o chodzeniu swoimi drogami

Etap wakacji pod krypronimem „pracownik” powoli dobiega końca. Konkluzja: lepiej jest się zarobić, zapieprzyć po uszy i nie mieć czasu na nic, aniżeli mieć czas na wszystko, nie robiąc nic. Wtedy zamiast letargu i nijakości każda chwila ma smak, wszystko jest intensywne, barwne, jakieś. Dni są odrębną całością, nie zlewają się, nie galopują, można się nimi do woli nasycić. Dosłownie: do oporu.
Dwie ostatnie noce na stróżówce, potem otwieramy etap „studentka na wakacjach”, a każdy wie, na czym polegają studenckie wakacje :)

Tymczasem zatrzymuję lato na kolorowych obrazkach z telefonu. Przydadzą się później, kiedy będę wątpić, że lato w ogóle istnieje.

o wypadaniu włosów na tle nerwowym

…bo ja ostatnio jestem malutkim, ogłupiałym i zagubionym, niczego niepewnym dzieckiem, któremu raptem każą wybierać. Dylematy jak grzyby po deszczu, czasem słuszne, czasem sztuczne, grunt, że nadmiar.

Ale dorosnę (troszkę) i już będę mądra. Nie będę się głupio wahać i głowić nad rzeczami oczywistymi. Hm?

~*~

4 dni wolnego. Mało?
8 + 8 + 3 = 19 godzin w pociągu. Dużo?

I have the time of my life. Nikt mi nie powie, że zmarnowałam młodość – czuję, że żyję, że jestem, w pełni. Tak, jak zawsze chciałam.
Dziękuję Wam za to.