z rozmyślań przy śniadaniu

Na zewnątrz wszyscy wyglądamy obiecująco.
Warunki nie są łatwe, ale dajemy radę, każde na swój sposób: ogarniamy kwestie pracy, mieszkań, ubezpieczeń, weterynarza dla kota. Odpowiedzialni, aspirujący, kreatywni, z pasją. Obiecujący młodzi dorośli.

Jestem bardzo ciekawa, ilu z nas wie na pewno, że to tylko fasada, ilu się domyśla lub przeczuwa, a ilu na tej fasadzie poprzestaje.
Chociaż WRÓĆ dobrze jest wierzyć, że są wśród nas ludzie poukładani, pogodzeni, pogodni. Normalni.
Ja przypuszczam, że bardziej bywają w sumie, niż są. Reszta ma po prostu modną fryzurę, a pod nią kipiącą banię. Tylko nikt się nie przyznaje. Przed innymi. Przed sobą.

Ja się przyznałam i teraz mi głupio, bo ludzie są zbyt zajęci, żeby gadać o kryzysach egzystencjalnych i innych pierdołach. Remont, kredyt, rozwód, praca. Czuję się śmieszna i anachroniczna. A z drugiej strony ej! Wiem że tam jesteście! To nie jest możliwe, żeby to był tylko mój problem. To się nawet w statystyce nie mieści.

Ja wiem, że to groźne.

Jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie.

Coś się może zatruć, zarazić, rozpaść. Nie szkodzi! Trochę odwagi, na boga.

Książka sprzedana, mogę napisać co myślę.

Wkurzyłam się.
To samo w sobie jest już dość niebywałe.
Tym bardziej, że wkurzyłam się – na książkę.

Książkę poleciły mi osoby, z których zdaniem mocno się liczę, jako przejmującą i ciekawą. „Bestia. Studium zła” M. Omilianowicz. Pani autorka, dziennikarka, reporterka i podróżniczka, była pierwszą tego typu osobą, której pozwolono rozmawiać z legendarnym zbrodniarzem nazywanym przez prasę Wampirem z Bytowa, najsłynniejszym polskim seryjnym mordercą. Ja jestem młoda. Kiedy media tym żyły, chodziłam do podstawówki. Nie pamiętam jak to było, kiedy Polska drżała przed nieuchwytnym mordercą i gwałcicielem. Taka rekomendacja chyba mocno napompowała mi oczekiwania.

Dlatego najbardziej podoba mi się pierwsza część książki, ta najmocniej reportażowa, z której wyłania się obraz bohatera z całym tłem, które go ukształtowało. Trochę genów, bardzo dużo nie-wychowania, przemocy, odrzucenia, upokorzenia, braku. Historia cierpienia i radzenia sobie z nim kosztem innych ludzi.

Leszek został ukarany za jedno zabójstwo i jeden gwałt, który zabójstwem mógł zostać, ale ofiara przeżyła. Co do reszty – naliczono ponad 60 takich spraw, o których opowiedział w dokładnych szczegółach, które mógłby znać tylko sprawca, ale potem się z zeznań wycofał. Twierdzi, że został zmanipulowany przez policję. Niewyjaśnione sprawy z całej Polski wskazywał śledczym nieraz po wielu latach, więc materiały dowodowe dawno już nie istniały i trudno było potwierdzać nimi to, co mówił. Oprócz tej jednej, ostatniej.
Osoby, które miały z nim do czynienia są niemal pewne, że zabił więcej osób, ale ile dokładnie – tego nie wiadomo. Tak jak nie wiadomo, ile spraw policja „podpięła” pod Leszka jako prawdopodobnego sprawcę. Te niewiadome rozpalają wyobraźnię i pozwalają mediom rozdmuchiwać temat.
Śledczy nie wiedzą, Leszek być może wie, pani Omilianowicz wie na pewno. Pękalski seryjnie mordował i gwałcił. A skoro jest przekonana, że wie, to pozwala sobie puścić wodze fantazji i napisać środkową, najobszerniejszą część książki: rozdział po rozdziale poznajemy historie prowadzące do zbrodni. Autorka przeplata fragmenty pisane z perspektywy Leszka – co zawiodło go w dane miejsce, jak narastała w nim żądza, co myślał kiedy mordował i co robił potem, z fragmentami opisującymi dążenia, myśli i poczynania ofiary prowadzące oboje do spotkania i tragedii.

Może jestem mało domyślna, ale nie od razu wpadłam na to, ile z treści autorka wzięła z rozmów z Pękalskim, a ile sobie wydedukowała. Forma fabularyzowanego dokumentu mi tego jasno nie rozgraniczyła. Pod koniec książki dopiero dotarło do mnie, że to jest głównie jej spekulacja, pomysł na to, jak wypełnić emocjami rusztowanie ze znanych z akt spraw faktów i bardzo lakonicznych Leszkowych opisów. Tak, żeby poruszało, przemawiało do wyobraźni. Żeby można było niemal poczuć, jak to jest towarzyszyć mordercy albo nawet nim być.
Pierwszy minus: w imię rozwijania „fabuły” i obserwowania, jak stopniowo i subtelnie zmieniał się sposób działania Leszka, towarzyszymy mu w wielu podobnych sytuacjach, ale konstrukcja rozdziałów jest schematyczna i przewidywalna, z identycznym sposobem narracji i budowania napięcia. Po którymś rozdziale wydawało mi się to już nazbyt kiczowate.
Plus formalny: sprawne korzystanie ze specyficznego języka bohatera, jego powiedzonek, odwróconej składni. Oraz plus za ilość pracy włożoną w dotarcie do osób, które były dla niego ważne, miały okazję lepiej go poznać, rzucić światło na jego historię. Na pewno to służy wiarygodności. Przemawia do odbiorcy.

I to jest paradoksalnie mój największy zarzut wobec tej książki i wobec zamysłu autorki.

Zabierając się do lektury dałam się zwieść demonicznej aurze zbudowanej wokół bohatera opowieści. Liczyłam na tytułowe „studium zła”. Dostałam w jednej części opis nieszczęśliwego pokrzywdzonego i – wtórnie wobec tych doświadczeń – groźnego dla innych człowieka, w pozostałych częściach – opis tego, jak wpływa on na fantazję innych. Nic demonicznego, bardzo dużo tego, co ludzkie. W smutnym i strasznym wymiarze, ale nadal bardzo, bardzo przyziemnym.
To jest na pewno cenna książka właśnie pod kątem poznawczym – dobrze jest zobaczyć, jakie składniki, ich proporcje i połączenia mogą zaowocować powstaniem człowieka, który będzie umiał zaspokajać swoje potrzeby tylko kosztem innych. Krzepiąca jest myśl, że Leszka przebadano na wskroś, pod kątem psychiatrycznym, neurologicznym i każdym innym, który mógłby wykazać, co odróżnia go od ludzi nie mordujących. Poznanie – zrozumienie – zapobieganie.

Jednak ta książka pokazuje coś jeszcze, czego autorka raczej nie miała w planie. Pokazuje to, jak lubimy fascynować się zbrodnią. Oczywiście pod płaszczykiem świętego oburzenia, zbulwersowania, odrazy. Że potwór, że nieludzki, że jak to możliwe. Że co one musiały czuć, biedne. Że powinien zginąć, ba! kara śmierci to dla takiego za mało, powinien cierpieć tak jak one cierpiały. Litania obelg i snucie wizji o tym, co powinno mu się zrobić za karę – do znalezienia pod każdym artykułem o Pękalskim w internecie, pod każdym filmem o nim na youtube. Książka pani Omilianowicz ujmuje te same treści zbiorowej fantazji, tylko w łagodniejszej, literackiej formie. Nie daje wielu odpowiedzi, ale ogniskuje emocje płynące przez głowy wielu, w tym autorki. Dobrze jest wypchnąć poza nawias odmieńca i umieścić w nim swoją agresję. Można się trochę oczyścić, skanalizować to i owo, poczuć lepiej będąc po stronie tych normalnych. A z drugiej strony poczuć dreszczyk grozy, że nie wiadomo, ilu takich Leszków chodzi sobie po świecie wolno, a w każdym razie – co będzie, jak ten wyjdzie na wolność.
Aczkolwiek nie wolno pomyśleć wprost, że każdy jest czasem, w jakiejś drobnej części, takim Pękalskim, w każdym czai się okruch zła, tylko nie każdy miał tyle pecha, nie w każdym to się rozrosło. Bezpieczniej jest myśleć, że jesteśmy my i są Pękalscy.

Mam stąd siedem lat do piekła a na skróty dwie godziny

Muzyka.
Odkąd pamiętam, była dla mnie bardzo ważna. Pozwalała w bezpieczny sposób odreagowywać, przeżywać, wyrażać to wszystko, co kisi się w środku i kłębi, i ledwo mieści się w czaszce. Przefiltrować się przez cudzy tekst, odnaleźć i spotkać w nim to, co we mnie trudne, czego wolałabym nie czuć – tak łatwiej, bezpieczniej. Nazwać to, czego sama nie umiem. Odkryć, że takie stany i sytuacje są też udziałem innych ludzi, i czuć się w tym trochę mniej samotnie. Chociaż wiadomo, że co człowiek to subiektywna interpretacja oparta na odmiennych doświadczeniach, to ja nadal mocno czuję, że kiedy coś porusza tłumem na koncercie, to znajduje się jakiś wspólny dla wszystkich mianownik.
(To poczucie wspólnoty też jest bardzo ważne, prawda.)

Dotarło do mnie niedawno, że kiedyś – dziesięć, paręnaście lat temu – czułam wszystko intensywniej. Skrajniej. Wiadomo, adolescencja rządzi się swoimi prawami, niekończący się weltschmerz dawał mi naprawdę mocno w kość, a różne historie międzyludzkie sprawy nie ułatwiały. Pamiętam tę wielką siłę, która mną od środka targała, czasem kazała popełniać kardynalne głupstwa. Czasem kazała żałować, że żyję. Ale żyłam. I wiedziała o tym fakcie każda moja najmniejsza kosteczka. A muzyka pomagała uśmierzać ten ból, czyścić duszyczkę i powstrzymywać przed robieniem głupstw jeszcze większych.
Wtedy to była mieszanka: na szczycie podium Grabaż, na kolejnych miejscach dużo rocka, reggae, punka i ska, dalej trochę gotyku i folku. Od Closterkellera przez Trebunie Tutki i Placebo po Raz Dwa Trzy. W różnych konfiguracjach, whatever works: ważne, żeby dotykało tego niedotykalnego.

Z biegiem lat nauczyłam się znieczulać. Zbudowałam sobie masę mechanizmów tłumiących emocje, odcinających kontakt z nimi. Muzyka przestała być łącznikiem, zaczęła być zagłuszaczem oddzielającym mnie od otoczenia, od własnych myśli, a nawet od ciała. Odrętwiałam. świat stał się blady, szaro-pastelowy. Ale to nie oznaczało, że emocje da się zabić. One tliły się gdzieś pod tą skorupą, powoli rozsadzając ją od środka. Nie chciałam, a potem już nie umiałam czuć tego, co trudne, ale ono dopominało się uwagi.
I wtedy muzyka znów zaczęła działać w stary sposób. Znalazła drogę do środka, dotknęła schowanych uczuć i utorowała im drogę do świadomości i dalej, na zewnątrz.
Najpierw zadziałała La MODA, przypominając mi o tęsknocie i nostalgii:

…ale wiedziałam, że to jeszcze trochę obok. A trzeba dotknąć bezpośrednio.
I wtedy przyszła myśl o Końcu Świata. Bingo.
Idealny łącznik między starym i nowym, zakotwiczony we „wtedy”, a rozwijający się do „dziś”. Ileś płyt wydanych, które mnie ominęły, które teraz można odkrywać – ileś łączników i ze wspomnieniami tłukącymi się po zakamarkach pamięci jak ogłupiałe ptaki, ale też z tym, kim teraz jestem. Z tą „chorą, słabą”, czującą częścią we mnie, której na co dzień nie widać pod płaszczykiem sprawnego funkcjonowania, ponoszenia odpowiedzialności, wypełniania obowiązków. To dotyka pytań o przeszłość i jej sens, o moje miejsce w teraźniejszości, o przyszłość, o przemijanie. O to, kim chcę być, co jeszcze chcę zrobić – i czy na pewno to, co robię teraz?

Odtajałam. Czuję. Porządkuję myśli. Odreagowuję. Zadaję pytania, słucham siebie i szukam odpowiedzi.
Jestem, bardziej prawdziwie. Kolory znowu są żywe. Czasem czerń i czerwień, bez miejsca na cokolwiek innego, ale to dobrze, to też jest potrzebne.
To chyba najlepszy prezent.