wzniośle-radośnie :)

Co roku stwierdzam, że urodziny nie mogą być jeszcze fajniejsze, po prostu zabrakłoby skali. I co roku skala okazuje się jednak jeszcze obszerniejsza. :)
W tym roku trwały od środy do niedzieli, epicentra były w środę i w piątek.
Tu pragnę podziękować [prawie chronologicznie]:
panience Aleksandrze, Damie mego serca, za nadanie mi kształtu tegoż przy pomocy prostego rekwizytu optycznego, za flałera oraz spełnienie marzenia o parku wiosennym;
panience Natalii za ideę poznańską w ogólności, w szczególności zaś za opiekę i przewodnictwo, za wspólnego Czesława, za zdjęcia, za wieczór i poranek, za zaakceptowanie mojego chłopca, za całokształt generalnie;
i Kamilowi też, przekaż;
Czesławowi za to że jest, że śpiewa i lubi Górnika Zabrze, za serdeczność i zapał;
mojej rodzinie przenajszaleńszej za dzielne oczekiwanie na dworcu na opóźniony autobus z tortem, kwiatkami i zimnymi ogniami, za wszystkie życzenia i za kinderbal ze smakołykami oraz za datki na gitarę/rower;
Wszystkim, którzy tego dnia o mnie pamiętali;
least but not last: Panu Michałowi, mojemu Rycerzowi i Niestrudzonemu Obrońcy, za wszystko-wszystko: za nieustanne dążenie do uszczęśliwiania mnie poprzez ukartowaną z Czesławem dedykację wygłoszoną przez tegoż na koncercie (dla Anuli, że beton i że odkuli), spełnienie mojego wyrażonego niemal-przez-sen marzenia o cukierkach do poczęstowania grupy na zajęciach i wszystkich innych zachcianek (turbo-mysz, sok bananowy, specjalna podróż urodzinowa, oglądanie gitar), prezent urodzinowy bajkowo-mówiony oraz piękne, okrutnie drogie maziacze do oczu, wszystkie inne niespodzianki, obecność u mojego boku przez cały czas i we wszystkich ważnych miejscach oraz momentach, cierpliwość, troskę i opiekę.

W wiek dwudziesty weszłam jako osoba otoczona całą masą kochanych i kochających Osób, ogromnie z tego powodu szczęśliwa. Dziękuję! :*

przecież wszystkie psy idą do nieba, prawda?…

Podczas, gdy w kręgu jasnego światła na sali operacyjnej trwała gorączkowa akcja reanimacyjna, piesek odbył z Panem krótką, dwudziestominutową rozmowę.
- Wytrzymaj jeszcze trochę piesku, nie spiesz się tak – mówił Pan. A piesek patrzył przepraszająco swoimi brzydkimi, ale szczerymi oczami, z wysokości bardzo niskiego parteru, machał nieśmiało ogonem i tłumaczył:
- Nie miej mi proszę za złe, Panie, ja naprawdę chciałbym zostać, przecież mam gdzie… ale po tym, jak ten człowiek strzelił do mnie z wiatrówki kiedy chowałem się w mojej własnej budzie, już chyba nigdy nie umiałbym zaufać ludziom. Zabierz mnie do siebie.
I Pan zabrał go.

:)

Odkąd sobie przypominam, zawsze dużo mówiłam.
Głównie do siebie. I głównie w myślach.