o mnie

Przyznaję sobie prawo do egoizmu. Nie obchodzi mnie, czy ktoś go zaklasyfikuje jako pozytywny (wreszcie o siebie dbasz!) czy negatywny (zagalopowałaś się, nie oglądasz się na innych!). Przestałam mieć siłę i ochotę dźwigać cudze krzyże, i to jest progres. Odnajdując się w nowej sytuacji, najpierw myślę o sobie, swoich nastrojach i potrzebach. Nie podoba się – nie brnę w nic, czego bym nie chciała.
A w każdym razie tak wygląda model. W praktyce są jeszcze małe potknięcia na tle asertywności i mylenia jej braku z uprzejmością. Ale widzieć i rozumieć to już jest pewien krok naprzód.
Bywam wręcz agresywnie zaborcza, jeśli chodzi o mój spokój i mój czas. Póki co, bywam, docelowy stan to równowaga.
We wszystkich dziedzinach. Między moją potrzebą spokoju i odciążania się a moją potrzebą socjalizacji, na przykład. Tylu rzeczy trzeba się nauczyć na nowo. Nowa grupa, nowe zasady, nowe szukane na ślepo wzorce zachowania. Etap testowy.
Poniekąd też sprawdzanie wytrzymałości otoczenia, ale nieświadomie zupełnie /tak się usprawiedliwiam, żeby nie stać się w swoich oczach złośliwym bachorem kopiącym kota mimo powtarzającego się zakazu dorosłych/
bo ja przecież nie chcę, żeby otoczenie powiedziało, że tego już za wiele.
Chcę dla siebie dobrze. A bez niektórych dobrze jest niemożliwe, więc w porę się zreflektuję.

I jeszcze będzie równowaga.
Nie tędy, to inną drogą. Aczkolwiek póki co ta mi się całkiem podoba. Chociaż jest mocno nieradośnie, z różnych przyczyn, może-i-obiektywnych.
Tak sobie mówię. Że będzie dobrze, że poukłada się, jakoś.
I te ścieżki pieprzone, co ciągle ich nie ma, to się jeszcze wydepczą.

Casablanca!

To jest bardzo nieprzyjemne, kiedy w końcu decydujesz się odezwać do ludzi i nie zostajesz usłyszany. Odtąd naczelna zasada: ostrożnie.
Ale nie jest tak źle, że nie mogłoby być gorzej. Niech tylko ktoś wyłączy ten katar, bo robi się irytujący, a będzie nawet całkiem miło.
W bliskiej perspektywie koncert, po nim wyprawa na Warmiję, w rodzinne me strony, a potem wreszcie długo oczekiwany widowiskowy początek pracy naukowej. Coś się może w końcu zacznie dziać. A jak starczy czasu, to się przy okazji uspołecznię. Nie chcem, ale trochę muszem (lokalizacja zobowiązuje, szfakiżwamać).
Rzecz w tym, że świat mi się zamknął w czterech ścianach zmieniających charakter w dowolnej kolejności na: salę wykładową, salę ćwiczeniową, tramwaj, pokój, względnie klatkę, przy której przesiaduję próbując nawiązać kontakt z małym futrzastym przybyszem. Od jutra do zestawu dołączy biblioteka/czytelnia.
Sama ze sobą na sam najlepiej się mam, jak zawsze. W tym małe luki na Mądrego Pana Studenta, futrzastego (który niestety nie uznaje luk dla mnie) oraz kilka osób ze Starego Świata, nowy za bardzo nowością pachnie.
Ale ze mną trzeba powoli. Ja się oswoję, ja się nauczę, ja podejdę. Futrzasty może ma podobnie, kto wie.

o dystansie wymiernie mniejszym

Nie boję się, wcale, w ogóle. Co z tego, że nowy tydzień, co z tego, że w końcu pierwsze zajęcia, że trzeba wyjść do ludzi, otworzyć usta, otworzyć SIĘ, ile można milczeć w tłumie i uciekać w cień, na bezpieczne tyły?
Się nie boję, ja, ja się nie boję. Da się nie bać, jak się okazuje, da się nie bać pod warunkiem posiadania odpowiedniego kontrapunktu.
A ja mam. :)

I jedna prośba nie poproszona, jakoś zawsze chcę tej obietnicy, jakoś zawsze utyka mi w gardle: obiecaj że nie stanie się nic złego przez najbliższe 2 tygodnie. Jedyna pewność jakiej potrzebuję, każdą inną mam.
Mam też wszystko inne, co potrzebne do wytrwania – wydeptane pierwsze ścieżki, obrazy i zapachy, które wystarczy poczuć i odtworzyć.
I tylko pytam, hej Anulku, po co ten płacz?
:)