„jestem afirmacją” zupełnie jak ta pani z woodstocku

Wszystkie elementy spoczęły na sobie właściwych, od dawna wyznaczonych miejscach. Wszystkie ścieżki spotkały się w jednym punkcie. Tym, w którym teraz jestem.
Porządek, nareszcie. Po ostatnich chwilach chaosu przyszła pora na oddech, spokój i pełnię.
Można powiedzieć, że jestem cholerną materialistką, można, że określam się poprzez posiadane lub pożądane przedmioty.
Nie zastanawiam się. Po prostu jest mi dobrze.
Świeci słońce, z ziemi wyrasta pierwsza trawa, na każdym drzewie pączki. Jadę prosto przed siebie na moim ukochanym rowerze, mając w uszach (dzięki podarowanym mi wczoraj słuchawkom) najpiękniejszą muzykę. Równa ścieżka szybko ucieka spod kół. Świeże powietrze, po lewej za wydmami mam morze.
Tak jest.
Tak jak teraz jest chciałbym aby było zawsze.
Tak jak teraz jest powinno było być zawsze.
Doczekałam. :)

memento, łosiu.

Przypomniałam sobie, że rok temu poczyniłam prozą zapiski na temat swojej wizji idealnej siebie, do której ustawicznie próbuję się zbliżyć, ale zawsze od tak zwanej dupy strony. Ciągle mi się wydaje, że jeśli zmienię coś konkretnego w swoim wyglądzie, co ma pani na ładnym zdjęciu a czego nie mam ja, albo jeśli zaopatrzę się w jakiś przedmiot albo część ubioru – wydaje mi się, że będę fajniejsza niż jestem, bardziej taka jak chciałabym być. I jakoś umyka mi fakt, że mimo tych zabiegów wewnętrze moje się za bardzo nie zmienia. A przynajmniej nie pod ich wpływem.
Zanotowałam sobie wtedy, co chciałabym mieć, czym się zajmować, jaka być, bardzo w przybliżeniu. Dziś porównałam notatki ze stanem faktycznym. Większość udało mi się wykonać. Mam parę sztuk odzieży, mam włosy dające się bez trudu wiązać w kucyk, mam nie tylko nowe struny, ale i całą gitarę. Zabrakło kolczyków, ale dziś przyprowadziłam do domu wymarzony miejski rower.
A z wewnętrzem co?
W wielu sferach nadal plany. Ale już nie obejmujące tylko jednej osoby i nie odnoszące się do mglistej i dalekiej przyszłości. Na etapie kompletowania sprzętu do nagrania, na przykład. I sklejania aranżacji.
W sferach innych, tak zwanych zawodowych sama siebie przerażam. Już co prawda nie mam samych piątek w indeksie, ale mam zwolnienie z egzaminu, przedmiot robiony awansem, jedno szkolenie jutro, a jedno czekające na potwierdzenie zgłoszenia oraz w planach wycieczkę na spotkanie rekrutacyjne koła naukowego. Jah sees, Jah knows co ja jeszcze w tym temacie wymyślę.
Nadal z jakichś zypełnie irracjonalnych powodów strasznie się kłopoczę rozmawiając z koleżanką działającą w międzynarodowej organizacji studenckiej. Wydaje mi się, że jestem ograniczonym leniwym łosiem.
Po to jest ten wpis, żebym potrafiła sobie przypomnieć, że to nie do końca prawda. :)