nasze nogi są jak z gumy

Jakże pięknie się upiliśmy.

* * *
Siedzimy na działce, podlewasz drzewka owocowe i sałatę chociaż znad jeziora idzie na burzę. Siedzimy na drewnianych skrzynkach, pijemy pierwsze piwo, staram się być spokojna. Głupio jest mówić z takiej perspektywy czasowej. Głupio jest próbować opowiedzieć sobie w kilku zdaniach ostatnie 5 lat i to, jakim człowiekiem się w tym czasie stało.
Jesteśmy poddenerwowani. Ja odsłoniłam karty już wcześniej, pisałam że to spotkanie jest dla mnie ważne, że niedomknięte sprawy ciągną mnie w dół, że nie umiem inaczej, niż pamiętać. Ty się temu tylko dziwiłeś. Że jak to, tyle czasu, dawno temu, świat poszedł do przodu, o złych rzeczach się zapomina.
A jednak siedzimy tu oboje. I Ty masz przygotowaną małą przemowę o swoich trójmiejsko – irlandzkich losach, nie ja. Chociaż podniesionymi głosami mówimy oboje. I to ja siedzę zwinięta w precelek, bo jednak z nerwów lekko trzęsą mi się nogi, no ale przecież nie dam po sobie poznać. Ja się zderzam na bieżąco z tym, że trudno mi ująć w paru historyjkach, jak wiele się nauczyłam o sobie, ludziach, o swojej pracy. Że urosłam jednak przez te lata, chociaż nie wiem, czy da się to poznać po mojej twarzy. Bardzo bym chciała żebyś uznał, że jestem dorosła.
Ty też po prostu mówisz, nic innego nam nie zostaje. Że spokój. Że zawirowania już za sobą. Że czasem trzeba objechać ileś miejsc i zrobić ileś głupot, żeby znaleźć swoją rolę i swoje miejsce. Czasem się okazuje, że one są tam, skąd się na początku uciekło.

* * *

Stoimy pod drzewem i to też jest metafora.
Zaczęło kropić, błyska się, trzeba było ruszyć w stronę najbliższego dachu, czyli budy nad jeziorem, która ma szansę nie przeciekać. Po drodze rozpadało się na dobre i teraz stoimy tu, drzewo coraz bardziej mokre, przepuszcza coraz większe krople, trzeba decydować. Wracamy i kończymy rozmowę w jakimś bezpiecznym, ciepłym miejscu (kończymy – ma w tym kontekście dwa znaczenia) czy lecimy nad wodę jak dwa głupki, udając że na pewno zaraz przejdzie i nie martwiąc się na zapas? W prawo czy w lewo? Do domu, w to co ciepłe, znane, odpowiedzialne i dorosłe? Nad wodę, trochę po staremu gówniarsko, trochę tak jak zwykliśmy robić kiedyś, tylko że teraz? Trzeba wybrać i ja wybieram.
Biegnę w deszcz w stronę jeziora. Podskakuję i wrzeszczę, i śmieję się. Pod dach dobiegam mocno mokra. Piwo w torebce bulgocze, schowana bluzka i tak przemokła, nie ma sensu jej wciągać na mokry grzbiet. Siadamy na progu, deszcz kapie z dachu, wyciągam dłoń, bawię się kroplami, patrzę jak spływają mi po czerwonych paznokciach. Świat znika w szumie.

* * *

Teraz już można mówić wszystko bez strachu. Można wracać do dziwnych historii, dziwnych ludzi. Tyle ich było. Co się z nimi dalej stało? Ile z tego zostało do teraz? Jakie to ostatecznie wszystko miało znaczenie, kiedy patrzy się z perspektywy lat?
Ja mam masę tęsknoty w sobie. Też sporo żalu. Trochę nostalgii. To wszystko uwięzione we wspomnieniach o czasach, kiedy żyłam krótko i bardzo nieszczęśliwie. Próbowałam ostatnio zaleczyć to, podsumować i zamknąć. Z większością spraw mi się udało, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę duchy ludzi straszące w mojej głowie. Ludzi, których znałam, z którymi przez chwilę bardzo wiele mnie łączyło, a którzy odeszli i już ich nie ma, nawet jeśli gdzieś sobie dalej żyją. Te widma dość łatwo było przebłagać, rozliczyć się z nimi, zadośćuczynić i pożegnać. Z tymi, które nie do końca pozwoliły się przegonić teraz mogę zawalczyć, przecież także po to tu przyszłam. Teraz myślę o innych mając do pomocy Ciebie, Twoją pamięć i wiedzę. Potwierdzam sobie, że ktoś odszedł naprawdę, że trzeba to uznać, bo jego już nie ma i nic tego nie zmieni.
Ale Ty tu jesteś.

* * *

To jest coś, czego się piekielnie wstydziłam, kiedy się do Ciebie po tych latach odezwałam. Że ja dalej mam w głowie zarośnięty chaszczami wspomnień ogródek i że go starannie podlewam, zamiast wszystko wyciąć, zostawiając ewentualnie kilka najładniejszych kwiatków. Jest dżungla, bo wszystko wydaje mi się ważne. To nieistotne – gładkie czy kłujące, ładne czy brzydkie. Ty, zdawało mi się, masz u siebie wypielone rabatki. Chwasty nie są potrzebne. I jak tu pogodzić dwie wizje ogrodnictwa?

A teraz Ty, siedząc na progu pod dachem budy nad jeziorem, o czym nie sądziłam że jeszcze kiedykolwiek się wydarzy, zupełnie tak jak kiedyś, tak, jak to te moje chaszcze w głowie doskonale pamiętają, mówisz mi o mnie moimi słowami. „Anno, powiedziałaś mi kiedyś o sobie taką metaforę, że jesteś jak kurczak w jajku, schowana pod skorupką”, rzeczywiście, tak mówiłam. I jeszcze, że ten kurczak strasznie się boi ludzi, skorupka go chroni, ale jak już kogoś przez mały otworek wpuści do środka, to nie umie tak łatwo wypuścić, bo dopuszcza innych głębiej, niż zwykle ludzie robią. Dla ludzi to jest normalne, spotkać się, potem pożegnać i rozejść, dla kurczaka nie.
To jest prawda i to jest w moich oczach moja słabość, która mi każe czasem walczyć o sprawy dawno stracone. Która mnie zawiodła pod ten kapiący dach, na przykład. A Ty mówisz: „…i to jest część ciebie, Anno, to jest część tego jaką jesteś osobą. Tak po prostu masz”.
I przestaję się wstydzić i bać. Podmieniłeś bezsilną złość na akceptację. Ulewa podlewa mój zachwaszczony ogródek, zmywa trochę niepotrzebnych rzeczy, ale te największe, najbardziej potrzebne obmywa i poi. Już jest dobrze.

* * *

Na samym szczycie górki wbiegam w kałużę. Śmieję się, skaczę, woda chlapie na boki, wlewa mi się do trampków, nasącza nogawki, które robią się sztywne i ciężkie. Wolno mi. Jestem sobą i jestem tu, taka, reszta nie jest istotna.

* * *

A potem jeszcze jedno piwo w parku, na koniec. Słowa i myśli płyną sobie nieskrępowane, już nie muszę niczego się bać. Wiem też, że już nie zranię, że nie mam już więcej takiej mocy. Pamiętam, że Cię to ujęło, że to jednak rzeczywiście wszystko naprawdę jest dla mnie ważne – jakbyś nie wierzył, nie dawał sobie prawa do posiadania znaczenia w życiu innych ludzi. Może tak było łatwiej, ale już więcej nie trzeba. „Anno, jeśli schowaliśmy się tu przed deszczem, to wybraliśmy najbardziej odsłonięty kawałek parku”, rzeczywiście, stoimy na polance, nad nami kapiące niebo. Słowa i myśli zlewają się w jedno, śmiejemy się, gadamy głupoty, teraz już naprawdę wszystko wolno.
Dzwoni telefon. Trzeba wracać. Nie, nie wychodź z parasolem. Tak mamo, jest piękny zachód słońca, nie, chyba nie przyjadę jutro wodować łódki, muszę iść do pracy.
Cześć!

* * *

W domu czeka Michał ze szlafrokiem i herbatą, stęskniony pies, brat i Taniec z Gwiazdami. Świat się poukładał, wszystkie kawałki z cichym ‚klik!’ wskoczyły na swoje miejsce. Dwa dni potem ląduję na zwolnieniu z bolącym gardłem, ale lżejsza o sto kilo kamieni z serca i wiem dobrze, że było warto, żeby teraz mogło być wreszcie normalnie.

Pewnie dałoby się z tego zrobić lepszą literaturę, kondensując myśli i wyrzucając oczywistości i banały. Ale ja dalej jestem na zwolnieniu ;) a z każdym dniem wrażenie tamtego wieczoru się zaciera. Nie można było dłużej czekać, aż rozum wyzdrowieje i nada wspomnieniu dobrą formę – trzeba było łapać, jak się da to, co jeszcze jest. Amen!