Rozmawiamy

Pablo i Pavo opowiada mi smutne historie. On twierdzi, że wszystkie, a przynajmniej większość historii świata jest o miłości. Ja uważam, że spora część jego historii jest o mnie.
Opowiada mi smutki, samotności, cierpienia. Czasem radości, uwolnienia, przełomowe decyzje zmieniające odtąd wszystko, co ważne. Rozerwania, rozedrgania. Czasem tylko w muzyce się mieszczą, te moje. Trzeba je tam chować i tylko w ten sposób przeżywać. Zapakowane w tekst.

Bo ja nadal, mimo prawie trzydziestki na karku, nie umiem przeżywać złości jawnie i otwarcie. Nauczona, że moja złość rani. Że kiedy ja się buntuję, to mama płacze, wychodzi, nie wiem gdzie jest i kiedy wróci, ale nie chce, nie może być ze mną, nie może tego znieść. Że mam być grzeczna, żeby innym nie robić kłopotu. Albo złość, albo akceptacja, łącznie się nie da.
Tylko, że nie da się tej złości wyciąć, amputować. Można próbować ją zdusić, można próbować przestać czuć, wierzyć że tego nie ma. Na wierzchu się udaje, jest ładnie i bez zarysowań, w środku gnije i tętni chora tkanka. Napięcie rozsadza czaszkę, w głowie szkło mi się wierci. Czuję że coś z tym muszę zrobić, ale nie na zewnątrz przecież, tylko do środka.
Kończy się na długiej liście nieskutecznych strategii, każda bardziej szkodliwa od poprzedniej, a wisienką na torcie błyszczą: smutek, lęk i bezradność. I to już jest do pokazania światu, to jest lekkostrawne. Ale to nie jest prawda.

Tak więc kłótnia czy bunt wymaga:
żeby czuć gniew na kogoś,
żeby ten gniew odważyć się wyrazić, pokazać to co we mnie paskudne i brzydkie
żeby zaryzykować i uwierzyć, że wtedy ten ktoś
- nie odejdzie
- wytrzyma
- nie obróci tego przeciwko mnie
- zrozumie i zaakceptuje, że tak się czuję, i nie każe mi czuć się winną
- nie stracę go.
Ryzyko, jakiego nie umiem podejmować, bo za bardzo potrzebuję bliskości, nawet jeśli jest nieprawdziwa i opiera się na złudzeniu, na obrazie mnie pozbawionym istotnych kawałków. Te złe kawałki ranią innych i sprawiają, że ktoś odchodzi. Takie mam wbite w głowę przekonanie. Nie wierzę, że ktoś może mieć w sobie miejsce na takie moje uczucia, przyjąć je, przechować, wytrzymać. Najbliżsi zdecydowali, że wolą nie widzieć, kiedy coś złego się ze mną dzieje, zostawić mnie z tym samą żebym sobie radziła. I mi to przekonanie potwierdzają.
(…)
Wiem co z tym dalej trzeba zrobić: trzeba się przełamać i eksperymentować. Przekonywać się raz za razem, że ludzie zniosą to, co jest we mnie, że będą mnie dalej akceptować, aż wreszcie w to uwierzę. Trzeba wierzyć i próbować. I nie bać się porażki, bo już ją przeżyłam. Wiele wytrzymałam, jestem silna i się nie rozpadnę.
(…)
Dorastam do tego, żeby nie składać siebie ciągle w ofierze. Tylko jeszcze nie wiem jak się żyje inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>