pod koniec sierpnia

Zapomniałam dodać, że wystarczył jeden dzień zdania się na łaski i niełaski komunikacji Trójmiejskiej żebym przypomniała sobie, dlaczego jeszcze niedawno tak marzyłam, żeby mieć rower.

Aktualnie – wznoszenie modłów do podręcznika do statystyki, który jak się okazuje wcale nie jest wszystkowiedzącym, dobrym nauczycielem. Modły o to, żeby nikt nie chciał przypadkiem zamieszkać w DS4 na miejscu, które mnie się przecież należy, a o które ubiegać się będę mogła dopiero po skutecznym przebałaganiu Boga Statystyki i jego namiestnika na ziemi, dra K. No i do Eli, żeby dalej chciała ze mną mieszkać i łaskawie się mną opiekować!

Dodatkowo w chwilach wolnych zajmuję się wymyślaniem projektów nadruków na koszulki. W tej chwili zbieram chętnych na wczorajsze dzieło – Beirut, jak ktoś lubi i chciałby – zachęcam do kontaktu, sprzedam po cenie produkcji, im więcej chętnych tym taniej :)

I myślę sobie, że większość rzeczy jest zupełnie nieważna. Wiadomo, w momentach krytycznych nie widzę więcej ponad to, co doprowadza do szału. Ale powrót do równowagi (albo dawanie sobie rady, jeśli to jednak za daleko) przychodzi mi ostatnio łatwiej.
Obudziłam się dzisiaj z myślą o akceptacji tego, kim jestem teraz, jakich ludzi mam wokół siebie i w którą stronę zmierzam. Czuję, że bardzo dużo mam poukładane. Najważniejsze rzeczy są pewne i godne zaufania. Jest bezpiecznie, chociaż nie zawsze do końca spokojnie.
Dużo nowych pomysłów: na projekty, na siebie, na naukę, na życie. Kreatywność. Bez lęku przed banałem. Z pogodzeniem, że jest nieunikniony. Nie przeszkadza mi, że ludzie – ci dalsi – mogą mnie łatwo kimś zastąpić. Wiem, że najważniejsi zostaną, bo dla nich jestem wyjątkowa i to mi zupełnie wystarczy. Chyba nigdy tak do końca w to nie wierzyłam, szukałam łatwego potwierdzenia swojej wartości od ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzieli. Teraz się udaje.

W tym miesiącu już 4 osoby powiedziały mi, że wydoroślałam. Pierwszy odruch: ale dlaczego?! Druga myśl: i chyba dobrze. Chociaż nadal nigdzie się nie spieszę i marzę, żeby żyć trochę wolniej, jeszcze trochę wolniej.

PS. Czekałam 3 miesiące, żeby móc to w końcu tu zacytować:
„Spotkajmy się pod koniec sierpnia
mam ci tyle do powiedzenia
prawie wcale cię nie znam
to nie powinno mieć znaczenia
Chodźmy na spacer
w wysokich trawach
niedaleko
miejsca, w którym mieszkasz
Spotkajmy się pod koniec sierpnia”

:)

Beirut, Astra Kulturhaus, Berlin 18.08.2009

1. etap podróży – wyrównywanie dziury finansowej, zaspokajanie popytu na usługi.
- Właśnie wracam z pracy, idę na tramwaj. Pojadę sobie do reala, muszę odkupić Tomkowi te czipsy które cichcem wyjadłam i inne takie. Może szóstką podjechać? Zobaczyłabym jak mi wydział budują… a może eskaemką, to bym bilet na jutro kupiła na Wrzeszczu.
- Kochanie, nie wymigasz się. Słyszę że tęskniłaś za miastem.
- Nie tęskniłam!
- Tęskniłaś :>
A właśnie że nie. Fakt, że dobrze jest poruszać się po własnych wydeptanych ścieżkach. Ale absolutnie nie tęskniłam za chrupaniem nospy zamiast dropsów, nieodłączny element samotnych wycieczek po tym mieście.
Zgubiłam bilet; torba którą oglądałam w czerwcu i nie kupiłam z braku funduszy dalej leży w sklepie a ja dalej nie mam funduszy; na samo jedzenie i zadośćuczynienie (bonusy) za przenocowanie mnie wydałam tyle, ile tego samego dnia zdołałam zarobić.
Ponadto: Galeria o trzy kroki stąd, może by pójść, kupić w końcu kapelusz?
Kapelusz albo pociąg do Zakopanego, zastanów się, dziewczyno, no właśnie.
Z miłych niespodzianek należy odnotować jedną: byłam w Gdańsku, a mimo to było mi ciepło. Słońce grzało w czarną sukienkę, wiał ciepły wiatr od lądu. Naprawdę, godne zapamiętania, znaczące. Właściwe do wyciągnięcia z zakamarków pamięci, kiedy w styczniu będę szczękając zębami i ślizgając się na lodzie biec tą samą Kołobrzeską na tramwaj, albo coś.

Etap 2. – pamiętajcie! zanim wybierzecie się do Berlina, utrwalcie sobie podstawy języka niemieckiego. Nie liczcie na stereotyp europejskiej stolicy ani mekki polaków z miasteczek przygranicznych: to nie jest tak, że 1/3 ludności mówi po polsku, 1/3 po angielsku a reszta po angielsku i niemiecku. Nie, nawet pod tym względem panuje Ordung: niemcy mówią po niemiecku, azjaci po azjatycku (a niby też imigranci) etc. Po polsku mówią tylko automaty biletowe. A po angielsku niektórzy przechodnie, najczęściej też obcokrajowcy, a jeśli niemcy to tylko ‚a little bit’.
Pamiętajcie też, żeby bilet na pociąg powrotny kupić odpowiednio wcześniej, koniecznie za dnia, w przyzwoitych godzinach urzędowania panienek z okienka. Po zmroku okienka – specjalne zresztą – są zamknięte. Automaty biletowe nie wyszukują w stacjach docelowych miejscowości spoza okręgu. Pan w informacji mówi ‚jes’, ‚noł’ i ‚eeee?’.
Tyle tytułem wstępu. Bo my tam przecież zupelnie po co innego pojechaliśmy: połazić po centrum, trafić na koncert. A centrum jest piękne. Pierwszy raz pomyślałam na serio, że może te wymiany to nie są takie złe? Podobały mi się tekturowe trampki zawieszone na kablach nad ulicą na przeciwko Lustgarden. Sam Lustgarden, park wokół Starego Muzeum, taki pod linijkę: z fontanną, idealnie równymi i gęstymi (acz przysuszonymi) trawnikami do wylegiwania się, z drzewkami w równych rzędach, zaszczepionymi na identycznej wysokości, z uklepaną pod nimi ziemią żeby broń Boże nic niepożądanego nie wyrosło. Fajne w tym wszystkim było tylko wylegiwanie się zbiorowe na tych trawnikach. Tuż przy ruchliwej ulicy, w samym centrum. Ale niemiecki Ordung przegrywa u mnie ze zdziczałym Parkiem Podzamcze albo nawet tym za domem, mimo wszystko.
Ponadto pod Bramą Brandenburską natknęliśmy się na klauna. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę ryczeć ze śmiechu z powodu niemieckiego (!) klauna. Który z wrodzonym bezczelnym wdziękiem pozował do zdjęć turystom, nakręcał staruszków na korbkę, wcielał się w zombi, podrywał staruszki, atakował rowerzystów z wyimaginowanym karabinem, a ponad wszystko wydawał z siebie piskliwe dźwięki układające się czasem w melodyjki: z Mission Impossible, z Gwiezdnych Wojen (z miejsca oddaliśmy mu swoje serce), a nawet z Szao Lin – na widok Azjatów. Nawet im się po azjatycku ukłonił.
Kupiłam pocztówki, ale na znaczki już nie starczyło. Trudno; grunt to żeby obietnice zostały spełnione :)
O, a google mapki są głupie, bo jeśli 5 osób postanowi opisać jakiś obiekt, to on się tam spokojnie da znaleźć w 5 różnych lokalizacjach. A potem na Revaler StraBe formuje się grupka młodych ludzi biegających nerwowo w te i z powrotem i zamęczających przchodniów pytaniami o Astra Kulturhaus. Bo wszyscy wybrali nie tę z dostępnych lokalizacji co trzeba, wszyscy mają wydrukowane takie mapki, no i to przecież gdzieś tu powinno być! Enszuldigung zi byte!
W tym miejscu pozdrawiam Chłopaka z Brazylii i eleganckie dziewczę z listy gości, naszych towarzyszy w znoju poszukiwań.
Astra okazała się być małym, starannie ukrytym klubem urządzonym w starej hali magazynu, jednej z mniejszych, schowanej w cieniu większych magazynów, fabryk czy coś. Za murem. Niewidoczna od ulicy, zamaskowana w gąszczu sprejowych dzieł i koncertowych plakatów.
Chwała niech będzie panu w kasie i chwała temu, z kim rozmawiał przez telefon. Chwała, że dał mi się zrehabilitować po napadzie paniki odnośnie zaczepiania przechodniów i pytania o drogę (w efekcie paniki byłam skłonna usiąść tam gdzie stoję, z całym dobytkiem, i tak już pozostać, bye nie musieć nikogo pytać). Chwała, że dał się namówić i sprzedał nam bilety. Kit z tym, że o 40 zł drożej. Grunt, że się udało! :)
Zespół kazał na siebie czekać do 22:00, do 23:20 już było po wszystkim. Niemiecka publiczność z jednej strony głośna, gorąca, entuzjastyczna, z drugiej strony lekko niesubordynowana, no bo kto to widział żeby artysta musiał czekać z kolejną piosenką na koniec aplauzu? No i mogli tak nie wrzeszczeć bezustannie, zagłuszali czasem. Ale czyiś pomysł na baloniki do odbijania przez tłum, konfetti i bańki mydlane wyrównał rachunki.
Chociaż pan Zach nie lubi Berlina. „Ich bin nicht ein Berliner”, rzekł, a później dodał, że ma gorączkę. Nastrój wybitnie nie sceniczny, to chyba było widać (jeśli się cokolwiek widziało, ja jestem jednak dosyć niską słowianką). Ale jak na taki, koncert zagrany właściwie. Więcej niż poprawnie. Z ładnym, długim bisem.
Mam nadzieję, że gorączka przeszła.
I tu wyjaśnia się, dlaczego bilety należy kupować wcześniej. Na przykład dlatego, że może się potem okazać, iż – mimo najszczerszych chęci i wielkiego wysiłku, z jakim doczekało się właściwej godziny – nie jest się w stanie wrócić do domu ekspresem o 4:47, bo nie ma się pieniędzy na kupno biletu u obsługi, a w pociągu obowiązuje rezerwacja, tak poza tym. Bo się nie przewidziało, że nie istnieją okienka z paniami gotowymi pomóc turystom w potrzebie.
W podobnych wypadkach należy się przygotować na przetrwanie nocy na jednej z bardzo nielicznych ławek dworcowych w towarzystwie pana niemieckiego bezdomnego. Niemieccy bezdomni wprawdzie mają nowe, czyste ubrania, buty i torby podróżne zamiast reklamówek, ale śmierdzą i ślinią się przez sen tak jak w każdym innym miejscu. Toteż przyjemność była średnia. Zwłaszcza, że miewają pobratymców pijących piwo, których po głośnych pertraktacjach zgarnia Polizei. A dodatkowo na budowanym w marmurze, szkle i stali Ostbanhofie szalały przeciągi. Oj, nie dali mi się wyspać niemcy, nie dali.
Za to świt, świt i wschód słońca… Priceless.
I bezbrzeżna ulga, kiedy udało się wsiąść w pociąg do Kostrzyna za jedyne, małe, niewinne 5 ojro. Kiedy się wyciągnęło nogi na siedzeniu i mogło się spokojnie, bezstresowo spać aż do stacji końcowej.

W tym miejscu wyrazy najwyższego uznania i wdzięczności kieruję w stronę Pana Michała, mojego Ukochanego. Za umiejętną opiekę nade mną w każdych okolicznościach, wyrozumiałość i cierpliwość, perfekcyjną organizację całego przedsięwzięcia oraz po prostu za Bycie Tam Ze Mną. Dziękuję :*

Pozostałych Państwa przepraszam za przydługi i niejasny monolog. Oraz pozdrawiam, już z domu, z Oln-ka.

Olsztynek – Olsztyn – Gdańsk – Choszczno – Barlinek – Gorzów Wlkp. – Kostrzyn – Berlin – Kostrzyn – Gorzów – Barlinek – Choszczno – Toruń – Olsztyn – Olsztynek.
698 + 658 = *1356 km*
(i przejechałabym to, i spędziła noc na dworcu i w ogóle, jeszcze raz, żeby usłyszeć „Mount Wroclai” i „Nantes” na żywo, razem z Michałem. Naprawdę.)

PS. Parę obrazków na dowód prawdziwosci mych słów – TU.

trochę bałagan

Przyjechała, rozpakowała się, załatwiła parę spraw, spotkała parę osób, już znowu sprawdza pociągi na jutro.
Stanowczo lepiej jest trwać w ruchu. Spoczynek przypomina o traceniu czasu, w ruchu czas płynie niezauważalnie, choć niestety szybciej. Spoczynek ciągnie za sobą rytm codzinnych zwyczajnych obowiązków i zdarzeń. Ruch to róznorodność, nowość i odmienność.
A tak naprawdę to wszędzie, byle nie tu. Siedzę tu od 4 dni, a nadal nie umiem zmusić mojej głowy do powrotu.

I myślę sobie, że ze wszystkich ludzkich zawirowań i problemów „najlepiej” jest obserwować zwyczajne psychosomatyzmy. Reakcje ciała nie kłamią. Nie ukryjesz ich pod uśmiechem, kiedy uznasz za stosowne udawać, że nic się nie stało. Jasne i zrozumiałe, choć dotkliwe. Bo w gąszczu słów i odgrywanych scen zaczynam się gubić.

Ponadto zabawne są powroty do skrzynki mailowej zapchanej li i jedynie spamem. I nawet nie to, że wszyscy wyjechali. Chyba wyrosłam. Nie potrzebuję internetu, internet nie potrzebuje mnie. Prognozę pogody mogę sprawdzić w telewizji.