unfinished buisness

Parę pytań do zadania, parę spraw do wyjaśnienia,
(bezcelowe – znam wszystkie odpowiedzi),
parę jedynie słusznych poglądów do wygłoszenia.
Matka Teresa gotowa wykładać swój mięsień sercowy na widok publiczny mimo wiedzy, że na nic to nikomu, a jej na nic najbardziej i tylko się ośmieszy.
.
Wkurzam się.
Ale staram się racjonalizować.
Bo przecież dobrze jest zdobywać nową wiedzę o sobie.
Wiedza o tym, czym nie jestem jest cenna,
ściślejsza – a więc cenniejsza – jest wiedza o tym, czego jestem przeciwieństwem.
Wiedza wzmocniona intensywnymi emocjami ma szansę utrwalić się mocniej i na dłużej.
Tracenie iluzji jest bolesne, ale zdrowe. Korzysta na tym światopogląd, realizm i chierarchia wartości, chociaż traci układ nerwowy. To nic.
I trudno, o takich rzeczach najskuteczniej jest dowiadywać się od – kiedyś – bliskich.
…There will always be some unfinished buisness, baby. Let it go.

że niby cykle, że życie, że się toczy.

1.
tTak na prawdę właśnie tam pierwszy raz się spotkaliśmy. My, dwoje ludzi poświęcających sobie wzajemnie całą uwagę. To dookoła tego jeziora odbyliśmy pierwszą wspólną wędrówkę, która tak naprawdę powiedziała nam o sobie wszystko. To tam biegło się pogadać po egzaminach gimnazjalnych. Że marnie poszły, że rodzina niezadowolona. Że oczekiwania, że liceum. Że nie wiadomo, co będzie.

2.
Przed maturą szło się na daszek, żeby odreagować stresy. Po maturze, żeby wygadać się z niepokojów. Bo zanim przyjdą wyniki, swoje trzeba odczekać; kolejna porcja czekania, zanim ogłoszą listy przyjętych. Gdzie nas wymiecie? Co będziemy robić? Kim przyjdzie nam być? Niepewność, z którą trzeba było sobie jakoś poradzić. Wspólnie.

3. Znów wiosna, znów siedzimy na dachu nad jeziorem, znów postawieni przed trudnymi wyborami. Znów na spokojnie obgadujemy możliwe opcje, uwalniamy się od nerwów. Starsi, pewniejsi siebie, mądrzejsi o doświadczenia. Razem jest łatwiej.

Kiedy znowu usiądziemy na dachu?

zaliczenia, obliczenia, wyliczenia, specjalizacje i sesje.

Zaczyna się.
Milion spraw, które trzeba uporządkować, zgrać terminami, zrobić na czas,
bo inaczej widmo dezintegracji.
Przynajmniej w roli studentki. A tego byśmy nie chcieli.
W pewien sposób identyfikuję się z maturzystami: też mam do podjęcia decyzję, która zaważy na kierunku mojej nauki i wiekszości działań w ciągu najbliższych paru lat. Moja decyzja będzie w pewien sposób nieodwracalna; ponadto nie mam ochoty po pierwszym semestrze odkryć, że zupełnie nie o to mi chodziło.
Boję się.
Nie wiem czego chcę.
Dodatkowo nie ufam swoim wyborom i to jest najgorsze.
Porządkuję swój świat najlepiej jak potrafię, robię miliony list rzeczy do zapamiętania, mój notes puchnie w szwach, mimo to co chwila przypominam sobie o czymś nowym i cała konstrukcja wymaga przemeblowania. Brakuje mi stabilności, brakuje spokoju i przekonania, że ze wszystkim zdążę, a nawet jeśli nie to nic złego się nie stanie. Brakuje poczucia bezpieczeństwa.
Nie czuję się tu dobrze. Ale dlaczego? Przecież pod balkonem co i rusz inne drzewko owocowe zakwita i pachnie. A noce to pachną najpiekniej na świecie, jak zawsze o tej porze roku.
Jeszcze dwa miesiące tu. Dwa trudne miesiące. To dużo czasu. Ale ja już ratuję swoją głowę, w wolnych chwilach zabawiając się planowaniem wyprowadzki. Wiem na pewno, że te dwa zielone kubeczki pojadą ze mną. Kupiłam je do kuchni, bo inne sie wytłukły, żeby było w czym pić, do ogólnego użytku, ale nie pozwolę, żeby wredna pani właścicielka, która po nas się tu z powrotem wprowadzi piła poranną kawę z mojego zielonego kubeczka. Za ładna, zbyt groszkowa zieleń (chociaż Marta marudziła, że są koszmarnie brzydkie; nieprawda). Ja mam już milion kubeczków, ale takich nie mam. Dwa, diada, komplet. Dla mnie i przyjaciela. Chociaż mało osób mnie odwiedza.

* * *
Mądrość życiowa, o którą się ostatnio wzbogaciłam: Niepamięć jest błogosławieństwem tak długo, jak dlugo pozostaje nieuświadomiona.
Znowu jestem trochę starsza. I pelnoletnia na wszystkie możliwe sposoby.