notka może mądrzejsza, nie wiem

(uwaga, to nie jest recenzja, tylko moje osobiste wrażenia i refleksje)

„Galerianki” Katarzyna Rosłaniec, 2009

+ Polityka nr 39 (26 września 2009)

Ja nie nakręciłabym takiego filmu, przypuszczam że parę bliskich mi osób też nie, przynajmniej nie na tym etapie życia. Bo jest mi jeszcze nadal za blisko do gimnazjalnego czasu burzy i naporu, żeby próbować opowiedzieć o tym komukolwiek. Ba, nawet napisanie pracy zaliczeniowej o adolescencji, mającej opierać się na własnych doświadczeniach, mnie przerosło. [nie wiem, ten drugi przecinek chyba bez sensu, a może?] Upewniła mnie w tym własna reakcja na jedną z początkowych scen filmu: kiedy surowa nauczycielka wybiera sobie wzrokiem ofiarę do wyrwania z odpowiedzi, a kamera przesuwa się po twarzach uczniów – wiekszość wylękniona, zgarbiona, pochylona tuż nad ławką, jedno zbiorowe „mnie tu nie ma”. A ja się skuliłam na fotelu i schowałam za ramieniem Michała. Musiał mi przypomnieć, że pani mnie dzisiaj na pewno nie zapyta.
To po prostu za blisko, żeby znaleźć dystans potrzebny do obserwacji. Trochę po cichu liczę, że mnie tego na studiach nauczą.

Oglądając starałam się przede wszystkim rozumieć, nie oceniać. Bardzo szybko odkryłam, że ludzie mogą w oparciu o kampanię reklamową spodziewać się czegoś zupełnie innego, czegoś w guście komedii ośmieszającej landrynkowe panny w białych kozaczkach. że temu służy język, po to są kostiumy – żeby się z nich ponabijać (swoją drogą, jako rzecze recenzja z Polityki – język kusi i z początku lekko zbija z tropu, rzeczywiście kojarząc się z Masłowską). To ta część publiczności kinowej, która co kwestię wybucha śmiechem i informuje resztę widowni, co sądzi o tej grubej raszpli, że by jej nie tknęli nawet za dopłatą itp. (tylko trochę innymi słowami).
Ale to nie jest komedia o kozaczkach, to nawet nie jest film o szokująco płytkim podejściu do relacji i seksualności ani o prostytucji nieletnich (chociaż w tę stronę nieodmiennie ciągną wypowiadający się socjologowie),  chociaż jak najbardziej słusznie nagłośni temat.

Dla mnie to przede wszystkim film o zagubieniu.
Może to już zboczenie zawodowe, nie wiem, ale oglądając taki film po prostu muszę ciągle pytać o motyw. Dlaczego Milena jest tak bezwzględna? Dlaczego Ala jej ulega, dlaczego staje się cyniczna, dlaczego dokonuje właśnie takich wyborów? Czego brak?
Myślę, że znam parę odpowiedzi. Wiem na pewno, że każda z dziewczyn w filmie jest ofiarą. W tym punkcie przyznaję rację pani socjolog z Polityki: to nie one są złe, „to ze światem dorosłych coś złego się porobiło”. One płacą za to cenę, szukając na oślep lepszego życia. Milena desperacko potrzebuje mieć kogoś tylko dla siebie po tym, jak ją opuszczono. Robi wszystko, żeby uniknąć odrzucenia, walczy o Alę jednocześnie krywdząc ją. I tak dalej.
Niepokoi mnie tylko ostatnia scena, kiedy Milena dostaje łomot, po czym Ala zmywa makijaż (wodą, znowu motyw oczyszczenia), a więc odcina się od galeriowego stylu życia. Tylko, że jej twarz nadal jest brudna, ze smugami rozmazanej szminki i rozmytego tuszu. To nie jest restart, nie da się powrócić do punktu wyjścia, odzyskać niewinności, choć dziecięca buzia daje się dojrzeć pod burymi zaciekami. Cały ten brud, wszystkie traumy pozostaną na zawsze. Tyle, że Milena nie jest jedyną winną, a taką chyba chce ją widzieć zdradzona Alicja.
Dlatego to, co podniosło mi ciśnienie skuteczniej niż poranna kawa to wyczytany w wywiadzie zarzut, czy może po prostu stwierdzenie, że te dziewczęta są puste, że nie przeżywają prawdziwych emocji, zwłaszcza w relacjach z mężczyznami. Ten film kipi od emocji. Dla galerianki mężczyzna to źródło luksusu, strona w wymianie dóbr i usług – owszem, rzeczywiście nie tak jak by tego oczekiwali dorośli, dobrze wychowani i ułożeni ludzie. Mężczyzna jest rządzony niskimi popędami, wystarczy odpowiednio go zmanipulować, zakręcić gadką, złapać tu i ówdzie i już jest twój – to budzi pogardę. Ma pieniądze, więc w jakiś sposób ma władzę, a to wywołuje gniew, który uchodzi po transakcji, kiedy już nie rzeba być miłym. Cała transakcja napędzana jest emocjami, nie byłoby jej gdyby nie samotność („zamieszkajmy razem i uniezależnijmy się od facetów, tylko ty i ja, przecież możemy, nie?”, „a ty byś ze mną umarła?”) zagłuszana posiadaniem i bywaniem. Pragnienie, żeby coś znaczyć, żyć lepiej, ciekawiej, „na poziomie”, mieć moc (nieważne, że złudną) decydowania o swoim życiu i panowania nad sytuacją.
Tyle o tej złej i zepsutej, która pociąga za sobą tę dobrą i czystą.
Odnośnie wątku filmowego Michała: pierwsze wrażenie było takie, że to przegięcie, że za mocne, że przesadne. A potem sobie przypomniałam, o czym mnie w szkole uczyli i racja: wg statystyk to bardzo prawdopodobne. Chociaż wolałabym, żeby mu się nie udało, żeby wszystko można było odkręcić, załagodzić, i żyli długo i szczęśliwie.

To jest tylko część rozkminek pofilmowych z mojego monologu do Pana Michała w drodze powrotnej. Obejrzyjcie film i czyńcie własne, może w odniesieniu do moich.

Ja myślę, że ten film to rzecz obowiązkowa. Chciałabym, żeby towarzyszyła jej dyskusja. Nie o tym, że Rosłaniec zbija kasę na cudzym nieszczęściu zamiast działać w organizacjach zapobiegających dziecięcej prostytucji, ani że małoletnie kurwy są głupie i same sobie winne. Chciałabym, żeby ludzie zastanawiali się tak jak ja: dlaczego?
Bo możesz przeczytać piętnaście książek o adolescensji mówiących, jak trudny jest to okres dla młodego człowieka, jak obciążający napięciami i dylematami, ale jeśli sam nie pamiętasz i nie poczujesz silnych emocji kwręcając się w film, to nie wiesz nic.

notka głupsza

może mało kto zauważy, jak potem dodam drugą, mądrzejszą.

bo mi smutno.
bo już myślałam że mam gdzie mieszkać, chociaż drogo i nie wiem skąd wziąć pieniądze na kaucję na piątek. a tu jednak dalej problemy.
bo mi ryba choruje i rozpaczliwie się staram ją uratować, co pochłania pewne kwoty.
bo te kwoty wolałabym wydać na obuwie, dwie pary potrzebne mi na jesień, oczywiście jeśli nie na część kaucji.
bo tak się cieszyłam że mieszkanie w świetnym punkcie, że 20 minut spacerkiem na wydział i wszyscy mi będą zazdrościć jak będą szli na tramwaj a ja będę miała za przystankiem klatkę schodową. a oni mi mówią że znowu mamy zajęcia w instytucie, a w WNSie tylko dwa wykłady na które i tak nikt nie chodzi.
bo miało być tak świetlanie a znów kończę bez kasy, co gorsza należy się przyzwyczajać.
bo wichry i słoty.
bo ja nie chcę do gdańska wracać.
bo ludzie nie rozumieją, że „Galerianki” to dobry, ważny i potrzebny film, tylko trzeba go odpowiednio czytać. o czym obszerniej za chwilę.
i bo poprzednia notka nie miała w zamyśle wyrażenia mojego zadzierania nosa ponad tłuszczę ani drwin z miałkości tego czy owego i jakie to niskie i słabe, tylko było mi smutno, znowu, bo sobie pomyślałam że o tym co wydaje mi się ważne i znaczące nikomu się nie chce pamiętać. (nie: jaka jestem zajebista, że pamiętam, tylko właśnie: smutno. boję.)

bo Pan Michał sobie pojechał :,(

znowu będę grzmieć?

Zastanawiam się, od czego zacząć, chyba trzeba tak: Nie jestem dzieckiem popkultury. Nie interesują mnie komercyjne masowe produkcje, komedie romantyczne, kasowe hity – nie z zasady, bo to dobrze, ambitnie brzmi. Nie znajduję w nich nic dla siebie, a często nawet nie rozumiem kodu kulturowego, nawiązań, mrugnięć do widza. Jestem z tych, którzy nawet w działalności portalu pudelek.pl widzą głębszy sens (naprawdę!).
Zawsze słyszałam, że za dużo myślę. Że utrudniam sobie życie, wymyślam problemy, rozważam kwestie zupełnie nieistotne, o ile lżej i łatwiej byłoby mi i innym żyć gdybym sobie pewnymi rzeczami po prostu nie zawracała głowy. Przyznaję, pewnie połowa tego co zaprząta mi myśli nie jest godna uwagi. Ale ja potrzebuję. Zapcham sobie myśli czymś innym, bo zapchać muszę. Albo brutalniej: znajdę sobie problem gdzieś indziej.
Tylko, że ja wierzę, że to ma sens, ma znaczenie, że się rozwijam, kiedy wyrabiam sobie zdanie na każdy możliwy temat, analizuję każą sytuację czasem też z perspektywy czasu.
Dlatego tak strasznie nie lubię ludzi podchodzących do rzeczywistości konsumpcyjnie, a do tego co konsumują – bezkrytycznie. Nie jest wielkim osiągnięciem wyłączenie mózgu na 2 godziny z równoległym zapychaniem sobie żołądka popcornem. Przecież zawsze można mierzyć wyżej. Ja wierzę, że jest po co.
Starałam się nie czytać lektur szkolnych na odpierdol, a raczej ze zrozumieniem. Nawet w mojej „elitarnej klasie elitarnej szkoły kształcącej śmietankę humanistów” niewiele osób traktowało to podobnie. W domu nauczono mnie szacunku do książki, a potem właściwe osoby potrafiły to zamienić w głód rozwoju, w poszukiwanie wartościowych rzeczy.
Ciągle mam miażdżące poczucie braku czasu. Tyle książek nie przeczytanych, filmów nie obejrzanych, na tyle przedmiotów chciałabym się jeszcze zapisać na tych swoich studiach, a najlepiej też na pływanie (bo i ciało się dopomina, nie ma to jak dążenie do geckiej równowagi), rosyjski, do DKFu, dwóch kół naukowych, na wolontariat i na zaoczną polonistykę.
Tyle miejsc w Polsce, których nie widziałam, a chciałabym zobaczyć. O świecie wolę nawet nie myśleć. A w nich tyle muzeów pełnych rzeczy, do docenienia których potrzebuję elementarnej wiedzy o kulturze, która to wiedza – w małym stopniu używana – powoli się ulatnia. Proste informacje, wskazówki pozwalające znaleźć kontekst dzieła, rozpoznać znaczące motywy – i kto mówi, że to wiedza przydatna (albo i nie) wyłącznie na maturze?
Głód, ciągły niedosyt,
po co sięgać za ocean, po co fascynować się sztuczną amerykańską nadętą mitologią narodową, skoro wszystko zaczęło się i kwitnie tu, na wyciągnięcie ręki, o jedną wakacyjną wyprawę autostopem stąd? Skoro i tak wszyscy jesteśmy dziećmi kultury śródziemnomorskiej?
(Swoją drogą dziękuję losowi że jestem Europejką, nawet z tym przeklętym bagażem zagłady i wojen, nawet z piętnem katolicyzmu, że nie muszę brodzić po kolana w amerykańskich absurdach, zastanawiać się jak uchronię dzieci przed wpływem Hannah Montana ani być dumna ze zdobyczy cywilizacyjnych i demokracji, udając że Indianie nigdy nie istnieli, itp – a przede wszystkim, że mając lat 21 jestem zdolna samodzielnie dojść do takich wniosków.)

Jak to wszystko krótko podsumować?
W moim podręczniku do Języka Polskiego z gimnazjum, na stronach 6-7 części drugiej znajduje się reprodukcja obrazu Paula Gauguin „Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?” Trzy pytania, które utkwiły we mnie głęboko i na które pragnę znaleźć odpowiedzi, szukając ich wciąż i wciąż na nowo. Nie wyobrażam sobie, też dzięki temu podręcznikowi, szukania odpowiedzi bez określania się poprzez dorobek kultury, w której się wychowałam.

Wiem, że wywód pretensjonalny i przydługi. Powiedzcie mi po prostu, że ludzi ceniących podobne wartości jest więcej.

historyjka z pociągu

therapist, the rapist
to, kim zostanę zależy od tego, gdzie umieszczę spację.

Ponadto.
Jechałam sobie pociągiem. Wsiadłam i wybrałam sobie przedział z dwojgiem państwa w średnim wieku. Pani spała, za to pan niemal od drzwi zaczął ze mną rozmowę.
Teraz myślę sobie, że trafiłam na domorosłego Sokratesa. Pan rozmawiał z pozycji osoby życzliwie zainteresowanej, zadając mi rozmaite pytania zawierające jego poglądy na szereg spraw, a równocześnie testował moje.
Sprawdzał, czy nie sądzę, że bardziej przyszłościowym kierunkiem w naszym kraju byłaby raczej resocjalizacja niż psychologia (- chcę pracować z dziećmi tak, żeby resocjalizacja nie była im potrzebna);
czy nie jest tak, że gdy kogoś utrzymują rodzice to może sobie pozwolić na przedłużenie młodości na studiach zamiast szkoły zawodowej (- rodzice płacą za akademik, do utrzymania staram się dorabiać, bo niedawno urodził mi się brat);
czy nie mam problemów z zaakceptowaniem młodszego brata (- nie, opiekuję się nim i pomagam w domu kiedy tylko mogę);
czy jako psycholog nie zdaję sobie szczególnie sprawy z tego, że jestem winna taką pomoc rodzicom w zamian za utrzymanie – miał chyba na myśli, czy nie uważam że robię światu wielką łaskę (- nie, nie uważam, tak, zdaję sobie sprawę, nie, nie nienawidzę swojego brata ani rodziców)
i te de.
Nasuwają się pytania: Aniu, czemu ten pan cię obrażał? Czemu tyle mu o sobie opowiedziałaś? Mimo to uważam historyjkę za wesołą, bo płynie z niej optymistyczny morał.
Mimo sokratejskiej metody panu współpasażerowi-interlokutorowi nie udało się wykazać żadnego poważniejszego błędu w moim rozumowaniu. Być może jestem jednak zbyt durna, żeby takowy dostrzec – tym lepiej dla mnie. Być może on jest niewprawnym domorosłym filozofem. A być może, że po prostu takowego błędu nie ma.
I tego się będę trzymać. :)

songs of hate

Nie do końca zabliźnione, rozliczone i zapomniane sprawy. Takie, o których na co dzień starasz się nie myśleć, bo minęło dużo czasu i nie warto wracać, bo i tak nie ma już na nic wpływu, nic nie da się zmienić i nie bardzo nawet wiadomo, po co. Tylko, że żalu się łatwo nie zapomina.
Nawet jeśli schowasz to, zakopiesz głęboko, to jakieś małe skrawki wystają, łatwo o nie niechcący zahaczyć na co dzień, w zupełnie niespodziewanych sytuacjach.
Na przykład słuchając piosenki.
Otwiera się ta klapka w mózgu, o której marzysz żeby była bardzo zakurzona i nieużywana, wypełzają emocje, neuronki się sklejają tworząc nową sieć skojarzeniową. Przesądzone, teraz ta piosenka jest już o TYM.
Na wieki wieków. Amen.
Dla przykładu dwie oznaczone w moim mózgu tym samym tagiem, jadące na tym samym lub podobnym ładunku emocjonalnym, a w treści częściowo sprzeczne, zresztą gatunkowo takoż. Uzupełniają się idealnie, wpasowując w sytuację w mojej głowie. Ściera się odrzucenie z pragnieniem wyjaśnienia. Zrozumieć albo nie, chcieć usłyszeć wyjaśnienie po to tylko, żeby je z wyższością zignorować i wygrać próbę sił.

Perfect Enemy vs. I want to hear what you’ve got to say

biblijnie (not!)

Przez siedem dni pracowała, starając się z lepszym lub gorszym skutkiem wypełniać prośby i służyć pomocą. Dnia siódmego obudziła się z płaczem, dnia ósmego spakowała plecak, rzekła: pocałujcie się w nos i poszła sobie.
Póki co tylko w swojej głowie, ale niewiele brakuje.
Przygarnij Kropka…?

Edit: słowo ciałem się stało, pakuję plecak. Chwała (bądź chałwa, do wyboru) niech będzie Panu Michałowi! :) I chwała okolicznościom, że zbiegły się pomyślnie.
Do widzenia, do środy wieczorem :D juhuuu!

czy ktoś ze mne zakpił?

Śniło mi się dziś, że wprowadzono stan wyjątkowy. Ponadto odnaleziono na wpół spalone zwłoki mężczyzny przyodziane w świeży, czysty garnitur, z charakterystycznym krawatem w biało-czerwone pasy i teczką pod pachą, pozbawione jednak głowy. Głowę, też sfajczoną, ale z idealnie zachowanym uzębieniem umożliwiającym identyfikację zwłok, leżącą sobie koło klozetu w jednej z kabin w szkolnej ubikacji, odnalazłam ja. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że należy do Andrzeja Leppera i że muszę dostarczyć ją władzom, żeby rozpoznały zwłoki. Próbowałam dotrzeć z głową do szpitala, ale z powodu stanu wyjątkowego wszystkie wejścia były obstawione ochroną i nie wpuszczono mnie. Chciałam iść na policję, przecież musiałam dotarczyć brakujący element.
Za ścianą zadzwonił budzik.
Mama mówi, że głupio robiłam, przecież pierwsze podejrzenie padłoby na mnie. Nie rozumiem, więc wyjaśnia: morderca dostarcza brakującą część zwłok, niby to podrzuconą, żeby odwrócić od siebie uwagę. Bardzo sprytne.
O tym może też kiedyś wymyślę scenariusz filmowy. Jeśli mi się przedtem nie przyśni ciąg dalszy.

not so far away

Jest takie miejsce, całkiem niedaleko stąd. Tam czas płynie zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej, swoim własnym, niespiesznym rytmem. Są lasy, w których nadal panuje niepodzielnie głęboka zieleń, jest rzeka i odstraszające niedostępnością jezioro, są polne ścieżki, stare ceglane lub drewniane chatynki i wijąca się droga dojazdowa, która nie prowadzi nigdzie dalej, a ponad wszystko jest wzgórze z niesamowitym widokiem na to wszystko, włącznie z szerokim nieboskłonem. Widokiem z tarasu domu Idki, należałoby dodać.
Na tarasie są leżaki z kocykami. Są też gospodarze, którzy przynoszą herbatę i pyszne kanapki.
I z którymi można porozmawiać. Bardzo długo i całkiem mądrze. Tak, że choć czas płynie wolno i wystarczy go do poruszenia najróżniejszych tematów, formułowania wypowiedzi z namysłem i wtrącania anegdot, to jednak prędzej czy później robi się siedemnasta i trzeba wracać.
Oprócz wyżej wymienionych są też: kominek, pleciony szezląg i fotel ze stolikiem, i dobry obiad. (A latem musi być nie do wytrzymania pięknie, skoro taki zachwyt wzbudził tamtejszy wietrzny, pochmurny i chłodny dzień, pierwszy dzień po wakacjach zmuszający do noszenia płaszczyka).
Zabawne, chyba jeszcze nie minęło na tyle dużo czasu, żeby trzeba było sklejać rozmowę z opowieści o tym, co się wydarzyło od ostatniego spotkania. Nie nastała nowa era, dialogi są jeszcze nadal wartkie. „Kurde, rozmawia mi się z wami tak dobrze jak w liceum” – rzekła Ida. Tyle, że ja już nie kopię i nie gryzę Basi, a ona trochę mniej się ze mną kłóci, ale tylko trochę.
Rzeczywiście trochę jak spacer po szkole, a trochę jak spotkanie rodem z kobiecego kina. Film obyczajowy o trzech kobietach o różnych planach i aspiracjach, w różnych momentach życia, zderzenie postaw, ciepła opowieść itepe, tak pisałby dystrybutor. W środku musiałby wydarzyć się dramat, jakieś perturbacje weryfikujące to i owo, finał byłby pewnie nie do końca dobry, ale jednak z nadzieją na lepiej.
Całkiem dobrze się do tego nadajemy. Tylko wolałabym bez perturbacji jednak.
(I ja naprawdę mogłabym piec pierniczki na święta, jeśli nie zasypie drogi dojazdowej :) )