interna

Wydaje mi się, że powoli robię się całkiem dużą dziewczynką.
Skąd mianowicie taki pomysł?
Ano, z mojego nowego zwyczaju. Od czasu do czasu, kiedy sobie o tym przypomnę, sięgam do archiwum tego bloga i patrzę sobie, co myślałam i jak się czułam tego samego miesiąca cztery, trzy, dwa lata temu, rok. Nadal jest masa momentów, których się wstydzę, których maniera pisania ogromnie mnie drażni, momentów które nadają się do wykreślenia, poprawienia, napisania na nowo. Ale z czasem robię się mniej surowa sama dla siebie i wyłapuję takich kawałków coraz mniej.
Raczej skłonna jestem twierdzić, że wyrobiłam sobie pewien spójny styl. Męczący, kiedy nagromadzę za dużo trudnych słów. Ale czasem trafi się jedno zdanie, jedno maleńkie zdanie, warte tych kilku śmieci. Wszystko się równoważy.
To chyba świadczy o tym, że powoli uczę się siebie akceptować. Jakiś – niezbyt spory – czas temu nie byłabym zupełnie zdolna czytać siebie i nie płonąć rumieńcem wstydu. Już chyba umiem znaleźć dystans.
A tak właśnie umieją myśleć te większe z dziewczynek.

Wnioski dodatkowe są takie, że jestem zdecydowanie stworzona do pisania prozy, jeśli już czegoś w ogóle, a w zasadzie nawet nie prozy, a monologów, słowotoków, paplanin, wynurzeń. Na inne historyjki nie umiem przenosić takiego ładunku emocjonalnego, jaki potrtafię upchnąć w swoich, czasem.
No i pierwsza osoba, zdecydowanie.
Od dawna już obiecuję sobie, że kiedyś to wszystko posprzątam, popoprawiam to co poprawienia wymaga, skleję to najlepsze tak, żeby całość była dobra, smaczna, spójna.
Ale to jeszcze nie dziś i nie jutro. Muszę być większa.

kto nie ryzykuje ten nie wygrywa

Mam pomysł.
Im dłużej o nim myślę, tym bardziej się do niego zapalam.
Myślę sobie, że jak tylko uporam się z zaległościami i zyskam odrobinę wolnej przestrzeni myślowej, zabiorę się do roboty.
Myslę sobie, Aronson i Wojciszke, na dobry początek, a potem to już czytelnia. Publikacje, może trzeba będzie nauczyć się grzebać w katalogu…(czy jest ktoś, kto lubi grzebać w katalogu??)
Opracowuję plan.
Ale gdzieś tam czai się mała, maciupeńka obawa.
Pamiętam dobrze, kiedy ostatnio miałam pomysł. Kiedy się do niego zapaliłam, poświęciłam sporo czasu na wyszukiwanie potrzebnych tekstów, a potem na sklejanie ich w całość według własnej koncepcji (wizja to za duże słowo). Z ostatecznego efektu byłam ogromnie zadowolona (i wiem, że po jakimś czasie i tym razem zdołam to osiągnąć).
Ale okazało się, że słabą stroną (oprócz mojego warsztatu literackiego) był koncept. Mój, niezgodny z narzuconym. Odejście od wymogów na rzecz czegoś – nazwijmy to umownie – twórczego zostało ukarane, a ja położyłam uszy po sobie i wykrzystałam łaskawie dane mi dodatkowe dwa dni na napisanie wszystkiego jak trzeba, w formie eleganckiej pracy analitycznej, identycznej z tysiącem innych prac. (Chociaż nie od razu, najpierw było trzaśnięcie drzwiami placówki edukacyjnej i pospieszne nabycie pewnej ilości alkoholu dla ukojenia nerwów).
Pytanie nasuwa się samo.
System niby inny. Niby w końcu robię to, co robić chciałam. Sztywno określonych wymogów, póki co, nie ma. Póki co jeszcze uchodzi mi robić podstawowe błędy i jeśli tylko wykorzystam dobre źródła i poprę swój pomysł odpowiednią wiedzą, forma nie powinna mieć aż tak dużego znaczenia, tym bardziej wybrany temat. W końcu nadal się uczę.
Ale boję się podobieństw. Ten pan też ma takie okulary, kto wie co za tymi okularami siedzi. Ma małżonkę i dzieci.
Ryzykować?
Owszem. Za bardzo się wciągnęłam.
Zobaczymy, co będzie potem.