love & marriage

„Żarty się kończą”
„No, teraz to się robi poważnie”
„Cywilny ślub to jeszcze nic, kościelny dopiero jest na serio”

Wygląda na to, że my i nasi rodzice mamy zupełnie odmienny sposób postrzegania ślubu.
Przecież to zupełnie nie o to chodzi, żeby żarty się skończyły. (Że niby wreszcie poważni obywatele tworzący wspólnie podstawową komórkę społeczną?).
Chodzi dokładnie o to, żeby żarty się wcale nie kończyły, żeby trwały jak najdłużej, w miarę możliwości do końca życia.

Zamierzamy się chichrać w urzędzie bez skrępowania.

1945

Książka leży u mnie już długo, czekając na swoją szansę. Prawie rok, chyba. Dopiero teraz dojrzałam, trochę z pustki w głowie, po której śmigają nieuporządkowane myśli o niezałatwionych codziennych sprawach („Nie masz co robić? Nie wiesz czym się zająć? Pozmywaj! Poprasuj! Kwiatki przesadź! Buty wypastuj!” – i dalej w tym duchu), a trochę z poczucia obowiązku.
Bo recenzje książka pani Grzebałkowskiej miała szałowe. Ja sama, będąc na świeżo po „Beksińskich. Portrecie podwójnym” i widząc billboard reklamujący „1945. Wojna i Pokój” zastanawiałam się, jak to jest w ogóle fizycznie możliwe – napisać rok po roku dwie książki wymagające tak mrówczej pracy, badania archiwów, zbierania wywiadów, jak to jest możliwe, w tak krótkim czasie odbyć dwie tak intensywne podróże w dwa różne światy?
A jednak możliwe.

Dopiero zaczynam. Gdzieś w pierwszych rozdziałach, rozsmakowuję się w historiach, przyglądam postaciom. Żywym – nieżywym. Czytając nie spodziewam się, że część o osadnictwie na Ziemiach Odzyskanych zrobi mi w głowie bałagan i porządek.

Bo okazuje się, proszę państwa, że wiem, skąd się wzięłam. W mojej skromnej osobie spotykają się dwa ruchy migracyjne ludności powojennej.

Jeden stanowi wkład genetyczny Prababci z Pradziadkiem, podróżujących pociągiem z Wileńszczyzny, z Ziem Utraconych, na Ziemie Odzyskane, popruskie, poniemieckie, pod Pasłęk. Czujność mi się włączyła, kiedy rodowe nazwisko Pradziadka zostaje wspomniane przez jednego z mówiących w książce o całkiem nieodległych okolicach: „mieliśmy zająć tamten dom, ale oni go wzięli”. Nie ci sami, ale może rodzina Pradziadka? On wysiadł z żoną z pociągu w tej wsi, może kuzyn w którejś kolejnej? Taka, o, myśl mi świta. Ci konkretni zajęli bliźniak z czerwonej cegły i gospodarstwo razem z murowanymi zabudowaniami. We wsi więcej takich domów zostało. Niektóre więcej niż stuletnie. Siostry mojej Babci, Krystyny, mieszkają tam nadal. Krystyna po liceum pedagogicznym dostała przydział do pracy na Mazurach, urodziła Joannę, a Joanna – mnie.

Drugi ruch migracyjny reprezentuje Zosia. Zosia wojnę przetrwała na Mazowszu u zakonnic, pod czujnym okiem ciotki. Potem skończyła szkołę pedagogiczną. Gdzieś po drodze poznała Zygmunta, wuefistę i działacza, młodego atletę z grzywką spadającą na oczy z ukosa. Jakiś czas pracowała z koleżankami w wiejskiej szkole, ale zaręczyła się i kiedy tylko było to możliwe, wystarała się o skierowanie do pracy do niego, do Zygmunta, na Ziemie Odzyskane, pod Olsztyn (Allenstein jeszcze do niedawna). On tu został dyrektorem, ona uczyła muzyki i kierowała przedszkolem. Mieli trzech synów, środkowy – Marek - to mój tata.

Porządek w bałaganie, bałagan w porządku, wpisanie znanych mi fragmentów losów obu rodzin w szerszy kontekst zjawisk tamtego czasu. Nikt z nas tak do końca nie jest stąd :)
Mam to szczęście, że w przeciwieństwie do pani Magdy w większości mam jeszcze od kogo się dowiedzieć o szczegółach tych historii.

…a jestem dopiero na 94. stronie!

Dzień dobry!

Już jakiś czas temu odkryłam, że wolę stare budownictwo od nowego. Stare przedmioty od nowych. Po co kupować, skoro można odświeżyć, odremontować, odrenowować? Takie na przykład krzesło.
Minus jest taki – odnowione krzesło nadal jest stare. Nie każdy jego mankament da się szpachelką i nowym obiciem naprostować. Zarówno jego wymyślona od początku konstrukcja, jak i rozmaite odgniotki i wypaczenia wynikające z historii mebla są już w nie trwale wpisane. Odnowione krzesło ma duszę, chociaż bywa niewygodne.

No i oto jesteśmy.
To, co tu się kisi we wpisach sprzed lat bywa zabawne, bywa rozczulająco naiwne, bywa lekko irytujące czy pretensjonalne. Czasem nawet i głupawe. Adolescencja i wkraczanie w dorosłość i tak się ze mną dość łaskawie obeszły :) Postanowiłam z jednej strony się jakoś nad tą przeszłą pisaniną nadmiernie nie roztkliwiać, nie odkopywać jakoś szczególnie ani z tym nie dyskutować, ale też nie kasować, niech sobie będzie. Prawda czasu, prawda ekranu. A na tym niech sobie narasta nowe.
Taka kolej rzeczy.

Ja po prostu lepiej funkcjonuję, jak mam miejsce do pisania. Jak mam gdzie wywalać z głowy bałagan (no właśnie, zawsze tak robiłam, czemu tu się później dziwić po latach? :) ). Marcin Szczygieł gdzieś powiedział, że bez pisania nie istnieje – pisze, żeby się dowiedzieć, co myśli.
Ja już siebie stanowczo za rzadko o to pytam.