Wódz i Królowa

(redakcja i poprawki kosmetyczne – 23.03.2017)

To jest ważny moment. Moment, który trzeba udokumentować.

Wczoraj terapeutka posadziła mnie na tronie. I zaczęłam rządzić swoim życiem.
Mozolne wdrapywanie się na to miejsce zajęło mi chyba dobre kilka lat. Startowałam z punktu, w którym za pewnik uważałam, że życie każdej osoby jest istotne – poza moim. Że jestem tylko po to, żeby innym było lepiej. Jestem, żeby odgadywać oczekiwania, spełniać je, dbać o wszystko, o wszystkim pomyśleć, o wszystkim i dla wszystkich pamiętać. I w sumie – że tylko odbijając się w czyichś oczach, istnieję naprawdę. Bez innych ludzi mnie nie ma.

Pamiętam okruchy. Malutkie kawałeczki bycia mną, rozproszone na różne sytuacje, pojedyncze momenty.
Kiedy decydowałam. Kiedy wyżej stawiałam to, co chcę niż to, co powinnam. Kiedy dokonywałam wyborów, o których wiedziałam, że jeśli ktoś się dowie, będzie je odrzucać. (Cóż, najczęściej po prostu pozostawałam bardzo, bardzo dyskretna).
Kiedy to przechodziło niezauważone, przemilczane, albo kiedy spotykało się ze stanowczym sprzeciwem.
Okruchy mnie w tych sytuacjach, kiedy łaziłam swoimi ścieżkami, nie dając się do końca nikomu oswoić. Była w tym masa rozpaczy, sporo samotności i koszmarny weltschmerz, ale była i suwerenność, na którą później już nie było mnie stać.
Kiedy wsiadałam w pociąg i jechałam na drugi koniec Polski, bo ktoś tam akurat grał koncert lub chciał ze mną pójść na koncert.
Kiedy szyłam, przerabiałam i ozdabiałam sobie ubrania wedle własnego upodobania, tak by wyrażały obecny stan ducha i umysłu. Nawet wtedy, kiedy chodziłam w wielkich swetrach i dziwnych kapeluszach.
Kiedy plakatowałam swój pokój od podłogi do sufitu. Kiedy zarysowałam całą ścianę kredkami, zapisałam cytatami z piosenek i wierszy. Albo wtedy, kiedy wyrzuciłam wszystkie meble i bibeloty, zostawiłam tylko biurko i goły materac na podłodze. Bo tak wtedy potrzebowałam.
Wtedy, kiedy chodziłam po dachach i wiaduktach, bo mnie nosiło.
Wtedy, kiedy miałam w szufladzie łóżka gramofon i męczyłam w kółko dwie zdarte płyty.
Kiedy grałam na gitarze dla siebie, kiedy jeszcze nie myślałam wcale o tym, czy gram dobrze, bo ważny był kontakt z muzyką i wentyl dla emocji.
Kiedy powitałam znajomego na dworcu pod krawatem, w białej koszuli wpuszczonej w spodnie na szelkach i z różą, bo postanowiłam odgrywać jego narzeczonego.
Kiedy siedziałam całą noc, żeby o świcie oglądać z najbliższej górki wschód słońca.
Nawet wtedy, kiedy wymyśliłam sobie Eda, fikcyjnego przyjaciela, prawie jak starszego brata, i w swojej głowie opowiadałam bajki o tym, czego nie umiałam już wtedy przeżywać na jawie. Tam się jeszcze schroniłam.

A potem było mnie w jednych sferach więcej, w innych mniej. Historia mieszkania w Gdańsku to historia o lęku i jego przełamywaniu. Niestety sposobem na lęk przed odrzuceniem było – wpasować się. Spełniać oczekiwania, wtedy będzie dobrze. Na uczelni, wśród innych ludzi, potem w pracy. Bez jakiejkolwiek refleksji o tym, co mi służy, a co mnie obciąża. Przełamywanie lęku to było stałe przełamywanie siebie. Łatwo się zgubić, zapędzić.
Spełniać oczekiwania, wtedy będzie… nie było dobrze. Znikałam kolejno z różnych kawałków własnego życia na rzecz powinności.
Wtedy, kiedy uznałam, że nie potrafię ani grać, ani śpiewać i kiedy zaczęłam się siebie wstydzić, pewna że nie jest ważne, czy będę to robić, bo nie stworzę nigdy nic oryginalnego, a wtórnych głosów jest na świecie na pęczki – dla nikogo to nigdy nie będzie mieć znaczenia.
Wtedy, kiedy zrezygnowałam z jakiejkolwiek ekstrawagancji w ubiorze i fryzurach, przyjmując że ważniejsze jest to, jak odbierają mnie klientki w pracy, niż mój komfort wizerunkowy.
Wtedy, kiedy szłam to stu prac i na sto wolontariatów, które mi nie pasowały, ale nie wiedziałam, co innego mogłabym robić.
Kiedy postanowiłam nie wydawać dużych kwot na siebie.
Kiedy zrezygnowałam z tatuażu, bo mamie się one nie podobają.
Kiedy kłamałam o tym, co robię i czego nie robię, lawirowałam obawiając się krytyki.
Kiedy uznałam, że jestem za stara żeby dać się nosić na rękach na koncertach.
Wtedy, kiedy frustrowałam się, że nie umiem być tak kobieca, jak wydawało mi się, że powinnam być.
Wtedy, kiedy przyjęłam za pewnik, że jeśli ja czegoś nie zrobię, to nie zrobi tego nikt. A więc – kiedy siedziałam po nocach nad projektem albo od bladego świtu nad rozliczeniem. Wtedy, kiedy poszłam na demonstrację i przemawiałam do megafonu, chociaż zawsze wiedziałam, że nie nadaję się do takich rzeczy.

[Okazało się, że to nawet nie jest moja wina, że taka jestem. Po prostu jest wygodnie mieć taką osobę w pobliżu. Wygodnie jest wychować sobie człowieka, który będzie bezproblemowy, rozsądny, solidny i nadodpowiedzialny, w dodatku będzie dla wszystkich oparciem. Na ogół jednak wierzyłam, że otoczenie jest dobre, tylko popełnia błędy. Bliscy - tacy nieporadni i omylni, niechcący, wszystko niechcący, przecież chcą dobrze, tylko są słabi. A ja muszę być ponadto. Dostosowywać się. Wybaczać. Pomagać. Robić dalej. Nie-swoje.]

A potem powoli się okazywało, że po pierwsze – mam uczucia. Zupełnie inne, niż mi się wydaje. Żeby do nich dotrzeć, trzeba przestroić się ze wsłuchiwania się w innych na słuchanie siebie. To trwa, ale jak już się uda, można się nieźle zdziwić.
Bo na przykład czuję złość. Gniew. Wściekłość. Nadal sporo lęku. Smutek. Wszystkie te rzeczy, które zakopywałam głęboko-głęboko, których inni nie chcieli u mnie widzieć, bo musieliby coś z nimi zrobić. A może nawet uznać za nie odpowiedzialność (!).
Dalej okazało się, że nie chcę dłużej dostrajać się do innych, brać na siebie ich uczuć, odpowiadać za nie. Wyciągać ręki, inicjować ważnych rozmów, pierwsza nazywać problemy i szukać rozwiązań. Mogę tego nie robić. Nie muszę, jeśli nie chcę. Mogę, jeśli chcę.

I teraz ta trudna część. Jak reagują ludzie, którym ja-nie-ja byłam potrzebna?
Ignorują zmianę.
…Zbieram się w sobie, staram się ze wszystkich sił, żeby postawić granicę, i robię to cichutko, nieśmiało, z obawą przed odrzuceniem (nadal). Taki sprzeciw, okazuje się, dość łatwo odrzucić, przeczekać. To minie, mi minie. Można dalej robić swoje, wmuszać presją moją potulność. To podcina mi skrzydła.
Ale niedługo potem okazuje się też, że odpowiednio spokojne, stanowcze „nie.” nie daje już pola do dyskusji. Że można nie brać na siebie i nie przeczekiwać cierpliwie wybuchów cudzych emocji i świat się przez to nie zawala, że jeśli komuś zależy to też dołoży starań, żeby poprawić sytuację.

Wyszło na to, że dużo bardziej kontroluję sytuację, podejmuję decyzje które zaczynają być szanowane.
Terapeutka zapytała mnie, jakie mam odczucia w ciele. Miałam spokój, spójność tego co w środku z tym, co dookoła, brak niepokoju, nic mnie nie dusiło. Wielka nowość. Do tej pory było oczywiste jak oddychanie, że mogę „coś sobie” myśleć i chcieć, ale to nie będzie wiele znaczyło, świat zrobi swoje, mając mnie w głębokim poważaniu.
Minęło.
Skojarzyło mi się to z indiańskim wodzem. Spokojnym, nieprzeniknionym i niezłomnym, budzącym taki respekt, że nikt nawet nie próbuje na niego wpływać. Najpierw usiadłam, jak siada wódz, żeby to poczuć.
„Wie pani co, mam taki pomysł, żeby pójść z tym dalej. A co by było, gdyby weszła pani na krzesło i przybrała pozę wodza? Popatrzyła z góry?”
„Nie ma mowy, wywali się! Zarwie pode mną!”
„Ustawimy tak, że się nie wywali.”
„… no dobra.”
Uznałam, że zrobię po swojemu – bo o to właśnie chodzi! Nie będę stać, będę siedzieć. Wdrapałam się na szczyt oparcia, stopy postawiłam na podłokietnikach, dłonie na kolanach. Wyprostowana sylwetka, pewna, stabilna, głowa wysoko. Wódz albo królowa.
Zaczęłam zarządzać, wydając edykty. Mówić o tym, do czego od teraz daję sobie prawo. Co mogę, co chcę, czego wolno mi nie chcieć, na co zasługuję, co mogę sobie dać. Sprawy wielkiej wagi i zupełnie błahe. Przy tych drobnych, a jednak istotnych zapytała, co to za mina, bo nie widziała jej u mnie. I dlaczego przebieram stopami. Okazało się, że w Królowej obudził się Zbój :) Dawno zapomniany psotnik, który ma odwagę robić rzeczy, mimo – a może głównie po to, żeby inni się denerwowali. Przekorna kocica. Jak mogłam o tym zapomnieć?
W swojej głowie spotkałam siebie – tamtą, z kiedyś. Podałam sobie rękę, przytuliłam, powitałam. Od tej pory idziemy razem. Nie wiemy jeszcze dokąd, ale pójdziemy tam, gdzie uznamy za stosowne. :)
Zdjęcie001