kiedyś popoprawiam wszystkie literówki

Nagły, intensywny powrót zimy, w pewnym sensie wybrała sobie moment najmniej odpowiedni. Bo kto to słyszał, żeby wstając o 5:00 orientować się, że już się jest spóźnionym, że trzeba było wstac kwadrans wcześniej żeby zdązyć na wcześniejszy autobus, bo przyszla zima, zapadała wszystko do pół łydki i świat radykalnie się zmienił odkąd poszło się spać, za która to zmianą służby drogowe najpewniej znów nie nadążą, śnieg leży, autobusy toną w zaspach? No, kto to widział?

(ale zdążyliśmy szczęśliwie mimo to, uff)

Ale ja się zimie nie daję, chociaż ona bardzo się stara mnie zmusić do kapitulacji. Wczoraj na przykład wyślizgała mi chodnik tak starannie, że wywinęłam pięknego orła. Jako, że jestem niespełna rozumu, po orle nastąpił gromki rechot, mój rechot. A potem zbieranie rzeczy, które mi powypadały z rąk i kieszeni, a potem dokonanie odkrycia, że w wyniku rozcapierzenia w trakcie lotu i upadku zamek od kurtki zrobił kaput. Potem przyjechał Tomek W., a ja powitałam go wiązanką przeuroczych bluzgów okraszoną jeszcze bardziej przeuroczym uśmiechem. Zamek definitywnie poszedł na urlop, cała kurtka takoż. Zima złośliwie wykorzystała fakt, że zatrzaski nie chronią od wiatru i jęła wiać jak szalona. A ja biegłam z zajęć do domu szybciutko, bijąc własne rekordy. Udało mi się ujść, unosząc z pola bitwy li i jedynie gęsią skórkę.

Dzisiaj muszę radzić sobie z sytuacją. Mam wyposażenie, dzięki któremu przez pare najbliższych dni (zależy jak długo zima będzie walczyć, męczyć i gnębić) wyglądam jak własna kopia sprzed lat pięciu lub sześciu. Mam sznurowane wysokie buty, które nie są niestety glanami, mam wysoko podwinięte spodnie, mam zieloną kurtkę udającą bundeskę, nan pod nią ciepły zmechacony dresik, mam wielką chustę, którą owijam się po sam nos, a która jednakowoż nie jest arafatką, mam w końcu czapkę zupełnie podobną, z daszkiem, oraz eksponaty muzealne – moje nauszniki mające lat akurat 6. No i rękawiczki, takie z dwoma palcami, oraz plecak, chociaż bardziej by pasowała wojskowa torba, jeśli chcemy dochować wierności epoce. W łapie ściskam nieodłączny w wypadach terenowych termokubek, w którym chlupie radośnie cytrynowa, bardzo słodka i gorąca herbatka.

Zima widzi moją zaradność i to ją jeszcze bardziej rozsierdza. Zawiewa wyjątkowo upierdliwym wiatrem z drobnym śniegiem prosto w twarz, prosto w uszy, prosto w oczy.
A ja się nie daję. Może jestem wstretna, wulgarna dziewucha, ale mrużę oczy i prę do przodu, w duchu krzycząc:
- Ja pierdoooolęęęę, ale wieeeejeeee! Kurwaaaaaa! Byle naprzód. Geeroonimoooooooo!!!
…i nieprzyzwoicie szeroko się do siebie uśmiecham.

była sobie raz infekcja

In plus:
bonusowy tydzień wolnego + relaks + napisanie paru maili na które wcześniej nie miałam wolnej chwili
mimo wszystko całkiem niezła sprawność umysłowa w nowym, trochę zaskakującym wymiarze, a w efekcie powrót Eda
czas na zebranie sił i nauczenie się do wszystkiego powoli i porządnie (łudzę się nadal, że obejdzie się bez września?)
parę dobrych uczynków w rodzaju pilnowania komuś domu i dotrzymywania towarzystwa inwentarzowi

In minus:
chaos w miejscu sesji zimowej
rozregulowanie trybu snu i czuwania
oraz nawyków żywieniowych
oraz worki pod oczami
oraz jedna z wag mówi, że 5 kg mniej, ale mama jej nie wierzy, a ja podchodzę do tej informacji z dystansem z braku dużego lustra, a więc z braku porównania.

małe-wielkie zmiany za sprawą małej-wielkiej bakteryjki.
jeśli chcecie prowadzić uporządkowane życie zgodnie z własnym planem, strzeżcie się mikrobów!