żadne tam proroctwo, zwykła podświadomość

Przedwczoraj śniło mi się, że mój Brat śpi w sąsiednim pokoju, ubrany w zimowy kombinezon i przykryty kocykami. Płacze, bo jest mu za gorąco i przez sen wygrzebuje się z ubrań. Wtedy okazuje się, że do głowy dziecka (bardziej przypominającej głowę lalki z dziwnym grymasem) przyczepione jest wiotkie, ceniutkie ciałko uplecione z włóczki.

Dzisiaj z kolei w moim śnie helikopter medyczny spadł na boisko szkolne po drugiej stronie ulicy. Pobiegłam tam, okazało się że mama i Młody lecieli nim dokądś, że są między szczątkami helikoptera ale nic im się nie stało, są tylko trochę potłuczeni, a Młody w szoku; mama go osłoniła.

Coś mi mówi, że mam lęki.
Coś mi mówi, że nie powinnam myśleć o macierzyństwie, póki co.

13 w skali boforta

Ja wiedziałam, że jesień nad morzem bywa wietrzna, ale nigdy do końca nie podejrzewałam, co to tak właściwie znaczy. Nie wyobraziłabym sobie tego co aktualnie się dzieje z powietrzem. Nawet, gdyby mi ktoś bardzo przekonująco opowiedział.
Wydarzają się rozmaite kataklizmy: pozrywane kable i trakcje elektryczne, drzewa powyrywane z korzeniami lub pokrajane na pół przez pioruny (i to dwa obok siebie), uszkodzone molo, podmyty klif, podtopione dolne miasto, że o takich drobnostkach jak złowrogo dygocące tablice reklamowe czy powiewające strzępy plandek i bannerów nie wspomnę.
W związku z powyższym postanowiłam nie ruszać się spod kocyka w domu ani dziś, ani jutro (tak długo, jak tylko się da). Zapasy żywieniowe jeszcze mam. Sęk w tym, że moja wieża nie do końca nadaje się na bunkier, z 10 piętra za dużo widać. Na przykład taki most. Most przez Motławę niedaleko wjazdu do miasta od strony Elbląga, odbijający chyba w stronę portu, duży, z czerwonymi przęsłami. Aktualnie przęsła wiszą sobie luźno, a cała główna konstrukcja straszy ostrym odchyleniem od pionu, w kierunku pasującym do kierunku wiatru. Ale nigdzie o tym nie piszą, więc pewności nie mam. Albo błyskawice, też atrakcja: błyski rozświetlające całe niebo (a wiadomo już państwu, że nieba to ja mam za oknem całe mnóstwo)…
Pan Michał namawia mnie radośnie do obejrzenia jakiegoś filmu pasującego tematyką: Armaggedon, Twister czy też coś o Arce Noego. Podsuwa wyobrażenia rozcapierzonych kotów fruwających na wietrze między blokami, albo kwadratowych krów porywanych wichurą z donośnym ‚muuuuuuu…!’. (Nie wiem jak na innych dzielnicach, ale u mnie na boiskach między blokami nie ma krów – tak gwoli ścisłości).
Tylko, że ja się boję i tak. Ja jestem mała, mnie ten wiatr prawie podrywa z chodnika, szarpie się z moją torbą, zrywa kaptur, zapiera dech i wyrywa słuchawki z uszu. Taki wiatr może bez ostrzeżenia zdzielić mnie urwaną gałęzią w potylicę. Albo może nawet kawałkiem rusztowania, kto go wie? Wiatr budzi morze, a z nim wszystkie niszczycielskie siły, o których rozsądny człowiek na co dzień stara się nie pamiętać. Wobec takich sił niewiele znaczy całe miasto, a co dopiero taka pojedyncza ja?
Dudnią mi w głowie wzniosłe zdania o pierwotnym dziedzictwie instynktów zagłuszonym przez stwarzającą pozory wszechbezpieczeństwa cywilizację. Jak to się natura dopomina należnego szacunku i pokory, a tabun jaskiniowców schowanych w moim DNA namawia mnie do ucieczki. Dudnią, ale ja nie rozumiem, wiatr zagłusza.

spałabym spokojniej gdybym z nudów nie czytała prognoz.

Natura srodze doświadcza moje urocze miasto uniwersyteckie.
Mnie mniej. Bo przez większość dnia jednak siedziałam w domku, obserwując szalone anomalie przez okno i robiąc im zdjęcia.
Atrakcje: grad, deszcz, śnieg, śnieg z deszczem, do tego dodajmy szeroki horyzont, na którym wspomniane zjawiska występują naprzemiennie lub nawet równocześnie na sąsiarujących obszarach.
Jedyne, co mnie niepokoi to zapowiadane na noc szalone porywy wiatru huraganowego – do 130 km/h oraz sztorm dwunastka. A konkretniej: boję się oberwać rowerem, który huragan porwie z czyjegoś balkonu i ciśnie w nasze okno. Albo skrzynką na kwiatki.

hm

Niektórzy ludzie potrafią skutecznie wyładowywać negatywne emocje, na przykład tłukąc talerze.
Ja mam w domu dwa pokolenia po kądzieli z zaawansowanymi wrzodami. Oraz dwa komplety zastawy, trzeci w trakcie nabywania.
I zagwozdkę…

Chyba nie powinnam mieć rybek

Jestem ssakiem. Właśnie się o tym przekonałam. Na dodatek nic na to nie mogę poradzić, obawiam się.
A poznałam to po tym, że czekam, aż moja rybka będzie na tyle wyleczona z paskudnej infekcji, że będzie mogła wyjść z akwarium i się do mnie przytulić.
Jakoś nie przekonuje mnie, że najlepszym sposobem na wyleczenie nie jest przytulanie, a w każdym razie nie w wypadku wszystkich stworzeń (a nawet zawęziwszy krąg: nie w wypadku wszystkich stworzeń, o które się troszczę). Nie przekonuje mnie, że najlepszym sposobem w tym wypadku okazały się kropelki od weterynarza, filtr i grzałka oraz zmajstrowana prowizoryczna pokrywa na akwarium.
No bo jak to tak, szkło i plastik, i działa?…

łelkom bek, en

Gdańsk powitał mnie deszczem, który pasował idealnie jako dobitne zwieńczenie tego paskudnego dnia i ilustracja mojego nastroju. Od godziny 16:00 większość rzeczy szła zupełnie nie tak jak powinna, a PKP wycięło mi dwa bardzo brzydkie numery; trzeci wycięłam sobie sama, jadąc na niewłaściwą stację. Torba ciężka, adidasy przeciekają, a przede wszystkim: ja nie chcę wyjeżdżać z domu, nie chcę zmowu tkwić tu sama. Chcę wrócić najszybciej jak można. Szkoda, że już znów na prawach gościa, a nie stałego rezydenta, mimo wszystkich trodności, na które narzekałam rezydując.
Jeśli ja nie mogę opanować łez w miejscu publicznym, to naprawdę musi być krucho. (Ciekawe, że przed obliczem rodzicielki, samej ledwie się jako tako trzymającej – mogłam.)

Ale w końcu dotarłam, zdjęłam mokre skarpetki, wygrzebałam z bagaży herbatę i kubek od Natalii, zaparzyłam. Podłączyłam komputer, zabrałam się za rozstawianie po kątach elementów wystroju, które wszędzie ze mną jeżdżą. Prezenty od bliskich albo rzeczy wywiezione z domu – moja osobista składanka, kawałek przenośnego domu. Nawet kocyk na łóżku. Już jest trochę lepiej.

No a przede wszystkim – trudy i znoje dnia dzisiejszego rekompensuje mi z nawiązką szałowy widok. Dziesiąte piętro ma w tym jednak swój niezaprzeczalny urok. Widać wszystko to, co było dla mnie ważne przez cały zeszły rok: i blok, w którym mieszkałam, i kościół, i widok z tamtego balkonu, i park, tylko tym razem z góry, w tej chwili ciemna plama w morzu światełek blokowiska. Trochę trudno się połapać w stronach świata i częściach miasta przez to, że aktualny dom stoi pod innym kątem, ale to nie szkodzi. Od drugiej strony za dnia widać morze. No i już wiem, gdzie spędzimy sylwestra.

Może jakoś to będzie :)