Josephine

- Kim jesteś?

Mam 29 lat. Od 10 lat nie mieszkam w domu rodzinnym. Przez 5 lat studiowałam, przez kolejne 5 szukałam dla siebie odpowiedniej pracy, idąc na większe i mniejsze kompromisy.
Od przynajmniej 15 lat mówię sobie, że teraz zajmuję się czymś mniej wygodnym po to, żeby później, docelowo robić to, co chcę.
Im więcej lat mija, tym cel mniej wyraźny, a wszystkie kolejne, o których myślałam że „to jest to”, zawodziły i rozczarowywały.
Mam 29 lat i nie wiem, kim jestem, nie wiem, dokąd idę.

Postanowiłam się dowiedzieć choć trochę więcej. Znalazłam mądrą panią, która robi testy: predyspozycji, postaw, wartości, kompetencji. Od testów dowiedziałam się, że:
- mam predyspozycje do pracy z ludźmi, ale tego nie cierpię i nie cenię,
- mam artystyczną duszę i zmysł estetyczny, mogłabym pracować w kulturze (ale kultura nie chce pracować ze mną), mogłabym być twórcą,
- zdolności analityczne, logiczne, umysł badacza i obserwatora,
- nie mam cech, które pomagają w pracy na własny rachunek,
- nie dostrzegam szans dla siebie i nie umiem ich wykorzystywać,
- nie znam swoich mocnych stron, nie potrafię ich zaprezentować i przekonać do siebie pracodawcy,
- nie wierzę w siebie,
- potrzebuję aprobaty i jestem skłonna naginać siebie do oczekiwań innych ludzi.

Połowa z tego jest kulą u nogi, powiedziała. Trzeba się tego pozbyć, wypracować wysokie wyniki, szczególnie ta wiara w siebie, jeśli pani sama nie da rady to są specjaliści, powiedziała. Może powinnam napisać wielką powieść?…

Mam 29 lat i wiem mniej o sobie i o świecie, niż kiedy miałam 19.

„This relates to two major historical Joesphines: Joséphine de Beauharnais, Napoléon’s first wife, and Josephine Brunsvik, Beethoven’s great love. The two are famous for pushing their lover into the pinnacle of their respective career. In the hope of reaching such achievements, Frank wish he could have one of his own.”

Come on now, Josephine
Wake me from my sleep
I could have been anyone
But I ended up being me
I could have been wide awake
Could have been what you need
I wish that I was anyone except for just me
So come on now, Josephine
Show yourself to me

Rozmawiamy

Pablo i Pavo opowiada mi smutne historie. On twierdzi, że wszystkie, a przynajmniej większość historii świata jest o miłości. Ja uważam, że spora część jego historii jest o mnie.
Opowiada mi smutki, samotności, cierpienia. Czasem radości, uwolnienia, przełomowe decyzje zmieniające odtąd wszystko, co ważne. Rozerwania, rozedrgania. Czasem tylko w muzyce się mieszczą, te moje. Trzeba je tam chować i tylko w ten sposób przeżywać. Zapakowane w tekst.

Bo ja nadal, mimo prawie trzydziestki na karku, nie umiem przeżywać złości jawnie i otwarcie. Nauczona, że moja złość rani. Że kiedy ja się buntuję, to mama płacze, wychodzi, nie wiem gdzie jest i kiedy wróci, ale nie chce, nie może być ze mną, nie może tego znieść. Że mam być grzeczna, żeby innym nie robić kłopotu. Albo złość, albo akceptacja, łącznie się nie da.
Tylko, że nie da się tej złości wyciąć, amputować. Można próbować ją zdusić, można próbować przestać czuć, wierzyć że tego nie ma. Na wierzchu się udaje, jest ładnie i bez zarysowań, w środku gnije i tętni chora tkanka. Napięcie rozsadza czaszkę, w głowie szkło mi się wierci. Czuję że coś z tym muszę zrobić, ale nie na zewnątrz przecież, tylko do środka.
Kończy się na długiej liście nieskutecznych strategii, każda bardziej szkodliwa od poprzedniej, a wisienką na torcie błyszczą: smutek, lęk i bezradność. I to już jest do pokazania światu, to jest lekkostrawne. Ale to nie jest prawda.

Tak więc kłótnia czy bunt wymaga:
żeby czuć gniew na kogoś,
żeby ten gniew odważyć się wyrazić, pokazać to co we mnie paskudne i brzydkie
żeby zaryzykować i uwierzyć, że wtedy ten ktoś
- nie odejdzie
- wytrzyma
- nie obróci tego przeciwko mnie
- zrozumie i zaakceptuje, że tak się czuję, i nie każe mi czuć się winną
- nie stracę go.
Ryzyko, jakiego nie umiem podejmować, bo za bardzo potrzebuję bliskości, nawet jeśli jest nieprawdziwa i opiera się na złudzeniu, na obrazie mnie pozbawionym istotnych kawałków. Te złe kawałki ranią innych i sprawiają, że ktoś odchodzi. Takie mam wbite w głowę przekonanie. Nie wierzę, że ktoś może mieć w sobie miejsce na takie moje uczucia, przyjąć je, przechować, wytrzymać. Najbliżsi zdecydowali, że wolą nie widzieć, kiedy coś złego się ze mną dzieje, zostawić mnie z tym samą żebym sobie radziła. I mi to przekonanie potwierdzają.
(…)
Wiem co z tym dalej trzeba zrobić: trzeba się przełamać i eksperymentować. Przekonywać się raz za razem, że ludzie zniosą to, co jest we mnie, że będą mnie dalej akceptować, aż wreszcie w to uwierzę. Trzeba wierzyć i próbować. I nie bać się porażki, bo już ją przeżyłam. Wiele wytrzymałam, jestem silna i się nie rozpadnę.
(…)
Dorastam do tego, żeby nie składać siebie ciągle w ofierze. Tylko jeszcze nie wiem jak się żyje inaczej.

Mam stąd siedem lat do piekła a na skróty dwie godziny

Muzyka.
Odkąd pamiętam, była dla mnie bardzo ważna. Pozwalała w bezpieczny sposób odreagowywać, przeżywać, wyrażać to wszystko, co kisi się w środku i kłębi, i ledwo mieści się w czaszce. Przefiltrować się przez cudzy tekst, odnaleźć i spotkać w nim to, co we mnie trudne, czego wolałabym nie czuć – tak łatwiej, bezpieczniej. Nazwać to, czego sama nie umiem. Odkryć, że takie stany i sytuacje są też udziałem innych ludzi, i czuć się w tym trochę mniej samotnie. Chociaż wiadomo, że co człowiek to subiektywna interpretacja oparta na odmiennych doświadczeniach, to ja nadal mocno czuję, że kiedy coś porusza tłumem na koncercie, to znajduje się jakiś wspólny dla wszystkich mianownik.
(To poczucie wspólnoty też jest bardzo ważne, prawda.)

Dotarło do mnie niedawno, że kiedyś – dziesięć, paręnaście lat temu – czułam wszystko intensywniej. Skrajniej. Wiadomo, adolescencja rządzi się swoimi prawami, niekończący się weltschmerz dawał mi naprawdę mocno w kość, a różne historie międzyludzkie sprawy nie ułatwiały. Pamiętam tę wielką siłę, która mną od środka targała, czasem kazała popełniać kardynalne głupstwa. Czasem kazała żałować, że żyję. Ale żyłam. I wiedziała o tym fakcie każda moja najmniejsza kosteczka. A muzyka pomagała uśmierzać ten ból, czyścić duszyczkę i powstrzymywać przed robieniem głupstw jeszcze większych.
Wtedy to była mieszanka: na szczycie podium Grabaż, na kolejnych miejscach dużo rocka, reggae, punka i ska, dalej trochę gotyku i folku. Od Closterkellera przez Trebunie Tutki i Placebo po Raz Dwa Trzy. W różnych konfiguracjach, whatever works: ważne, żeby dotykało tego niedotykalnego.

Z biegiem lat nauczyłam się znieczulać. Zbudowałam sobie masę mechanizmów tłumiących emocje, odcinających kontakt z nimi. Muzyka przestała być łącznikiem, zaczęła być zagłuszaczem oddzielającym mnie od otoczenia, od własnych myśli, a nawet od ciała. Odrętwiałam. świat stał się blady, szaro-pastelowy. Ale to nie oznaczało, że emocje da się zabić. One tliły się gdzieś pod tą skorupą, powoli rozsadzając ją od środka. Nie chciałam, a potem już nie umiałam czuć tego, co trudne, ale ono dopominało się uwagi.
I wtedy muzyka znów zaczęła działać w stary sposób. Znalazła drogę do środka, dotknęła schowanych uczuć i utorowała im drogę do świadomości i dalej, na zewnątrz.
Najpierw zadziałała La MODA, przypominając mi o tęsknocie i nostalgii:

…ale wiedziałam, że to jeszcze trochę obok. A trzeba dotknąć bezpośrednio.
I wtedy przyszła myśl o Końcu Świata. Bingo.
Idealny łącznik między starym i nowym, zakotwiczony we „wtedy”, a rozwijający się do „dziś”. Ileś płyt wydanych, które mnie ominęły, które teraz można odkrywać – ileś łączników i ze wspomnieniami tłukącymi się po zakamarkach pamięci jak ogłupiałe ptaki, ale też z tym, kim teraz jestem. Z tą „chorą, słabą”, czującą częścią we mnie, której na co dzień nie widać pod płaszczykiem sprawnego funkcjonowania, ponoszenia odpowiedzialności, wypełniania obowiązków. To dotyka pytań o przeszłość i jej sens, o moje miejsce w teraźniejszości, o przyszłość, o przemijanie. O to, kim chcę być, co jeszcze chcę zrobić – i czy na pewno to, co robię teraz?

Odtajałam. Czuję. Porządkuję myśli. Odreagowuję. Zadaję pytania, słucham siebie i szukam odpowiedzi.
Jestem, bardziej prawdziwie. Kolory znowu są żywe. Czasem czerń i czerwień, bez miejsca na cokolwiek innego, ale to dobrze, to też jest potrzebne.
To chyba najlepszy prezent.