o ciszy

Od kilku dni próbuję coś napisać. Składam w głowie zdania, nawet mi się w miarę podobają, ale nie na tyle, żeby natychmiast je spisać, więc się siłą rzeczy rozmywają bardzo szybko, aż zupełnie zapominam.
Nie mam światu nic do powiedzenia. O sobie, od siebie, nie, nic. Po co? Wszystko wiadomo, i tak jest dobrze.

Wszyscy już wyjechali. Wrocław, Poznań, Warszawa, Szczecin, Gdańsk – tam prowadzą moje ścieżki. Ja – ja się pakuję. Ale nie wyprowadzam się z domu, jak co niektórzy, nie, ja tylko wyjeżdżam na studia :)
Może to już magia tego domu, do którego chce się wracać.

Wszystko się powoli, powolutku układa i prostuje, włącznie ze mną samą. Ustalają się priorytety. Jednak można żyć normalnie i to wcale a wcale nie boli.
Jestem szczęśliwa, zwyczajnie, na co dzień.

Odezwę się, jak stanie się coś godnego odnotowania, np. wróci mi wena albo odżyje we mnie mały szyderca i patrząc jego oczami spróbuję radzić sobie ze stresem.

Póki co… ciau!

o tym, że wcale nie jest lżej

Teraz dla odmiany zmęczenie samą sobą.
Laik na moim miejscu pomstowałby na złośliwą z natury naturę świata. Że wszystko wbrew, że wszystko nie tak i jak na złość. I ani chwili spokoju. A sen taki ciężki i przydługi, i wyczołgać się spod niego ciężko. I w ogóle, i w ogóle…
Stop.
Prrrr!…

Pan Mądry Student (13-09-2007 19:08)
chodzi mi o sposób w jaki o tym mówisz; pełny naturalizm
Pan Mądry Student (13-09-2007 19:08)
prawie że nowy brutalizm

Czasem tak trzeba. Spojrzeć na siebie chłodno, rzeczowo, naturalistycznie właśnie: tylko pod kątem procesów fizjologicznych. Dobrze jest rozumieć, że to nie Zły, Okrutny Świat ani Podli, Występni Ludzie wokół, tylko pieprzona hormonalna zawierucha, jakiej dawno nie było. Proste, proste i genialne. Raz jeden opłaca się obalać wszystkie teorie spiskowe, żeby mieć siłę ze sobą samą wytrzymać, miast kultywować i czerpać przyjemność z użalania się nad sobą.
Przeczekać.

o małym głodzie, którego nie pokonano w porę odpowiednim jogurcikiem i urósł

No i proszę. Dopadło mnie.
Czaiło się od jakiegoś czasu gdzieś w cieniu mojego cienia, tuptało cichutko acz nieodstępnie. I rosło powolutku, czekając odpowiedniego momentu, by buchnąć z impetem, niczym już nie krępowane.
Zorientowałam się, owszem, w ostatniej chwili, ale nic już nie mogłam zrobić, bo i cóż zrobić można, kiedy siedzi się na przystanku i czeka na autobus do pracy? Ano, nic nie można. Takoż i mam teraz. O.

Jestem zmęczona.

Przyszła pora usiąść i nie myśleć, nie robić, nie ganiać, oglądać filmy i czekać na wizytę, bo przecież nie na październik, na Jowisza!!!, o nie.
Pora przyszła. I cóż z tego?, kiedy’m nadal bezdomna. Prędzej wieloryb etcetera, hmmm, pierwej znajdę pokój za ludzkie pieniądze w Wolnym Mieście Gdańsk, najlepiej u ludzi tolerujących towarzystwo koszatniczek w najbliższym otoczeniu, niż oddam się przyjemności lewitowania w doborowym towarzystwie niebieskich migdałów względnie pana Mądrego Studenta, jedna opcja lepsza od drugiej.
Nieprędko, znaczy się, a już na pewno nieprędko w stosunku do bieżącego zapotrzebnwania, naglącego dość, przyznam, na relaks.

Jeszcze tylko troszkę bieganiny i zamieszania, Aniu. A potem już będzie dobrze, tak? Potem już spokój…