jak głód z głodem

Przyjaźnienie się jest trudne.
Szczególnie, kiedy mieścisz się w szufladce „DDA” albo „DDD” – dorosłego dziecka z rodziny z problemem alkoholowym albo inną dysfunkcją. Jak mówi P.S – pokręcone towarzystwo, my siedzący w tej szufladce. Mówi też, że jesteśmy w stanie zwąchać się na kilometr i lgniemy do siebie, doskonale wyczuwając i rozumiejąc wzajemnie. Ale oprócz tego mamy też niemiłą skłonność do naprawiania siebie nawzajem. Załatwiania sobie swoich spraw poprzez załatwianie spraw innym. Nie sama relacja jest wtedy ważna, nie drugi człowiek, tylko transakcja, korzyść dla mnie, ułuda sprawczości i kontroli.
Jaka dokładnie ma to być korzyść – to zależy, w jaką rolę w swoim systemie rodzinnym się weszło, czy raczej zostało włożonym. Jakie masz wyuczone strategie, a jakie deficyty. I na ile zdajesz sobie z tego sprawę.

Psikusem jest to, że ze wszystkich bliższych znajomości, jakie w życiu zawarłam 90% okazuje się być relacjami z ludźmi z tej szufladki.
W ogóle w społeczeństwie jest nas wielu, ze świecą szukać zdrowo funkcjonujących rodzin albo chociaż takich, gdzie nie było alkoholu, dramatycznego rozwodu albo dramatycznego braku rozwodu. Kiedyś przepytałyśmy ludzi z naszej licealnej klasy, słynącej z bycia zbiorem dziwaków i oryginałów, ilu z nas ma pełną rodzinę. Mniej niż 10 na 30. Klasa to niby zbiór losowy, jednak wydaje mi się, że z tym zwąchiwaniem coś jest na rzeczy i albo byliśmy odbiciem skali zjawiska, albo… Przyciągamy się nawzajem.

Sęk w tym, że często padamy ofiarą ułudy tkwiącej w podobieństwie i zrozumieniu. Chcemy wierzyć, że możemy siebie nawzajem uratować. Ja uratuję Ciebie, bo to dobrze umiem, ale ty uratuj mnie. Daj mi to, czego sama wziąć nie potrafię.
Tylko, że jesteśmy delikatni, delikatne. Boimy się ponad wszystko odrzucenia, braku akceptacji i tu już różnie: kiedy dopadnie nas strach, że jest dobrze, więc za momencik będzie źle, to albo uciekamy pierwsi, albo pierwsi atakujemy i ranimy na zapas, żeby nas nie dosięgło.
Wiecznie głodni i wiecznie przerażeni.
Skazani na ciągłe przyciąganie i odpychanie. Wiecznie na huśtawce.
Schowani w pancerzu, za który mało kto ma dostęp, z czasem sami przestajemy rozróżniać, co jest prawdą o nas,a co nabudowaną, wrośniętą w nas strategią obronną podszytą pamięcią o krzywdach. I gdzie, na boga, zaczynają się i kończą jakiekolwiek nasze emocje.

Wszystkie moje przyjaźnie okazywały się być więziami między DDA/DDD. Nie wszystkie przetrwały. Te, które się rozpadły, musiały bazować na podobieństwie – ta sama strategia przetrwania, te same głody, te same lęki, ten sam paraliż. Rozpadły się, jak rozlatuje się most wprawiony w drgania zbyt podobne, nakładające się na siebie, wzmacniające rezonansem.
Dwie pustki nie wypełnią siebie nawzajem.
To, co przetrwało, bazuje chyba na dwóch rzeczach: dojrzałej świadomości i wychodzeniu poza schemat. Znam swoje braki, rozumiem to, co mną kieruje, czasem udaje mi się z pomocą innych siebie przechytrzyć i nie dać nic popsuć. Przestaję oczekiwać, że ratunek przyjdzie z zewnątrz; wyłączyłam w swojej głowie wielki czerwony neon z napisem DAJ!. Rozumiem, że nie wolno mi uwieszać się na innych. Pilnuję emocji – dopuszczam je do siebie, czuję, nazywam i rozumiem. To odbiera im niszczycielską moc. Nie robię więc już nagłych zrywów, dramatycznych gestów, widowiskowych fochów czy zerwań tylko po to, żeby stłumić niepokój, wymusić reakcję, zapewnienie, zaspokoić głód bycia chcianą czy odegnać strach przed utratą, dając sobie iluzję kontroli. Już nie muszę uciekać pierwsza. Chociaż czasem mam wielką ochotę.
Jesteśmy duzi, dorośli, możemy rozmawiać o wiele bardziej szczerze i wprost. To wspaniałe odkrycie. Jesteśmy na różnych etapach, możemy się dzielić trudnościami, zgryzami, ale wiemy lepiej, że życzliwe ucho działa skuteczniej niż przypinanie sobie peleryny bohatera i rozwiązywanie cudzych problemów. Coraz lepiej rozumiemy, że to nic złego, kiedy na jakiś czas zapada cisza.
To wymaga czujności, świadomości i przede wszystkim wyrozumiałości. Bywa podstępne, bo wszędzie w bliskich relacjach czają się stare schematy i trzeba uważać, starannie je omijać, żeby nie włazić na te same od lat mielizny. Czasem się nawet udaje.
Ponad wszystko – uważać, żeby widzieć i kochać najpierw człowieka, a nie siebie w nim.

Chcę wierzyć, że to może być konstruktywne, rozwijające, dobre.
Może? …Jest?

Jedna myśl nt. „jak głód z głodem

  1. Czytam i wyłapuję konstrukty które bardzo trafiają w setno, we mnie, bardzo idealnie. Masz dar ubrania w słowa, serio.
    Moje setna:
    1. dramatyczny brak rozwodu (nigdy nie słyszałem żeby ktoś tak powiedział, ludzie nie dostrzegają że to może iść w drugą stronę)
    2. przechytrzyć siebie – jakie to ironiczne, że musimy traktować siebie jak wroga
    3. przypinanie peleryny bohatera – jakże lubimy to robić, każdy wygląda lepiej w pelerynie, a to tylko ucieczka
    4. gdzie zaczynają i kończą się nasze emocje – właśnie! to jest chyba pytanie, którego nie potrafiłem sformułować, a jest esencją problemu

    napiszesz kiedyś książkę? będę jadł łyżkami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>