cholera jasna, zapomniałam!

Pamiętam, był 22 grudnia
Krótko po drugiej włączyłem gałką radio
Na chwilę zatrzymał się czas.

Chociaż spóźnione, to równie serdeczne, jak co roku, już od pięciu(!) lat.
Lat stu Ci życzę, Lao-blogu :)

A Państwu wesołych Świąt, wszak to już Wigilia!

baju baju, baju baju
śliczna piosenka o Mikołaju…

ckliwie

Może to znów, jak zwykle kwestia hormonów (wahaniom hormonów zawdzięczam zresztą chyba większość swojego dorobku literackiego, tylko dzięki nim dzieje się coś ciekawego, wkradają się niepokoje o których warto pisać). A może dlatego, że święta idą, rok się kończy i ogólnie bardziej refleksyjnie się robi…
…ale ostatnio strasznie się wzruszam.

Wzruszyła mnie piosenka, którą współmieszkanka uraczyła mnie rano. Smutna i o miłości, ona w takich celuje, ale wyjątkowo, jakoś tak… zatęskniło mi się, pac, łezka na parapet.

Wzruszyła mnie pierwsza z opisywanych postaci w nowo zaczętej książce. Mężczyzna o wszystkich atrybutach, które włączają we mnie odruchy opiekuńcze, a wynikająca z nich bezbronność nieodmiennie roztkliwia. Mogłabym prawdopodobnie przygarnąć do serca seryjnego mordercę, gdyby maskował się przede mną okularami o bardzo grubych szkłach.

Wzruszyło mnie, że M. przed przyjściem właścicielki naszego mieszkania po comiesięczny haracz posprzątała wszystko bardzo dokładnie, żeby załagodzić ostatnie z babskiem spięcia. A najbardziej, że dokładnie wymyła moją ozdobną mydelniczkę.

I prezent od pani, u której dorabiam sprzątając. Rozpieszcza mnie pani dobrym jedzeniem, to też zawsze ogromnie miła niespodzianka, ale przecież nie musiała, a dostałam od niej prezent. I to jaki! Bordowy prosty szal z frędzelkami, taki elegancki i modny, zawsze sobie takie oglądam i nigdy nie kupuję, bo nie mam za co. Pasujący kolorem do czapki i torebki. Trafność rozłożyła mnie na łopatki. I wzruszyła, też.

No i piwo. Bo M. miała urodziny. Z tej okazji przygotowałam jej żelkowy bonus i kartkę z życzeniami do znalezienia po przebudzeniu. A wracając do domu wieczorem zastałam na biurku bonus piwny. M. nie lubi piwa, ale wie że ja lubię.

Oraz każda z takich historyjek, w której schowana jest czyjaś sympatia i pamięć. Mam nadzieję że to nie ma związku z hormonami, jednak.

kwiecień

Zgrzałam się. Przez to podróż była nader męcząca. Kurtka i cienki sweter na białej koszuli były mi niepotrzebne. Tramwaj stanął przed przejazdem kolejowym, wysiedliśmy i przeszliśmy przed szlabanami na drugą stronę. Cienie domów powoli się wydłużały.

…Ostatni raz byłam wtedy na tamtej ulicy, pod tamtym domem. Przez moment domem Twoim. Teraz właśnie ten moment się kończył. Na chodniku przed furtką lądowały coraz to nowe torby i pakunki, na płocie zawisł wieszak z egzaminowym garniturem. Pościel, garnki, zapasy jedzenia, wszystko. Zanieśliśmy to we troje do szafki na dworcu, żeby następnego dnia załadować szczelnie przedział w pociągu. I wywieźć.
(Potem była mechaniczna mysz z huraganem w brzuchu, Czesław i cusky. Budząca się zieleń i zapach wiosny.)
Powrót, zapełnianie wszystkich zakamarków mojego pokoju Twoimi szpargałami. Poduszki w skrzyni kanapy, patelnia razem ze śpiworem w szafie. Przez jakiś czas piłam z Twojego kubka i jadłam ryż z warzywami z Twojej miski. Parę torebek kaszy i ryżu, prawie całe pudełko herbaty miętowej, dwie paczki przypraw, jakieś zupki chińskie. Cały dobytek.
Przez następne dni słońce świeciło neprzerwanie, a ja byłam najeszczęśliwsza na świecie. (Spełniałeś wszystkie moje życzenia, nawet takie o tkórych nie wiedziałam).

Na wakacje zamknęłam niewykorzystane zapasy w kartonie. Poduszki, patelnia i sztućce pojechały do swojego domu.

Jest grudzień. Mało co pozostało bez zmian. Tych, którzy dźwigali pakunki nie ma uż w Poznaniu. Ja też mieszkam przy zupełnie innej stacji.
Niebo jest bure i ciężkie. Cały dzień padał deszcz. Jestem przeziębiona oraz przygnieciona książkami i notatkami.

Nieważne. Właśnie wypiłam kubek herbaty miętowej, tamtej, z wtedy, od Ciebie. (którą tak bardzo lubisz.)
Wiosna. Słońce.

[my :)]

jestem szczęściarą.

bo Ktoś zawsze wie, jakie rozrywki mi zapewnić.
mimo, że pani Mama nie może przestać się dziwić, w jakiż to sposób my, dwa stare podobno konie, wykorzystujemy czas wolny.
nieważne. oglądanie bajek na kliszach i budowa husyckiej warowni z klocków lego w ten weekend pochłonęły mnie bez reszty.
:)