dzisiejszej nocy

Żeby trochę zamaskować lamentacje królewny Jęczybuły, zapodamy zagadkę psychoanalityczną pt. „Rozszyfruj sen”.
A w zasadzie trzy części snu. Wszelkie pomysły na wpływy, symbole, podteksty itp. mile widziane. Im weselsze tym ciekawsze, im ciekawsze tym weselsze.

1. Późna jesień, słoneczne popołudnie, rozlewisko na łące, dookoła płytkiego jeziorka podmokłe połacie żółtej trawy, gdzieś obok lasek zupełnie już bezlistny.
Woda rozlewiska jest zatruta. Zwierzęta, które w niej stanęły chorują i umierają powoli, gubiąc futro całymi płatami i tracąc kończyny. Leżą, rozpadają się, konają.
Ja jestem orłem. Latam dookoła, widzę wszystko wyraźnie, czuję zapach choroby i trucizny, ale jestem bezpieczna, bo nie dotykam wody. Rośliny wyrosłe na rozlewisku też są przesączone jadem, mają dziwne, brzydkie, czerwone kwiaty. Gałąź jednej z nich, sucha i cienka, łamie się pode mną, prawie wpadłabym do wody, ale ulatuję cało.

2. Znów woda, tym razem rzeka. Duża i szeroka, ale nadal zatruta. Nad rzeką forteca, warownia. Jest wojna, wszyscy mężczyźni poszli na front, w zamku zostały tylko kobiety i dzieci. Mam suknię jak dziewiętnastowieczna mieszczanka, gram z dziećmi w chowanego w wielkich szafach, a w przerwach wyglądam przez okna o wybitych szybach, bo wiem, że wróg zajął nasz teren i lada chwila może pojawić się na horyzoncie, nadejść, otoczyć zamek i zabić nas wszystkich.
Za którymś razem widzę, że w rzece kąpie się kolonia: grupka dzieci w identycznych kostiumach i czepkach. Wiem, że umrą przez tę wodę.

3. Jest zima, rzeka zamarzła, dzieci mają kulig. Są dwa sznury sanek, wszystkie maluchy znalazły sobie miejsce, tylko mała dziewczynka w różowym kombinezonie nie może się zdecydować. W ostatniej chwili chwyta rękami sanki z obu sznurków i kulig rusza, ciągnąc ją po środku.

Gotowi, do startu, start!
Pomysły Michała:
- częste mycie skraca życie, stąd trująca woda
- dziewczynka to ja. mam mieć jakiś dylemat, ale nie mam pomysłu, jaki.
Any ideas?

Boziu, daj odpocząć.

Już po-sesja. Już dom, niby.
Wyprowadzka z akademika w kawałkach, ostatnia (ajhołpsoł) porcja szpargałów do przywiezienia we czwartek. Coś czuję, że na starość plecy dadzą mi popalić za te kilogramy dźwigane z miasta do miasta. Póki co: pościel, akwarium, deska do krojenia, talerz z bobrem, nuty…
A w domu walka, bój krwawy toczony ze światem materii o każdy możliwy skrawek przestrzeni. W wyniku wczorajszaj zwycięskiej kampanii wyniosłam na śmietnik 4 reklamówki przedmiotów zbędnych, uzyskując tym samym miejsce potrzebne do rozpakowania plecaka.
W planach modernizacja pokoju, przystosowanie do bezpieczniejszego przechowywania rzeczy. Marzy mi się koniec prowizorki. Szlag mnie trafia, że moje własne książki stoją w kartonie pod stołem. Że bibeloty pochowane gdzieś, pozawijane w folię żeby się nie kurzyły. Że ciąle trzeba coś przestawiać i upychać, szukać na coś miejsca, a wszystko wiecznie spakowane.
Mój pokój to przechowywalnia bagażu, a nie żaden azyl. Tylko, że ja akurat azylu teraz potrzebuję.
Mam dość pomieszkiwania, nigdzie nie jestem u siebie. Co innego mieć bazę wypadową, co innego od dwóch lat stale dźwigać plecak.

Zabawnie jest tuż przed snem uświadomić sobie, że w pokoju jest łącznie pięć istnień. Doborowe towarzystwo chrapie każdy w swoim kącie: ja, żółw, ryba i dwie koszatniczki. Dream Team.

Jeszcze tylko odebrać indeks, poznać pozostałe wyniki egzaminów i wiedzieć ile wrześni będzie mieć ten rok, po czym wrócić z ostatnią porcją niezbędnego balastu. Jeszcze tylko to, a będę mogła zupełnie zluzować, będę wolna, wolna na maksa, choć ta wolność jest niewidzialna.

Boziu, ześlij proszę prawdziwe lato. Bez nadmiaru deszczu. Uwaga, skala poglądowa: nadmiar to tyle co teraz. Bardzo ładnie proszę, Boziu.

:(

Nauka mnie przygniata. Duszę się pod stosem notatek, podsypiam albo się wiercę, albo na zmianę.
W związku z czym idę na spacer, rozruszać zastałe mięśnie szybkim (sypkim), energicznym marszem.

Miałam pójść do Manekina na naleśniki.
I na spacer do parku i na cmentarz w Oliwie.
I na starówce w tym roku chyba nie byłam,
i do muzycznego miałam pójść, sprawdzić jak brzmi „Mad world” na Rolandzie i na fortepianie…
I nie odwiedziłam pani Marii.
I nie pokazałam Michałowi parku przy AWFie.
I nie nacieszyłam się morzem, ciągle zapominam że jest tak blisko. Boję się wiatru i zimna.
Nie jadłam pierogów na Pomorskiej dawno, należą mi się.
I lody na jelitkowie, za ładnie zdaną (so far) sesję.
Ile jeszcze umiałabym wymienić, jeśli się dłużej zastanowię?

Nie czuję, że źle gospodarowałam czasem, gospodarowałam najlepiej jak umiem, zaliczając zajęcia i dorabiając na jedzenie.
Czuję raczej, że czas mi zabrano.
Nikt mi go nie odda, już nigdy nie będzie takiego lata.
Jeden z ostatnich spacerów przed wyprowadzką przyniósł mi obraz miasta niespełnionych obietnic, niewykrzystanych szans, niezrealizowanych pomysłów.
Co, jeśli już nie zdążę?

:)

Bilans sesyjny szczęśliwie wychodzi na plus.
Szczęśliwie że na plus; szczęśliwie że już wychodzi.
Pokonała mnie jak dotąd tylko statystyka, 5 innych przedmiotów wróciło na tarczy z naszych konfrontacji. Jeden, ostatni nadal ma szanse, ale bardzo się staram mu je skurczyć.

Wiem, że później będę siebie za to nienawidzić, wiem że ewentualna zbłąkana (obłąkana) brać studencka znienawidzi mnie też, ale:
daję sobie -7 do Neurotyczności, -2 do Ekstrawersji, +2 do Otwartości na doświadczenia, +7 do Ugodowości, +nieskończoność do Sumienności. Tyle w kwestiach samoopisu według modelu, który staram się usilnie opanować.

A to ja mam Eysencka?! Ta, mam, do połowy. Wyszłam, pamiętam, bolał mnie brzuch. Odnalazł się zaginiony wykład-widmo. Uhuuuuuu…

Strzelaj lub emigruj

wybrałam to drugie.
nie umiem kłócić się o swoje; co z tego, że w przypływie odwagi – ba! – zuchwałości sprzeciwiam się, odmawiam podpisania dokumentu, kwestionuję jego treść, skoro ostatecznie podpisuję i tak, wiedziona instynktem stadnym i interesem bardziej cudzym niż swoim?
efekty są, jakie są. zostało nam wypowiedziane. witaj, akademiku.
witaj, osiedle studenckie. przedziwna, oddzielona od świata zielenią kraino z jednnym drogim spożywczakiem i osprejowanym przejściem podziemnym.
witajcie, bracia robotnicy maltretujący parking pod moim oknem (oraz przy okazji nasze uszy) na milion wymyślnych sposobów. (Póki co znam tylko legendy o rzucaniu płytami betonowymi o 7:30, a samodzielnie doświadczyłam popołudniowego bezlitosnego cięcia kostki chodnikowej do wczesnych godzin wieczornych niemalże, zapewne jutro słowo stanie się ciałem bo panowie ponoć mają 2 dni w plecy, a kto rano wstaje…). to wy, bracia robotnicy wypłoszyliście stąd moją poprzedniczkę. Nie wiem: pomstować, czy dziękować raczej powinnam?
witaj, nowy, obcy trybie życia.
w obecnej sytuacji, przy obecnym natężeniu egzaminów i wydarzeń pozauczelnianych, moje zdolności adaptacyjne nie sięgają zenitu. oj, nie.
ale jakoś to będzie. koleżankę w pokoju mam fajną. Chłopaka mam, co wszystko umie. i bibliotekę po drugiej stronie ulicy też mam. inni mnie uratują. jakoś przeżyję te 19 dni.

a tak w ogóle, to

Nie podoba mi się, że żyję w kraju, gdzie
z jednej strony głowa państwa szafuje pamięcią o bohaterach narodowych i ogrzewa się w blasku chwały największych nazwisk, umieszczając je na własnych bojowych sztandarach,
a z drugiej strony – gdy pod prezydenckim patronatem powstaje film o jednym z nich, kancelaria prezydencka przekręca nazwisko jedynej jego żyjącej córki w zaproszeniu na premierę, które jej wysyła.

I nie podoba mi się, że w kinie na tym filmie byłam najmłodszym z siedmiu widzów. I jednym z trzech, których głowy nie były siwe.