M.P

Moja ostatnia puszysta deska ratunku,
ostatni towarzysz, który pozostaje przy moim boku kiedy wszyscy inni muszą sobie pójść.
Ostateczny lek na wszystko. Na rozstania, pożegnania i tęsknoty. Na bezsenność i na zły sen.
Nie pamiętam, jak to było, kiedy jego nie było.
Nie wiem, jak dałabym sobie radę wczoraj, gdyby nie on.
Budziłam się w nocy parę razy, zwinięta w kłębek i z głową pod kołdrą, albo na brzuchu i schowana pod poduszkę, albo na wznak, zupełnie rozkopana. Za każdym razem trzymając go w objęciach, blisko przy sobie, pilnując i nie puszczając aż do rana.
To dzięki niemu od tak dawna udało mi się nie płakać.

Mój Miś.

11:05 – 11:54

Ogromna zamknięta przestrzeń, wnętrza budynku. Korytarze, piętra, windy. Wierzowiec, w którym zamknięta jest ludzkość, podzielony na piętra według funkcji.
Na piętrze klubowym trwa impreza. Parę emerytowanych przyjaciółek-striptizerek robi sobie wieczór wspominkowy. Jedna z nich na scenie pełni rolę konferansjerki, ma zapowiedzieć występ którejś z przyjaciółek. One oczekują z ciekawością, którą z nich zaprosi na scenę. Jest ciemno, kamera a’la noktowizor pokazuje zbliżenia na kolejne twarze, uśmiechnięte, wzruszone, zalane łzami, z rozmazanym makijażem.
Nagle jakiś facet wstaje, zaczyna je obrażać, rzuca w kobiety butelką z piwem. Zapala się światło, wkracza ochrona, wyprowadzają go i odstawiają na piętro węzienne, do aresztu.
Wpychają go do celi, w której już ktoś jest, mianowicie – ja. Dalej świat i rozwój akcji postrzegam pierwszoosobowo.
Po jakimś czasie wypuszczają nas oboje. Nie wiem co się dzieje z facetem, mnie mówią, że mam do zrealizowania jeden ostatni quest, od którego zależy moja wolność. Mam pójść na wskazane zaplecze knajpy czy stołówki ze swoim, strasznie zesztą brudnym, talerzem i poprosić o umycie go. Nie wiem na czym polega haczyk, wiem tylko, że zwykle ludziom się nie udaje, wywiązuje się awantura i wracają do aresztu. Idę, grzecznie proszę o wskazanie mi zlewu, miły pan szef kuchni pomaga mi z talerzem i wypuszcza.
Wychodzę na ciemny korytarz i idę w stronę windy, żeby pojechać z powrotem na swoje piętro. Jestem świadkiem awantury.
Oprócz ludzi mieszkających na co dzień w budynku całość jego działania kordynuje specjalna obsługa, którą wszędzie łatwo spotkać. Zazwyczaj są to potężni panowie bez karków i równie mocarne panie, wszyscy w czerwonych polarach.
Takich właśnie dwóch panów jest w windzie. Przed drzwiami do niej stoi pani w polarku i strasznie lamentuje.
Okazuje się, że jeden z panów jest jej chłopakiem i byli umówieni po pracy na randkę. Właśnie skończyli i mieli się spotkać na tym właśnie piętrze, gdy winda wioząca panów się urwała. Teraz wisi między piętrami, a oni utrzymują ją, zapierając się o ściany. Jeśli puszczą, spadną i zginą. Pani lamentuje, panikuje, wrzeszczy. Na tym piętrze widać tylko ramię jednego z panów wciśnięte między podłogę a sufit windy. Zbiegam schodami na niższe piętro, ale tam drzwi są w ogóle zacięte, nie da się nawet próbować ich wypuścić. Pani nadal panikuje i wrzeszczy. Ja staję na klatce schodowej i zwołuję wszystkich mężczyzn, jakich zobaczę (niektórzy przychodzą korytarzami albo schodami, ale inni wyłaniają się ze ścian). Chcę, żeby pomogli utrzymać windę.
Finału już jednak nie jest mi dane poznać, budzę się.
___________
Skąd striptizerki? Skąd winda? Bo ogólnie budynek i piętra najpewniej z wczorajszego telefonu sąsiadów z dołu apelujących o ciszę.

8:14 – 11:03

W momencie, w którym rozpoczyna się nasza historia wiemy następujące rzeczy:
Rzecz dzieje się w miasteczku położonym nad pięknym jeziorem, dookoła lasy. Samo miasteczko to trochę osiedli na wzgórzach, ale przede wszystkim stare, zarośnięte, dzikie, piętrowe, tarasowe ogrody.
Bohaterowie to ona i on. Ona – szatynka, on – trochę podobny do któregoś z aktorów, ogólnie przystojny i harmonijnie zbudowany. Oni – niegdyś narzeczeństwo.
On miał swojego ukochanego psa, golden retrievera imieniem Łapa, który był dl niego najcenniejszy na świecie całym. Pewnego dnia ona wyszła z psem na spacer. Pies zerwał się ze smyczy i uciekł, a ona nie zdołała go odnaleźć. Kiedy on się dowiedział, zerwał zaręczyny. To było dwa, trzy lata temu.
Teraz ona czasem go spotyka. On nadal ją kocha, ale obwinia za swoją tragedię, więc wypiera uczucie, zgrywa zimnego i obojętnego. Czasem miewa momenty słabości, kiedy spotyka ją w jakimś ogrodzie – przytula ją, po czym odpycha i odchodzi, kiedy ona zaczyna odwzajemniać pieszczoty.
Hisotryjka zaczyna się właśnie w jednej z takich sytuacji. Po raz kolejny odrzucona, Ona znów wyrusza na poszukiwanie psa. Odnajduje go w pewnym dzikim ogrodzie: musiał tam uciec, po czym zatrzasnęła się za nim furtka i już tak został. Jest stary, wyleniały, brudny, posiwiały, wyniszczony. Rozpoznaje ją i z radością ucieka ze swojego więzienia. Wydaje się, że pobiegnie prosto do domu swojego pana, ale pies wyraźnie błądzi. Ona musi wziąć go na smycz. Idzie z psem do Jego domu, gdzie okazuje się, że stało się coś złego – On został aresztowany.
Idzie więc do aresztu, towarzyszy jej jeszcze jakaś druga kobieta. Udaje im się przekonać strażnika, żeby wpuścił je na widzenie razem z psem. Kobieta idzie przodem z psem na smyczy, Ona czeka na korzytarzu.
Kiedy kobieta wchodzi do Jego celi, a on widzi smycz, wstaje – jest pełen nadziei. Jednak kobieta okazuje się ciągnąć na smyczy pustą obrożę, pies zniknął. On: zdumienie, rozczarowanie, odraza. Z korytarza przybiega Ona, zabiera smycz, otwiera okno, które jest zakratowane. Przywiązuje smycz do kraty i wiesza się.
Zza zakrętu korytarza merdając ogonem przybiega, znów młody i zdrowy, pies.
___________
Domniemane wpływy: ostatni zawód miłosny Izy. Więcej nie rozszyfrowałam.

7:41 – 8:50

Był majowy albo czerwcowy poranek, wszędzie intensywna zieleń, błękitne niebo i słońce zapowiadające upał. Szłam chodnikiem przy nowo wyasfaltowanej ulicy, wokół łąki, przy drodze drzewa, a za mną las. Byłam w szarej piżamce i piłam piwo z puszki 0,3. (Puszka też była szara, co wskazywałoby na Lecha bezalkoholowego, ale nogi mi ciążyły i miałam kłopoty z równowagą). W reklamówce niosłam jeszcze dwie puszki, które wydawały mi się ogromnie ciężkie, reklamówka pod ich ciężarem się rwała, a ręka bolała. Nie byłam pewna, czy nie idę może na juwenalia, ale tu i ówdzie zamajaczyły postaci ubrane na apelowowo, idące w jednym kierunku, tym samym co ja. Na ich widok z żalem zostawiłam swoją reklamówkę, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec z powrotem: nie można w piżamce iść na zakończenie roku!
Miałam do pokonania dwa parki. W nadziei na skrót wybrałam ścieżkę, którą nigdy wcześniej nie szłam, ale okazała się prowadzić okrężną drogą i wpadłam w panikę. Pierwszy raz zdarzyło mi się musieć biec, starać się z całej siły, męczyć się okrutnie i dyszeć, prawie się nie przesuwając. Zadzwoniłam do Michała, który przez telefon mnie nawigował po praku. Trafiłam na jakiś grobowiec czy kryptę z pomnikami szlachciców, idealnie wkomponowaną w przestrzeń parkową. Głos w słuchawce kazał mi obejrzeć to dokładnie i znaleźć na jakiejś tablicy nazwisko człowieka, który to zaprojektował. Miało to w jakiś tajemniczy sposób pomóc mi zdążyć. Stwierdziłam, że nie mam czasu na takie głupoty, głos się obraził i zamilkł, a ja pobiegłam dalej.
Wpadłam do budynku, a dalej do sporej sali (wyglądającej jak duży pokój na Poprzecznej, tylko z innymi meblami). W kąciku sali stało rozkładane łóżko, szafka i stolik, trochę ozdobnych szpargałów. To był mój pokój.
Raptem do zali wszedł pan od matematyki w towarzystwie paru osób z mojej klasy – wyglądało to jak typowa lekcja tuż przed końcem roku, z mocno przetrzebioną frekwencją. Pan otworzył dziennik i zaczął wyczytywać kto ile ma u niego godzin nieusprawiedliwionych. Oświadczył, że ja mam 107, w związku z czym nie zdałam. Kto widział, ten wie, jak wygląda sadystyczna satysfakcja na twarzy pana S. Rozpłakałam się i jęłam dopytywać, jak to możliwe, przecież ja tu mieszkam, byłam tu cały czas, więc musiałam też być na każdej lekcji.
Powoli zaczęłam się budzić i chyba przez to wyraz twarzy pana S. złagodniał, najpierw stwierdził że coś wymyśli żeby umożliwić mi odrobienie nieobecności, a na końcu obrócił wszystko w okrutny żart.
Do reszty obudziła mnie piosenka „Lonesome organist rapes the page turner” grająca w mojej głowie.
„Don’t be scared
I’m a friendly man
I joke about death because it’s funny when you’re frightened!”