od praktyki do teorii

Oddalam się powoli głową ze sfery mojej dotychczasowej pracy, domykając po sobie poszczególne sprawy (niektóre czekały od miesięcy, więc porządki są naprawdę solidne, a ulga spora). Kolejnym etapem będzie przekazanie krok po kroku ważnych rzeczy nowej osobie, jak już się dowiem kim ona będzie. Dopiero mając poczucie, że ktoś to wszystko dalej pociągnie, będę mogła wyjść.
To trochę jak archiwizowanie folderów i defragmentacja dysku. Robi się przestrzeń na inne rzeczy.
A trochę, odchodząc metaforą od maszyn w stronę istot żywych, jak zrzucanie sobie z serca kolejnych kamieni.

I ciekawa rzecz: chociaż nie pragnę wcale pracy z ludźmi, zaczynam być głodna książek… o ludziach. Zatęskniłam za teoretyzowaniem. To dobrze. Może moja kolekcja kupionych ambitnych książek wreszcie doczeka się czasu i uwagi. Może się dokształcę i rozwinę. Jak będę potrzebowała praktyki żeby sprawdzać nowe rzeczy, zawsze mam do niej dostęp.
Idę dobrą ścieżką, I guess.

przetrwać, przeczekać

Wyobraź sobie, że masz 17 lat. Przypomnij sobie siebie w jakimś wybranym, bliskim Ci momencie – swoje myśli, uczucia, dokładny wygląd z tamtego czasu. Poczuj siebie.
A teraz wyobraź sobie, że masz taką możliwość, żeby z tej perspektywy zobaczyć siebie współczesnego. Dowiedzieć się, jakim dorosłym się staniesz: gdzie będziesz pracować, w co się ubierać, z kim mieszkać, jak spędzać czas.
Co 17-letni Ty by o tym pomyślał?
Jestem bardzo ciekawa.

Gdybyś Ty teraz mógł zadzwonić do 17-letniego Ciebie i powiedzieć mu coś ważnego, co by to było? A on, co mógłby Ci powiedzieć, wiedząc już, jaka jest przed wami przyszłość?

Ja:
podobałoby się przeszłej mnie to co bym zobaczyła. Uznałabym, że wyglądam zadziwiająco dobrze, bo miałam wielkie obawy, że będzie fatalnie. Zaskoczyłyby mnie pewnie długie włosy bez udziwnień, w końcu jestem dorosła więc mogę, dlaczego nie mam na głowie purpurowego jeża? :) No i nie umiałam sobie wyobrazić, jak będę się ubierać, myślałam że dorosłość oznacza panią w garsonce i na szpilkach i że ja będę musiała do tego dorosnąć. Zonk.
Lubiłabym swoje obecne buty. 17-letni rebel szanowałby.
Z drugiej strony byłabym na siebie zła, że tak mało czytam, słucham wartościowych rzeczy, mało chodzę na koncerty, że przestałam przeżywać sztukę tak intensywnie. Jeszcze bardziej tupałabym nogą na siebie, że gitara się kurzy. Miałaś tyle czasu żeby się rozwinąć, miałaś być lepsza ode mnie, dlaczego tak mocno się cofasz?? Uznałabym to za odpuszczenie sobie. I słusznie.
Byłabym zdziwiona i zła, jeśli chodzi o zmianę stosunku do używek. Nie rozumiałabym wtedy tej zmiany.
Nie sądziłabym, że skończę te studia, zakładałam że są trudniejsze niż były(…by, gdybym dostała się tam, gdzie chciałam) i że jestem na nie za głupia. A z drugiej strony wierzyłam w magiczną przemianę i wyobrażałam sobie, że jeśli jednak mi się uda, to tak wiele będzie musiało się we mnie zmienić, to mnie ukształtuje w tak mądrego, poważnego, stabilnego człowieka. Well, nope, chociaż chyba nie chciałabym 17-letniej sobie o tym mówić. Lepiej mieć marzenia.
Byłabym szczerze zaskoczona, że mam psa! I że on żyje w dobrym zdrowiu i w miarę szczęśliwy, że ja jestem w stanie zaopiekować się stworzeniem, utrzymać je przy życiu w ogóle, być odpowiedzialna.
I że jeżdżę po świecie.
Chociaż z drugiej strony nie dziwiłabym się, że pracuję kierując czymś, że pakuję się w wymagające zadania, że sama siebie ustawiam w pozycji lidera, nie do końca potrafiąc delegować pracę na innych, że biorę na siebie za wiele. Chociaż pewnie byłabym w szoku, że nie jestem liderem grupy pań sprzątających centrum handlowe, tylko zespołu specjalistów. Bo nie na tyle wyceniałam swoje zdolności zawodowe i przywódcze.
Chociaż największym zaskoczeniem byłoby, że jest On. Że nie mieszkam w brudnej kawalerce, sama z tym psem. Że a) ktoś mnie chciał, b) nadawałam się do życia w związku i zdołałam go utrzymać tyle czasu. Nie powiedziałabym sobie 17-letniej, że do tego przede mną dość długa i bolesna droga. Pewnie by się wystraszyła i zniechęciła. Ale myśl o tym, że to możliwe i że dla mnie, że to może mnie spotkać? Jakaś fantastyka.
Myślę, że bym się sobie podobała. Nawet trochę bym pewnie podziwiała tę dorosłą mnie, nie mieściłoby mi się w głowie że to możliwe, żeby wyrosnąć na kogoś tak spokojnego.

Ja starsza powiedziałabym mnie młodszej:
- Hej maluchu, jesteś fajna!
- Nie jesteś tak zła, jak myślisz. Jesteś czymś dużo, dużo więcej, ale nikt z zewnątrz Ci tego nie powie, musisz wpaść na to sama.
- Myśl niezależnie, miej swoje zdanie, bądź cięta, inteligentna. Nie zgub tego, trudno to odnaleźć.
- Będzie trudno, ale dasz radę.
- Droga jest długa, więc bądź dla siebie dobra.
- Jesteś ważna, nawet jeśli inni nie potrafią tego okazać. Ludzie nie muszą stale być przy tobie. Każdy toczy swoją walkę i czasem wystarczy im, że gdzieś tam jesteś, po prostu. Uwierz w to.
- Nie bój się. Ryzykuj. Później będzie z tym trudniej.
- Co ma przetrwać, przetrwa. Nie rozdrapuj ran, nie opłakuj za długo wszystkich strat, gódź się z nimi.
- Wszystko, co boli, minie. Wytrzymaj.
Clipboard01

deszcz szczęścia, strzał nad przepaścią

Kiedy słucham tekstów piosenek albo coś czytam, utożsamiam się z tym, bo przyjmuję perspektywę narratora. Patrzę oczami osoby mówiącej w wierszu, a wierszy szukam często takich, żeby ta osoba wyrażała moje stany.
Dlatego naturalnie przyjęłam, że to ja mogę komuś powiedzieć:
Nikt tak pięknie
nie mówił
że się boi miłości
jak Ty
.
Mogę to powiedzieć, i do tej pory w głowie tak adresowałam tę piosenkę, do wszystkich tych, których moje uczucia przytłaczały i płoszyły. (Czy można je było nazwać miłością, to zupełnie inna bajka, ale miałam szczerą intencję, żeby nią były). Tych wszystkich, którzy dostawali mnie na tacy, a po miesiącu mieli dosyć i znikali.
I chciałam umieć powiedzieć, że ja, ja się tego wyrzekam. Chciałam umieć znosić ten głód i własną daremność.

I ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że to – to ktoś słowami podmiotu lirycznego mówi do mnie. Jestem adresatką, nie nadawcą, raz jeden.
Aż do momentu, kiedy pod sceną w starym, dobrym Uchu usłyszałam to pierwszy raz od dawna na żywo. I stojąc z zamkniętymi oczami, żeby sobie pełniej chłonąć, śpiewając, poczułam Jego dłonie oparte ciężko na moich ramionach.

Często twe oczy
miast wiosennieć zielenią
są takie zimne i dziwne
W chorych rozmowach
oczy patrzą gdzie indziej
patrzą tylko, gdzie by się
schować

I stało się jasne. Mój lęk przed bliskością. Przed rozpłynięciem się, zniknięciem i straceniem granic. Przed zranieniem, nadużyciem. Przed bezbronnością i słabością. Moja sztywność.
Potrafię zbudować bliskość, potrafię okazać zaangażowanie. Nawet da się wykrzesać odprysk namiętności. Znam składowe miłości. Tylko panicznie boję się przeżywać je wszystkie równocześnie i trwale.
Życie w tym moim chłodzie, poślubienie go…
wcale nie mówię pięknie.

Jeszcze się nauczę. Nie bać.

Dziewczynka

Prolog: Mam namierzone swoje słabe punkty. Wiem coraz więcej o tym, czego nie dostałam, wiem dlaczego jestem, kim jestem.
Do tej pory nie dawałam sobie prawa do poczucia krzywdy. Myśleć źle o bliskich – nie wolno. A to jest jednak część dojrzewania, odbrązowić dziecięce ideały.

Mieszka we mnie mała dziewczynka, która czuje się źle. Jest smutna i wystraszona, i bardzo, bardzo osamotniona. Jest taka odkąd pamięta, i taka pozostała. Dziewczynka, która nie miała swojego miejsca, przezroczysta dziewczynka, która nie była wysłuchana, zaopiekowana, dostrzeżona. Bezpieczna, ale nie do końca zadbana. I sama, z konieczności samodzielna w tak wielu sytuacjach. Dziewczynka, która już wie, że nie przyjdzie nikt dorosły, nie poprowadzi, nie wytrze nosa, nie powie że już wszystko dobrze. Ona musi sama. Sama wiedzieć, sama zrobić, sama trafić, sama poradzić sobie, sama wytrzymać samotność. A na koniec usłyszeć, jak wyrzut sumienia obnażający słabość dorosłych, że przecież nie musi być taka dzielna, że wolno jej być dzieckiem.
Ona? Ja. Ja musiałam sama.

I chcę to powiedzieć. Chcę, żeby to uznano. Nie da się za to przeprosić, tak się po prostu stało, to było najlepsze, co mogłam dostać.
Ja nie chcę dłużej być dzielna. Nie chcę udawać, że dziewczynki nie ma.

I boję się, że jej istnienie to dalej przede wszystkim wyrzut sumienia dla dorosłych. Tym gorszy, że mimo wszystko dziewczynka dalej jest. Już nie prowadzi mnie przez życie tak jak kiedyś, ale dalej łaknie uwagi, każe zabiegać o sympatię, jest głodna ciepła.
Boję się, że nie ma miejsca na mówienie o dziewczynce we mnie. Że minęło tyle czasu, wydarzyły się i wydarzają dalej kolejne rzeczy ważniejsze, pilniejsze. Ona jest dalej przezroczysta i nie dostrzeżona, stoi pod drzewem przy ścianie na Świerczewskiego, bo się zgubiła, i nie ma odwagi podnieść wzroku, sztywnieje znieruchomiała, boi się gniewu dorosłych. Ja nie chcę nikogo ranić sobą ani nią.

Chciałabym ją uwolnić. I siebie od niej. Ale ktoś musi dać jej na chwilę miejsce w rzeczywistości, pozwolić zaistnieć, uznać, że jest. A jeszcze lepiej – ukochać. Chociaż tego dumna, samodzielna ja mogę nie umieć przyjąć.

Dziewczynka czeka na swoją szansę.

dalej

Niebo, chmury, tory, wiatr, spod starej trawy wyrasta nowa, pola zaorane, pies poluje na myszy albo ściga trop.
Siedzisz na kamieniu, który jest Twoim kamieniem, ja obok stoję mocno na szeroko rozstawionych nogach – dodaję sobie siły. Jestem zdenerwowana.
Przyszliśmy tu mówić swoje prawdy. Co jest takiego w mieście, że nie pozwala zebrać myśli? Muszę mieć niebo nad głową, muszę nie widzieć, nie przeczuwać innych ludzi.

Wiem, co chcę Ci opowiedzieć, ale przedtem muszę wyrzygać – tym razem, alleluja, metaforycznie – bieżące nerwy, uspokoić głowę. Dajesz mi na to miejsce, przyjmujesz i przejmujesz się, dziękuję.

A kiedy przychodzi do właściwych spraw, zauważam dwie rzeczy.
Po pierwsze, specjalnie chciałam rozmawiać twarzą w twarz, żeby widzieć Twoje reakcje na to co mówię. Pisanie ma jednak swoje ramy i nie chcę się nim zasłaniać dotykając ważnych tematów. Chcę wiedzieć, w którą stronę idę, być pewna, że nie ranię, ale też czuć, że dotykam czegoś, co jest ważne też dla Ciebie. I mieć w tym 100% uwagi. Być usłyszana, nie przeczytana mimochodem między łykiem drinka i filmem na jutubie.
A Ty założyłeś okulary. Rozmawialiśmy wczoraj o nich, że to część indywidualizmu, wyróżnik, że to dobre, że można sobie na to pozwolić. Więc wiem, że są małą manifestacją niezależności. A jednak się denerwuję: chowasz się, nie widzę. Dlatego przełamuję wstyd i patrzę Ci w twarz, szukam oczu za okularami. I to mnie uspokaja, pomaga. A tak się bałam patrzeć.
A druga rzecz jest taka, że w sumie nie muszę mówić dużo, bo Ty prawie wszystko już sam wiesz, przeczuwasz albo zgadujesz. Mogę tylko potwierdzić, dopowiedzieć, ale moje ścieżki myśli nie są wiedzą tajemną, znasz je dobrze. I to jest raptem wielkie zaskoczenie.
Że komuś się chce we mnie wczuć, zastanowić, przewidzieć. Że ktoś uważa to za istotne, co ja myślę i czuję na ważne tematy. Ktoś sobie zadaje trud i ktoś słucha, a nie odbębnia gadkę po to, żeby odpowiedzieć swoje.

Wskakujemy na kolejne poziomy otwartości i szczerości. Lubię to poczucie bezpieczeństwa, lubię ufać i wiedzieć, że wszystko jest dobrze, że jestem akceptowana taka jaka jestem i ważna. Że nie ma się czego bać.
Dziękuję, że mogę tego doświadczać. Chyba po to to wszystko jest.
Znowu jest spokojnie.

Piszę, żeby to złapać, uchwycić, zapamiętać, móc wrócić.

Najlepszy znany mi brytyjski test psychologiczny

Jeśli chcesz na serio poznać drugiego człowieka, obejrzyj z nim pierwszą generację „Skins”. Obserwuj, które wątki go poruszają, pytaj które postaci są mu bliskie. Ten serial to najlepszy amatorski test projekcyjny, jaki znam.
Zupełnie nieważne, że aspekty kulturowe są przejaskrawione. Nie znam drugiego serialu budującego tak spójnych, konsekwentnie ukształtowanych, psychologicznie realistycznych i złożonych bohaterów.
Dlatego robię sobie co jakiś czas powtórkę. Głównie wspomniane pierwsze dwa sezony, ale jeśli robisz test i ta grupa bohaterów nie działa, wypróbuj którąś z dwóch kolejnych. Któraś historia w końcu z pewnością trafi w czuły punkt, poruszy jakąś ważną strunę, uruchomi nieoczekiwane emocje.

Moją ulubioną bohaterką zawsze była Cassie. Ujmowała mnie i czarowała, utożsamiałam się z nią, jej emocjami i osobnym postrzeganiem świata. Przeczuwałam, dlaczego potrafi być tak zakochana w innych ludziach, a potem od nich uciekać, zabiegać, a potem okrutnie ranić. Byłam ciekawa, czy to, co roztrzaskało mnie w niej kiedy miałam lat 20 będzie dalej działać, kiedy mam 28. (Tak, ten serial obchodzi 10. urodziny. Wspomniany przeze mnie aspekt psychologiczny w przeciwieństwie do mody i muzyki kompletnie się nie zestarzał.)
Teraz jest w sumie jeszcze trudniej. Nie tylko współodczuwam z Cassandrą, ale też rozumiem, co się z nią dzieje i dlaczego. Co zrobiło z nią otoczenie, co mogłoby pomóc to zmienić, ale się nie wydarza. Cassie tyle razy została zignorowana, umniejszona, nie wysłuchana, pominięta, odrzucona, zostawiona, nie zaakceptowana. Raz za razem. Kiedy choć trochę się do kogoś zbliża, ten ktoś odchodzi. Kiedy jest dobrze, to oznacza, że zaraz coś się zmieni i będzie źle. Kiedy jest źle, Cassie zwykle ucieka. A jednak jakaś jej cząstka zawsze desperacko walczy.
Ta historia znajduje swój dobry finał w „Pure”. Wcześniej dwuodcinkowy epilog mnie męczył i usypiał, oglądany z tej perspektywy trafia w moje obecne problemy i wybory.
Za każdym razem dostrzegam coś innego, bo ja się zmieniam, a historia jest tak bogata i wielowarstwowa, że jakoś do tej pory nie wyczerpały się w niej bodźce.

cassie

Chciałabym kiedyś obejrzeć to z mamą, zobaczyć jej interpretacje i emocje wobec postaci. Dyskutować. To by dopiero było… doświadczenie.

choice

Uczę się dokonywać wyborów. Do tej pory nie byłam w tym szczególnie dobra. Nie wiedziałam zupełnie, że często robię nie to, co rzeczywiście chcę, ale to, co jest mile widziane, oczekiwane – przez kogoś innego.
Przyszła pora, żeby się zatrzymać i zadać sobie masę niewygodnych pytań. Określić się w kluczowych życiowych kwestiach. Robię to stale, czasem nawet o tym piszę. Dość dawno to było i jeszcze wtedy nie wiedziałam, że terapeutka podpuściła mnie do sformułowania myśli, która sobie we mnie dojrzewała, przyswajałam ją i teraz okazuje się kompasem.
Otóż: żeby rzeczywiście coś wybrać, trzeba poważnie rozważyć opcje – to truizm. Ale co to znaczy tak naprawdę, dogłębnie rozważyć?
Dla mnie to znaczy: przyjąć, że coś może się wydarzyć, potem mieć skutki – i zaakceptować taki scenariusz.
Konkretniej: jaki to jest wybór, jeśli podążam jedyną ścieżką, którą uważam za możliwą?
Powiedziała:

Jeśli nie da się w zgodzie ze sobą powiedzieć „nie”, nie można naprawdę szczerze powiedzieć „tak”.

Na przykład. Dopiero, kiedy przyjmiesz, że to jest możliwe i całkiem spoko, żeby się nie wiązać, kiedy nauczysz się żyć swoim życiem bez chronicznego poczucia braku, definiując siebie jako samodzielną jednostkę a nie jako niepełnowartościowy półprodukt bez partnera, wtedy masz w sobie dojrzałość potrzebną do zdrowego związku.
Kiedy wiesz, że cokolwiek wybierzesz, będzie okej, łatwiej lub trudniej, ale dasz radę. Bez ślubu czy z. Z dziećmi czy bez. W tym zawodzie lub w innym. Raptem wybierasz w dobrych opcjach zamiast desperacko szukać jedynego wyjścia.
Tym się teraz zajmuję. Uczę się to czuć.

Tylko, że regularnie włażę na tę samą minę (a to pewnie temu, że do tej pory zupełnie jej nie widziałam, dopiero wczoraj). To pułapka podstawowego przekonania, że nie mam prawa istnieć sama dla siebie, że tylko bycie użyteczną uzasadnia – albo mocniej: usprawiedliwia – moje bycie na świecie. Podejrzewam mój ukochany bagaż międzypokoleniowy, ta myśl to definicja i paliwo dla „babciokrysizmu” każące latać ze ścierą po chałupie mimo gorączki, bo jak to, cały dzień w domu i nic wartościowego nie zrobiłam? To po co ja tu jestem? Co ja odpowiem na pytanie „co robiłaś”?? Odpowiedź „nic / odpoczywałam / leniłam się / chorowałam” jakoś nigdy nie przychodzi mi do głowy. I nieważne, że zwykle tylko ja sama siebie o to pytam i sama sobie odpowiadam.
Niezapełniony dołek w poczuciu własnej wartości, nieodrobione lekcje z akceptacji siebie. Progres: nie złości mnie to, raczej sobie współczuję. A współczujesz komuś, kogo lubisz. To znaczy, że jest nadzieja.
- Zawsze jest nadzieja.

mało mam (c.d.)

Dopowiadając i kończąc (na teraz).
Trudno jest podjąć odpowiedzialną decyzję o opiekowaniu się nowym Kimś, kiedy już się jest obsadzonym w tej roli wobec zbyt wielu osób.
Tak już jest, tak wyszło, tak jestem skonstruowana. Przejmuję odpowiedzialność za niektórych ludzi, chronię ich, martwię się, troszczę, wyręczam, biorę na siebie trudności i emocje. To nie jest dobre dla żadnej z zainteresowanych stron, wszystkich osłabia, chociaż niektórzy nie wyobrażają sobie, żeby mogło być inaczej, wkładają mnie w te buty albo wzmacniają już istniejący układ. Mnie to obciąża i męczy do porzygu, mogę to widzieć ale jeszcze nie umiem tego pozmieniać.

Brak wolnej wtyczki w sercu. To chyba łatwiej zrozumieć.