o bałaganie emocjonalnym

Wcale nie jest lepiej. Straciłam panowanie nad pojazdem. Hormony, wszystko hormony – taką mam przynajmniej nadzieję.
Lubię myśleć, że wiem dlaczego rzeczy się dzieją.

(Tymczasem: przemeblowanie.
Wietrzenie szaf i szafek, porządek w głowie i na półkach. Układanie myśli, przecieranie szmateczką, prostowanie obrazków na ścianach, wyrzucanie niepotrzenych papierów.)
[Pozornie wszystko okej, dopóki ręce zajęte, głowie nie chce się głośno myśleć. Szemrze sobie gdzieś w tle, ale to akurat nie przeszkadza. Raczej.]
{Do tego muzyka: staram się dobierać taką, która koi. I jeśli myśleć (o tym i o owym, a nie za dobre rzeczy się przypałętują), to staram się myśleć spokojnie. Bez pragmatyzmu zmieszanego z histerią.}
/Swoją drogą zaskakujące, jak dobrze mnie znasz./

Udaje mi się. Z trudem. Iść prosto, w pionie, po krawędzi, nie dać się złemu. Jakoś się opanowuję.
Pieprznie, może za tydzień, może wcześniej, mam nadzieję że nie, ale pieprznie. Bo sama sobie nie dam rady. Muszę mówić, muszę rozmawiać – nie mam z kim, nie mam do kogo.

[He only loves those things because he loves to see them break. Ilu znasz takich ludzi?]

…Wracając. Mam kilka cech, które pozwalają mi ratować wam tyłki, sprawdziło się to niejednokrotnie, więc to chyba nie jest tylko mój wymysł. Te same cechy, poza momentami, w których są bezpośrednio przydatne, wydają mi się śmieszne i dziwaczne. I żałosne, trochę.
Ofiarne (naiwne, prostoduszne) cielę gotowe podłożyć łeb za każdego, kto da mu trochę ciepła. Tak to się w skrócie przedstawia.

- Masz rację, ja również najbardziej na świecie boję się śmieszności.

(o…

…stanach emocjonalnych, które jako jedyne skłaniają do takich przejaskrawień i wyolbrzymień, a o których zupełnie zapomniałam, że w ogóle są.)

Cała jestem czekaniem.
Na niedzielę, na woodstock, na gwaizdkę, na maj? wszystko jedno.
Czekam. Czekanie jest stanem domyślnym, podstawowym, zawartym gdzieś głęboko, nie do przezwyciężenia. A przezwyciężyć staram się, owszem, na sto sposobów.
Na nic to.
Czekam nadal.

Nie lubię milczenia, tak strasznie nie lubię, wtedy kiedy czekam. I tego napięcia złego też, również.

Zgoda, w ostateczności mogę nie istnieć, mogę być transparentna, niezauważalna i niewyczuwalna. Zniknąć sobie, nie być, nie zakłócać fal radiowych i magnetycznych, i mózgowych też, ogólnie rzecz biorąc nie przeszkadzać. Mogę. Tak, że wszyscy zapomną, że byłam. Ale nie mogę przestać czekać. Przepraszam.
A czekanie, nie wiem czy wiesz, zabija chyba najbardziej.

o tym, jak dobra literatura zmienia spojrzenie na świat

Kiedy proszę pewnego pana o dopłacenie mi 20 gr za dwie dodatkowe saszetki cukru do kawy, ten łypie na mnie z oburzeniem i jadowicie cedzi:
- A, wy chyba najlepiej to na tym cukrze zarabiacie?…
Mam ochotę wyjaśnić mu, że nie, że w zasadzie najlepiej to zarabiamy na prostytucji.
Uśmiecham się uprzejmie, wydaję resztę.

Inny pan wchodząc do kawiarni mimowolnie odrywa mnie od lektury. Wychodząc machinalnie zerka na okładkę odłożonej książki. Po jakimś czasie wraca (bardzo mi przypomina mojego ojca sprzed dobrych dziesięciu lat, a może to tylko ta koszula). Zerka na mnie z mieszanką ciekawości i uznania.
- I jak, podoba się Hłasko?

Wpada dwóch chłopców z obozu językowego i namawiają mnie, żebym wszystkie pieniądze jakie mają zamieniła im na pojedyncze złotówki. A jest tego ponad 20zł. Zbierają z lady garście monet i pędzą do automatu do gier. Rysunkowy piesek zbierze dzisiaj krwawe żniwo swoim zielonym laserem.

Ładuję sobie do ust na raz pół paczki chipsów. W tym właśnie momencie wchodzi grupa przyjezdnych i żąda ode mnie słodyczy. Długą chwilę trwa, zanim jestem gotowa podjąć dialog.
Kiedy po dokonanym zakupie opuszczają kawiarnię, jeden z nich zatrzymuje się jeszcze raz przed lodówką. Zerka na zamknięte w niej lody. Przenosi spojrzenie na mnie. Mruży oczy.
- Kusi…

Polscy chłopcy całymi wieczorami grają w bilard z niemieckimi dziewczętami. Zza filaru przysłuchują się czasem moim rozmowom z klientami, chichoczą.
- Haben zi telefonkarte?
- Ajm sory, tumoroł…
- A, ja, szpejter!

Za dwie godziny początek kolejnej zmiany.

o szanowaniu czasu

Czas relaksu, relaksu, relaksu to czas.
Zaiste, okazja zacna, święto niemal niebywałe ostatnimi czasy.
Panna Lao ma wolne popołudnie.

Uczcijmy to kolejno: gorącą kąpielą, świeżo wyjętą z piekarnika pizzą (chyba w nią sobie świeczki powbijam z tej euforii), drzemką (po kolejnej nocy wprzepędzonej na spaniu jedynie połowicznie, poza tym również na rozrywkach zapewnianych przez psa, kocham cię Essi) oraz wieczorem przepędzonym na kanapie w towarzystwie telewizora i piwa. Re-ge-ne-rac-ja. Rac-ja!

A w piątek wolne. Niewiarygodne. Mieć do własnej dyspozycji cały dzień. Nie znaczy to wcale, że wstanę o tej godzinie o której bym chciała, ale o tym we właściwym czasie.
Póki co: kąpiel i pizza!

o nowej pracy

Za górami, za lasami, na wzgórzu (morena czołowa… przepraszam) nad pięknym jeziorem jest sobie wieża.
W wieży zamknięta jest królewna. Ale nie cały czas. Tylko od 9:00 do 17:00. Królewna sprzedaje dzieciom mieszkającym w pobliskim zamczysku słodycze, dorosłym kawę, a chudym chłopaczyskom żetony na bilard.
Królewna nie jest w wieży szczęśliwa. Ciężko pracuje, a klucze do wc są w posiadaniu oprawców (co oznacza, że kiedy oprawcy wyjdą akurat na papierosa…).
Znad lady wieży widać jakieś pół czoła królewny oraz rozpaczliwie machającą papierową serwetką rękę.

Królewna tak naprawdę spełnia swoje królewnowe przeznaczenie tylko, kiedy powróciwszy do domu z wieży (po godzinie 17:00) na swoim królewnowym rowerze zapada w królewnowy kamienny sen. I nie ma takiej siły, która byłaby zdolna potem obudzić ją na czas. A w każdym razie nie jest nią budzik w królewnowym telefonie. Pocałunku księcia jeszcze nie testowano.

Królewna ma tylko nadzieję, że z jej więzienniczej niedoli po upływie odpowiedniego czasu zaczną wynikać należyte, spodziewane w tego typu bajkach profity oraz że wszystko skończy się, jak zwykle.
Długo i szczęśliwie.