwię, znając się nie od dziś.)
Rzecz polega na tym, że im człowiek młodszy, tym więcej ma w sobie energii i radości, łatwiej wyraża entuzjazm i wszystkie dobre emocje. Również sympatię i wdzięczność. Uśmiechaj się do dzieciaków, a one odpowiedzą tym samym.
Z grup, które tu teraz mamy najlepiej mi się pracuje z najmłodszą: sześciolatkami. Najłatwiej ich porwać do zabawy, najłatwiej nawiązać kontakt, wyłapać nastroje. Są najgrzeczniejsi i jeszcze nie zblazowani jak starszaki (którym zdarza się kręcić nosem gdy okazuje się, że wieczorna dyskoteka nie obraca się wokół własnej osi, a w ofercie nie ma kompieli z pianą).
Dzisiejsza zabawa im się podobała. Wszyscy zgodnie mi podziękowali, mówili ‚dobranoc’ po pięć razy, wcześniej zagadywali, zaczepiali, śmiali się, opowiadali o sobie. Kilkoro na pożegnanie przybiegło się przytulić.

To niesamowite, jaką frajdę sprawiają takie dziecięce reakcje.
:)

o dwugłowym bydle

Kino kłamie.
Kino opowiada mi historie, stara się mnie nimi oczarować i uwieść. Do pewnego stopnia nawet mu się udaje. Do momentu, w którym robi się zbyt pięknie.
Kino usiłuje zmienić mój światopogląd. Pokazuje mi rzeczy, w które nie wierzę, o których istnieniu nigdy tak naprawdę się nie przekonałam.
Wierzę, że nie ma miłości bez zdrady, opuszczenia, cierpienia. Nie ma miłości łatwej, nie wymagającej wyrzeczeń w imię lojalności. Nie ma miłości bez złamanych obietnic.
Ale nie wierzę i nie uwierzę, że istnieje miłość, która sięga ponad to wszystko: ponad zdradę, opuszczenie, cierpienie, nielojalność, złamane przysięgi.
Nie ma i nigdy nie było. Miłośc jest na to zbyt wielką egoistką.