road trippin’

Zniknęła, wyjechała, odeszła.
Nikt nie wie, z kim, dokąd ani na jak długo.
Nie wiadomo gdzie jej szukać ani kiedy wróci, jeśli wróci.
Pewnym jest jedynie, na tyle na ile cokolwiek może być pewne w takiej sytuacji, że między piątkiem a niedzielą ktoś może na nią trafić na kostrzyńskim polu, ale nie próbujcie jej szukać, wśród setek tysięcy ludzi i tak nie znajdziecie.
(Chyba że po fladze).
Ale co przedtem, a co potem?
Tajemnica.

Buziaczki, będę przesyłać pocztówki :)

drżyjcie narody

Pani w bibliotece była inną panią, niż zwykle. Była panią obcą i złą, bo zdystansowaną.
Panią, która nie spyta, jak się podobało, Anula. I nie powie, co sama czyta, co poleca.
Tej pani trzeba było podać imię i nazwisko.
Dlatego dokonałam pospiesznej selekcji z tego, co mi się pod rękę nawinęło, biorąc pod uwagę perspektywę braku raczej niż nadmiaru wolnego czasu, wyrzuciłam przyciężkiego Pilcha, nad którym lubię się rozwodzić i rozpieszczać się nim lubię, a zostawiłam dwa tomiszcza. Wybrałam, podałam personalia, uciekłam.
Kiedy wychodziłam, moja głowa podsunęła mi usłużnie, zgodnie z okolicznością:
- Kto oddaje i zabiera, ten się w piekle poniewiera.
- Mhm. A bibliotekarki to już wogle.

Gaiman (bo Amanda) i Pratchett (bo należy). Czyli ilościowo pierdolnik w głowie mi się nie zmniejszy. Zmieni się tylko skład i konsystencja. :)

trawa duchowa i intelektualna

Nie jest dobrze czytać takie rzeczy na czczo.
Dajesz sobie zbudować w głowie wizję światów, której nie rozumiesz, prowadzony przez fabułę docierasz do cyberpunkowego przesłania, którego nie potrafisz powtórzyć, ale z którym się nie zgadzasz.
A potem z jednego wiaderka w drugie, hop.
Kolejny nadinterektualista, na dodakek krakowski, wlewa ci w głowę pomyje swojej sraczki słownej, sączy frustrację bohatera i zupełnie niepostrzeżenie jego jad miesza się z twoją krwią, twoja paranoja upodabnia się do książkowej, myślisz używając wszystkich tych trudnych słów i nawet naśladujesz mowopodobną wielokrotnie złożoną składnię, prawie tego nie rejestrując.
Czytanie książek na czas – ssie.

Następny w kolejce: Wędrowycz, czyli detoks.

Póki co pozdrowienia ślą Dukaj z Shutym i moja biedna głowa. ;)

jeszcze o surowości, filmie i psychologii

Bo: lubię chodzić do kina z kimś, ale lubię też sama. Chociaż żałuję wtedy, że nie dzielę odczuć z towarzyszem i nie mam partnera do dyskusji, mam czas na namysł i skupienie uwagi na własnym odbiorze.
A tak się jakoś dziwnie składa, że kiedy chodzę do kina Grunwald sama, to zwykle na film z Kate Winslet. (wstydliwa dygresja: z filmu na filmu kocham ją bardziej i obawiam się, że nic tego nie zmieni).

Tak jak rzekłam po wyjściu z kina: małe 8 złotych dla człowieka, wielki krok dla ludzkści – kino ciężkie, trudne, zmuszające do myślenia, do znalezienia własnych odpowiedzi, ergo: stymulator rozwoju.
Jedną z odpowiedzi już mam. Jednak dyskusja jest mi niezbędna; nie mam dyskutantów żżywych, więc wynajduję wirtualnych – czytam recenzje na filmwebie.
Rzecz o kobiecie, która jest winna, ale zdaje się nie rozumieć istoty swojej winy. Jeden z bohaterów wydaje osąd: własnoręcznie bym ją zastrzelił. Recenzent też szasta epitetami: pusta, mało skomplikowana, uboga uczuciowo, pozornie wrażliwa.
Być może. To takie bliskie, wydawałoby się, mojemu sposobowi myślenia, mojemu żalowi do całego rodzaju ludzkiego, mojemu rygoryzmowi moralnemu, stanowczości osądów w sprawach wielkiej wagi. Nie ośmielę się cisnąć kamieniem, jeśli nie jestem bez grzechu, ale jeśli przypadkiem jestem czysta, nic mi z ręki kamienia nie wytrąci.
A jednak.
Nie umiem odczytywać roli pięknej Kate tak stanowczo, prosto, nie umiem dookreślać i dopowiadać. Epitety to tylko półprawdy.
Surowy osąd to jedno. Przekreślanie człowieka to co innego. Chyba.
Już w trakcie filmu uważałam, że wyrok był zbyt surowy.

Albo za mało wiem o samej sobie, albo za dużo o innych.

„Lektor”

:)

Było letnie popołudnie, słoneczne, ciepłe, trochę wilgotne. Szłam znad jeziora na obiad. Miałam mokre włosy i letnią sukienkę, której prawie nie czuje się na sobie, niosłam kocyk. Wędrowałam ścieżką między krzewami, trawa łaskotała stopy. Ściskałam rękę najważniejszego z wszystkich ludzi.
I wiedziałam, że właśnie w tym momencie jest lato. Najbardziej jak się da.

rozsądek?

Nadal jestem surowa dla innych i dla siebie.
Moja największa wada:
znam zbyt wiele odpowiedzi na pytanie „dlaczego nie?”.

znad wózka

Nie od dziś wiadomo, że dzieci pedagogów, psychologów i innych takich mają przerąbane. Jednakowoż
taki oto wysnułam (a w zasadzie wysnułyśmy z mamą) wniosek, obserwując moje interakcje z Młodym:
Co innego mieć siostrę psychologa, co innego mieć po prostu nienormalną siostrę.
A jeszcze co innego – mieć nienormalną siostrę-psychologa.
Amen.

mission (once again) completed

Tutejsze krzaki zdobyte, ponownie. Z kanonadami i rozbłyskami w tle, które jednakowoż nie zagroziły nam bezpośrednio. Rozpadało się dopiero, kiedy oglądałyśmy Trainspotting, bezpieczne w domu, na moim łóżku.
Basiu, dwa razy spadłam z daszku przy schodzeniu, a konkretnie – wyjeżdżała mi z rąk kluczowa gałąź (omszała i mokra po deszczu) i dwukrotnie lądowałam w dole pod drzewem. Za każdym razem z gromkim rechotem. Natalia uznała, że jestem kretynką. Żałuj, Basiu, że tego nie widziałaś :)
Aczkolwiek nie wiem, kiedy uda się komukolwiek wpędzić mnie na ten daszek ponownie.

(Z innej beczki, ale też daszkowy wniosek: biada tym, którzy zrobią mi coś, a potem będą chcieli szybko przejść nad tym do wcześniejszego porządku. Jestem uparta, nieustępliwa i muszę stawiać na swoim. O ile spory natury światopoglądowej łatwiej się rozstrzyga i bardziej pomaga w tym czas, o tyle za osobiste urazy trzeba pokutować. Zwłaszcza, gdy uznam, że nie mam powodów, by być miłą. Jeśli rzeczywiście ci zależy, zniesiesz to. Jeśli nie, będziesz spierdzielać, aż miło.
Okropne, wiem.
Ale…
Nie, nie ma żadnych ale.)