mało mam.

Zaczęłam mówić otoczeniu, że odchodzę z pracy. W zależności od stopnia zażyłości zdradzam więcej lub mniej z prawdziwych powodów tej decyzji.
(Po prawdzie, to jeśli chcę znaleźć następcę, to powinnam się zamknąć. Albo nauczyć kłamać)

Ci, którzy znają mnie lepiej i wiedzą więcej, nie są zaskoczeni, chociaż przyznają, że szkoda.

(okaże się, w zależności od tego, co w poprzednim nawiasie – może jednak znajdę)
(wszystko będzie dobrze, ale nie o tym)

Ci, którzy nie znają mnie aż tak dobrze, robią rozumiejące miny, kiwają głowami i mówią: No tak, bo ty już też byś pewnie chciała stabilności, żeby dziecko urodzić…
Zgodnie z prawdą (…nauczyć się kłamać w końcu! dyplomacja!) odpowiadam, że nie planuję się póki co rozmnażać. I dalej dyskusja idzie sobie swoim biegiem, moje myśli swoim.
Nie planuję. Póki co. A co, jeśli wcale? Co by to oznaczało? I jakie mam po temu powody?

Powody mam dwa.
Pierwszy: nie chcę zmieniać swojego życia. Wydaje mi się z jednej strony całkiem przyjemnie urządzone, z drugiej – zbyt nieuporządkowane, żeby w nie zapraszać małego gościa. Nie jest mi do końca dobrze tak jak jest, masa rzeczy jest jeszcze do poprawy żebym czuła się u siebie jak u siebie (w swojej pracy, w swoim domu, w swoim czasie, w swoich pasjach, w swojej głowie?). Ale tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić kołyskę w centrum tego mojego bałaganu. Chciałabym go jeszcze trochę okiełznać, zanim go stracę.
Bo to mi się kojarzy chyba głównie jednak ze stratą. Tak jadąc po emocjach. Zupełnie nie z zyskiem.

I dojeżdżamy do powodu numer dwa. Kiedy ktoś dostał za mało, niewiele ma do dania. Kiedy ktoś ma w sobie jakiś brak, deficyt, jakiś głód, czym ma się dzielić? Czuję, że za mało żyłam swoim życiem, dopiero teraz zaczynam stawać na własnych nogach i powolutku dowiadywać się kim jestem. Dostałam za mało bezpieczeństwa, ciepła, bezwarunkowej akceptacji, życzliwego wsparcia i zrozumienia. Ciągle jestem tego głodna. Nie mam tego w sobie tyle, żeby siebie wyżywić i stłumić swój głód. Nie będę tego miała dla najbliższego, w pełni uzależnionego ode mnie człowieczka. Trudno mi będzie – tak jak już bywało – nie dać się ponieść wspomnieniom wyłażącym z otwartych w głowie na nowo zatrzaśniętych kiedyś szuflad, wyjść poza siebie, zdobyć się na empatię, poczuć bezbronność inną niż swoja własna i zechcieć ją ochronić. To się zawsze dzieje kosztem kogoś.
Nie mam tego w sobie teraz, nie wiem czy kiedykolwiek – czas pokaże. Ale wiem co mówię – dziecko nie powinno mieć matki odczuwającej macierzyństwo jak wojnę, konkurencję, utratę. Bagaż pokoleniowy jest nie do przecenienia, wszak sama skądś się taka wzięłam. Nie chcę tego plecaka zakładać na kolejne plecy.

I to pytanie nie do rozstrzygnięcia: czy to mnie czyni złym człowiekiem??

(Oraz pytanie z peryferii rozmów z koleżankami. Czy to ja jestem głupia i mało zaradna, że nie myślę w kategoriach tego, gdzie się zaczepić do pracy z wpisaną intencją skorzystania z macierzyńskiego przy pierwszej okazji, żeby w razie czego mieć jak najlepsze warunki finansowe? Czy to system kreuje patologię?? Bo to zdaje się być absolutna norma i standard, i ja już nie wiem…)

nie zmieniać?

Słucham weselszej muzyki. Bujanie koi nawet niemowlęta, wiadomo.
I dochodzę do bardziej krzepiących wniosków. Nie ma co się zastanawiać, co by było, gdybym mając 19 lat miała jakąś śmiałą wizję, plan i odwagę, by go zrealizować. Albo – gdybym na rozdrożu zdecydowała inaczej, nie podjęła wyzwania, jakim niewątpliwie były studia psychologiczne, tylko poszła w innym, bezpieczniejszym kierunku. Bo to by oznaczało dwie rzeczy: że a) byłabym już na wstępie inną osobą, niż wtedy byłam, b) studia ukształtowałyby mnie jeszcze w kogoś innego, niż jestem. Nie otworzyłyby mi głowy na tyle spraw. Nie popchnęłyby mnie do rozwoju. Nie zmusiłyby do zmiany.
Nie stałabym teraz tutaj – taka. Wyprostowana.
Nie ma sensu o tym myśleć.

Nie wiem, czy czyjaś droga w ogóle bywa prosta. Muszę się pilnować z myśleniem „inni mają lepiej”. Przecież dobrze wiem, że każdy, nawet ten, komu zazdroszczę pewności, toczy swoją niewidoczną wojnę.
Jedyną stałą jest zmiana. I całe szczęście, bo dzięki temu kurs można korygować. I to ja wybieram, jak.

odpowiedź chciałbym znać

Zrozumiałam, że nie mam marzeń. Nie potrafię marzyć, bo się boję.
Nauczono mnie się bać.
Nauczono mnie nie ufać sobie.
Nauczono mnie, że inni wiedzą lepiej. Moje pomysły są dobre wtedy, kiedy są akceptowane. I tylko wtedy.
Lista tego, co należy, jest długa. Lista tego, co niemile widziane – oczywiście jeszcze dłuższa. W dużym skrócie: spełniać oczekiwania, nie wychylać się, nie robić problemów.
„Chcieć każdemu wolno. Możesz sobie chcieć, to jeszcze nic nie znaczy”. Koniec cytatu.

Zostałam psychologiem, bo jestem dobra w odgadywaniu cudzych oczekiwań, potrzeb i intencji. To, co mi wadzi w pracy, to brak umiejętności stawiania granic, konfrontowania z trudnymi rzeczami, brak kontaktu z własnymi emocjami. Dużo tego. Więcej minusów, niż plusów póki co.
Nie wiedziałam, kim innym mogłabym być. Nie wiedziałam, do czego innego mogłabym się nadawać oprócz tego – tak bardzo oczywistego – zawodu. Nie marzyłam o żadnym innym, nie miałam żadnego planu, żadnej wizji. Skąd miałabym mieć?

Mam 28 lat i jestem wypalona. Rzucam pracę, która mnie zjada, wysysa z energii i w tej chwili nie daje nic w zamian. Muszę zrobić krok w bok – bo nie uważam, że wstecz. Odsunąć się, odetchnąć, popatrzeć z dystansu i sprawdzić, za czym zatęsknię.
Dowiedzieć się, co dalej.
Już wiem, co nie. Znam tyle ścieżek, które się nie sprawdziły, które nie są dla mnie. Chcę wierzyć, że każdą kolejną wybieram będąc choć ciut mądrzejsza, niż wcześniej, nauczona kolejnym doświadczeniem.
Chcę też wierzyć, że w końcu znajdę tę drogę, która będzie dobra i właściwa. Nawet, jeśli mam wybierać na oślep i drogą eliminacji. Że gdzieś jest dla mnie miejsce, w którym ja, taka jaka jestem, będę działać sprawnie i skutecznie, i jeszcze mieć z tego frajdę.
Tak mocno zazdroszczę pokoleniu rodziców, którzy szli na studia wiedząc dokładnie, co ich dalej czeka. Droga była prosta, utwardzona i jasno oświetlona.
Póki co mówię sobie, że przecież jedyną stałą jest zmiana i to jest dobre.
Szukam.

I zaczynam marzyć.
Boję się jak nie wiem,bo to może być niebezpieczne. Może się nie podobać. Może wprowadzać jeszcze większy zamęt. Pchać w złą stronę, bo skąd można wiedzieć, że chcę czegoś, bo tego chcę, a nie dlatego, że uciekam w utopijne wizje? Inni nie ufają moim marzeniom, dlaczego ja mam ufać?
Myślę. Boję się. Ale szukam.