[oh,] how the sky gets heavy

Można rozumieć motywy czyjegoś działania, ale go nimi nie usprawiedliwiać.
Można rozumieć, ale nadal się nie zgadzać.
Można rozumieć, ale czuć złość.
[tyle razy mówiłam to innym, potrzebowałam lat, żeby powiedzieć to sobie. i usłyszeć]

Można całkowicie stracić czyjeś zaufanie, ale nadal mieć jego miłość. [widzę siebie]
[i z drugiej strony] Można przestać komuś ufać, ale nadal go kochać. [prawda?]
[najgorsze, że] Można przestać ufać, ale nie być w stanie przestać kochać. [serce w plastrach]

Można być fizycznie tak blisko, a psychicznie tak daleko.
Można być fizycznie tak daleko, a myślami tak blisko.

[Czy można nie na opak?]

c.d.n.

jak głód z głodem

Przyjaźnienie się jest trudne.
Szczególnie, kiedy mieścisz się w szufladce „DDA” albo „DDD” – dorosłego dziecka z rodziny z problemem alkoholowym albo inną dysfunkcją. Jak mówi P.S – pokręcone towarzystwo, my siedzący w tej szufladce. Mówi też, że jesteśmy w stanie zwąchać się na kilometr i lgniemy do siebie, doskonale wyczuwając i rozumiejąc wzajemnie. Ale oprócz tego mamy też niemiłą skłonność do naprawiania siebie nawzajem. Załatwiania sobie swoich spraw poprzez załatwianie spraw innym. Nie sama relacja jest wtedy ważna, nie drugi człowiek, tylko transakcja, korzyść dla mnie, ułuda sprawczości i kontroli.
Jaka dokładnie ma to być korzyść – to zależy, w jaką rolę w swoim systemie rodzinnym się weszło, czy raczej zostało włożonym. Jakie masz wyuczone strategie, a jakie deficyty. I na ile zdajesz sobie z tego sprawę.

Psikusem jest to, że ze wszystkich bliższych znajomości, jakie w życiu zawarłam 90% okazuje się być relacjami z ludźmi z tej szufladki.
W ogóle w społeczeństwie jest nas wielu, ze świecą szukać zdrowo funkcjonujących rodzin albo chociaż takich, gdzie nie było alkoholu, dramatycznego rozwodu albo dramatycznego braku rozwodu. Kiedyś przepytałyśmy ludzi z naszej licealnej klasy, słynącej z bycia zbiorem dziwaków i oryginałów, ilu z nas ma pełną rodzinę. Mniej niż 10 na 30. Klasa to niby zbiór losowy, jednak wydaje mi się, że z tym zwąchiwaniem coś jest na rzeczy i albo byliśmy odbiciem skali zjawiska, albo… Przyciągamy się nawzajem.

Sęk w tym, że często padamy ofiarą ułudy tkwiącej w podobieństwie i zrozumieniu. Chcemy wierzyć, że możemy siebie nawzajem uratować. Ja uratuję Ciebie, bo to dobrze umiem, ale ty uratuj mnie. Daj mi to, czego sama wziąć nie potrafię.
Tylko, że jesteśmy delikatni, delikatne. Boimy się ponad wszystko odrzucenia, braku akceptacji i tu już różnie: kiedy dopadnie nas strach, że jest dobrze, więc za momencik będzie źle, to albo uciekamy pierwsi, albo pierwsi atakujemy i ranimy na zapas, żeby nas nie dosięgło.
Wiecznie głodni i wiecznie przerażeni.
Skazani na ciągłe przyciąganie i odpychanie. Wiecznie na huśtawce.
Schowani w pancerzu, za który mało kto ma dostęp, z czasem sami przestajemy rozróżniać, co jest prawdą o nas,a co nabudowaną, wrośniętą w nas strategią obronną podszytą pamięcią o krzywdach. I gdzie, na boga, zaczynają się i kończą jakiekolwiek nasze emocje.

Wszystkie moje przyjaźnie okazywały się być więziami między DDA/DDD. Nie wszystkie przetrwały. Te, które się rozpadły, musiały bazować na podobieństwie – ta sama strategia przetrwania, te same głody, te same lęki, ten sam paraliż. Rozpadły się, jak rozlatuje się most wprawiony w drgania zbyt podobne, nakładające się na siebie, wzmacniające rezonansem.
Dwie pustki nie wypełnią siebie nawzajem.
To, co przetrwało, bazuje chyba na dwóch rzeczach: dojrzałej świadomości i wychodzeniu poza schemat. Znam swoje braki, rozumiem to, co mną kieruje, czasem udaje mi się z pomocą innych siebie przechytrzyć i nie dać nic popsuć. Przestaję oczekiwać, że ratunek przyjdzie z zewnątrz; wyłączyłam w swojej głowie wielki czerwony neon z napisem DAJ!. Rozumiem, że nie wolno mi uwieszać się na innych. Pilnuję emocji – dopuszczam je do siebie, czuję, nazywam i rozumiem. To odbiera im niszczycielską moc. Nie robię więc już nagłych zrywów, dramatycznych gestów, widowiskowych fochów czy zerwań tylko po to, żeby stłumić niepokój, wymusić reakcję, zapewnienie, zaspokoić głód bycia chcianą czy odegnać strach przed utratą, dając sobie iluzję kontroli. Już nie muszę uciekać pierwsza. Chociaż czasem mam wielką ochotę.
Jesteśmy duzi, dorośli, możemy rozmawiać o wiele bardziej szczerze i wprost. To wspaniałe odkrycie. Jesteśmy na różnych etapach, możemy się dzielić trudnościami, zgryzami, ale wiemy lepiej, że życzliwe ucho działa skuteczniej niż przypinanie sobie peleryny bohatera i rozwiązywanie cudzych problemów. Coraz lepiej rozumiemy, że to nic złego, kiedy na jakiś czas zapada cisza.
To wymaga czujności, świadomości i przede wszystkim wyrozumiałości. Bywa podstępne, bo wszędzie w bliskich relacjach czają się stare schematy i trzeba uważać, starannie je omijać, żeby nie włazić na te same od lat mielizny. Czasem się nawet udaje.
Ponad wszystko – uważać, żeby widzieć i kochać najpierw człowieka, a nie siebie w nim.

Chcę wierzyć, że to może być konstruktywne, rozwijające, dobre.
Może? …Jest?

half jack

I
Czasem myślę, że jestem najbardziej niefortunnym z możliwych zestawów genów. Teoria, że dzieci dostają od obojga rodziców to, co najlepsze, w moim przypadku jakoś nieszczególnie się sprawdza.

Kiedy patrzę w lustro. Kiedy widzę siebie w szybie mijanego samochodu. W witrynie sklepu. Mignięcia, odblaski, odpryski, drzazgi.
Widzę twarz o ostrych rysach, pochyloną, niezgrabną sylwetkę, śliskie włosy – mojego ojca.
Ojca patrzącego swoimi zielonymi tęczówkami z oczu o kształcie oczu mojej matki. Ruszam się tak, jak ona się rusza. Gestykuluję, mówię, trzymam głowę jak ona. Upinam te jego włosy tak, jak ona swoje, kiedy była w moim wieku.
Tak jak on zatapiam się w przeszłości. Patrząc na świat i ludzi widzę to, co było, a nie to, co jest teraz.
Tak jak ona nie umiem wyrażać uczuć, okazywać przywiązania. Tak samo nie rozdrapuję tabu. Tak samo szukam uzasadnienia swojego istnienia i jakiejkolwiek wartości w pomaganiu innym.
Tak jak on żyję krzywdami.
Tak jak on mam w sobie tornado. Tak jak ona bardzo staram się nie dać mu wyjść na zewnątrz.

II
Mam jedną przewagę: nie tylko wiem, z jakich układanek pochodzą tworzące mnie puzzle. Ja próbuję je uporządkować po swojemu. Poprzestawiać tak, żeby te brzydsze dać na margines, a środek wypełnić czymś lepszym.
Ułożyć je w jeden nowy, spójny obraz.

(Co więcej mogę? Chociaż tyle.)

Rozmawiamy

Pablo i Pavo opowiada mi smutne historie. On twierdzi, że wszystkie, a przynajmniej większość historii świata jest o miłości. Ja uważam, że spora część jego historii jest o mnie.
Opowiada mi smutki, samotności, cierpienia. Czasem radości, uwolnienia, przełomowe decyzje zmieniające odtąd wszystko, co ważne. Rozerwania, rozedrgania. Czasem tylko w muzyce się mieszczą, te moje. Trzeba je tam chować i tylko w ten sposób przeżywać. Zapakowane w tekst.

Bo ja nadal, mimo prawie trzydziestki na karku, nie umiem przeżywać złości jawnie i otwarcie. Nauczona, że moja złość rani. Że kiedy ja się buntuję, to mama płacze, wychodzi, nie wiem gdzie jest i kiedy wróci, ale nie chce, nie może być ze mną, nie może tego znieść. Że mam być grzeczna, żeby innym nie robić kłopotu. Albo złość, albo akceptacja, łącznie się nie da.
Tylko, że nie da się tej złości wyciąć, amputować. Można próbować ją zdusić, można próbować przestać czuć, wierzyć że tego nie ma. Na wierzchu się udaje, jest ładnie i bez zarysowań, w środku gnije i tętni chora tkanka. Napięcie rozsadza czaszkę, w głowie szkło mi się wierci. Czuję że coś z tym muszę zrobić, ale nie na zewnątrz przecież, tylko do środka.
Kończy się na długiej liście nieskutecznych strategii, każda bardziej szkodliwa od poprzedniej, a wisienką na torcie błyszczą: smutek, lęk i bezradność. I to już jest do pokazania światu, to jest lekkostrawne. Ale to nie jest prawda.

Tak więc kłótnia czy bunt wymaga:
żeby czuć gniew na kogoś,
żeby ten gniew odważyć się wyrazić, pokazać to co we mnie paskudne i brzydkie
żeby zaryzykować i uwierzyć, że wtedy ten ktoś
- nie odejdzie
- wytrzyma
- nie obróci tego przeciwko mnie
- zrozumie i zaakceptuje, że tak się czuję, i nie każe mi czuć się winną
- nie stracę go.
Ryzyko, jakiego nie umiem podejmować, bo za bardzo potrzebuję bliskości, nawet jeśli jest nieprawdziwa i opiera się na złudzeniu, na obrazie mnie pozbawionym istotnych kawałków. Te złe kawałki ranią innych i sprawiają, że ktoś odchodzi. Takie mam wbite w głowę przekonanie. Nie wierzę, że ktoś może mieć w sobie miejsce na takie moje uczucia, przyjąć je, przechować, wytrzymać. Najbliżsi zdecydowali, że wolą nie widzieć, kiedy coś złego się ze mną dzieje, zostawić mnie z tym samą żebym sobie radziła. I mi to przekonanie potwierdzają.
(…)
Wiem co z tym dalej trzeba zrobić: trzeba się przełamać i eksperymentować. Przekonywać się raz za razem, że ludzie zniosą to, co jest we mnie, że będą mnie dalej akceptować, aż wreszcie w to uwierzę. Trzeba wierzyć i próbować. I nie bać się porażki, bo już ją przeżyłam. Wiele wytrzymałam, jestem silna i się nie rozpadnę.
(…)
Dorastam do tego, żeby nie składać siebie ciągle w ofierze. Tylko jeszcze nie wiem jak się żyje inaczej.

od praktyki do teorii

Oddalam się powoli głową ze sfery mojej dotychczasowej pracy, domykając po sobie poszczególne sprawy (niektóre czekały od miesięcy, więc porządki są naprawdę solidne, a ulga spora). Kolejnym etapem będzie przekazanie krok po kroku ważnych rzeczy nowej osobie, jak już się dowiem kim ona będzie. Dopiero mając poczucie, że ktoś to wszystko dalej pociągnie, będę mogła wyjść.
To trochę jak archiwizowanie folderów i defragmentacja dysku. Robi się przestrzeń na inne rzeczy.
A trochę, odchodząc metaforą od maszyn w stronę istot żywych, jak zrzucanie sobie z serca kolejnych kamieni.

I ciekawa rzecz: chociaż nie pragnę wcale pracy z ludźmi, zaczynam być głodna książek… o ludziach. Zatęskniłam za teoretyzowaniem. To dobrze. Może moja kolekcja kupionych ambitnych książek wreszcie doczeka się czasu i uwagi. Może się dokształcę i rozwinę. Jak będę potrzebowała praktyki żeby sprawdzać nowe rzeczy, zawsze mam do niej dostęp.
Idę dobrą ścieżką, I guess.

przetrwać, przeczekać

Wyobraź sobie, że masz 17 lat. Przypomnij sobie siebie w jakimś wybranym, bliskim Ci momencie – swoje myśli, uczucia, dokładny wygląd z tamtego czasu. Poczuj siebie.
A teraz wyobraź sobie, że masz taką możliwość, żeby z tej perspektywy zobaczyć siebie współczesnego. Dowiedzieć się, jakim dorosłym się staniesz: gdzie będziesz pracować, w co się ubierać, z kim mieszkać, jak spędzać czas.
Co 17-letni Ty by o tym pomyślał?
Jestem bardzo ciekawa.

Gdybyś Ty teraz mógł zadzwonić do 17-letniego Ciebie i powiedzieć mu coś ważnego, co by to było? A on, co mógłby Ci powiedzieć, wiedząc już, jaka jest przed wami przyszłość?

Ja:
podobałoby się przeszłej mnie to co bym zobaczyła. Uznałabym, że wyglądam zadziwiająco dobrze, bo miałam wielkie obawy, że będzie fatalnie. Zaskoczyłyby mnie pewnie długie włosy bez udziwnień, w końcu jestem dorosła więc mogę, dlaczego nie mam na głowie purpurowego jeża? :) No i nie umiałam sobie wyobrazić, jak będę się ubierać, myślałam że dorosłość oznacza panią w garsonce i na szpilkach i że ja będę musiała do tego dorosnąć. Zonk.
Lubiłabym swoje obecne buty. 17-letni rebel szanowałby.
Z drugiej strony byłabym na siebie zła, że tak mało czytam, słucham wartościowych rzeczy, mało chodzę na koncerty, że przestałam przeżywać sztukę tak intensywnie. Jeszcze bardziej tupałabym nogą na siebie, że gitara się kurzy. Miałaś tyle czasu żeby się rozwinąć, miałaś być lepsza ode mnie, dlaczego tak mocno się cofasz?? Uznałabym to za odpuszczenie sobie. I słusznie.
Byłabym zdziwiona i zła, jeśli chodzi o zmianę stosunku do używek. Nie rozumiałabym wtedy tej zmiany.
Nie sądziłabym, że skończę te studia, zakładałam że są trudniejsze niż były(…by, gdybym dostała się tam, gdzie chciałam) i że jestem na nie za głupia. A z drugiej strony wierzyłam w magiczną przemianę i wyobrażałam sobie, że jeśli jednak mi się uda, to tak wiele będzie musiało się we mnie zmienić, to mnie ukształtuje w tak mądrego, poważnego, stabilnego człowieka. Well, nope, chociaż chyba nie chciałabym 17-letniej sobie o tym mówić. Lepiej mieć marzenia.
Byłabym szczerze zaskoczona, że mam psa! I że on żyje w dobrym zdrowiu i w miarę szczęśliwy, że ja jestem w stanie zaopiekować się stworzeniem, utrzymać je przy życiu w ogóle, być odpowiedzialna.
I że jeżdżę po świecie.
Chociaż z drugiej strony nie dziwiłabym się, że pracuję kierując czymś, że pakuję się w wymagające zadania, że sama siebie ustawiam w pozycji lidera, nie do końca potrafiąc delegować pracę na innych, że biorę na siebie za wiele. Chociaż pewnie byłabym w szoku, że nie jestem liderem grupy pań sprzątających centrum handlowe, tylko zespołu specjalistów. Bo nie na tyle wyceniałam swoje zdolności zawodowe i przywódcze.
Chociaż największym zaskoczeniem byłoby, że jest On. Że nie mieszkam w brudnej kawalerce, sama z tym psem. Że a) ktoś mnie chciał, b) nadawałam się do życia w związku i zdołałam go utrzymać tyle czasu. Nie powiedziałabym sobie 17-letniej, że do tego przede mną dość długa i bolesna droga. Pewnie by się wystraszyła i zniechęciła. Ale myśl o tym, że to możliwe i że dla mnie, że to może mnie spotkać? Jakaś fantastyka.
Myślę, że bym się sobie podobała. Nawet trochę bym pewnie podziwiała tę dorosłą mnie, nie mieściłoby mi się w głowie że to możliwe, żeby wyrosnąć na kogoś tak spokojnego.

Ja starsza powiedziałabym mnie młodszej:
- Hej maluchu, jesteś fajna!
- Nie jesteś tak zła, jak myślisz. Jesteś czymś dużo, dużo więcej, ale nikt z zewnątrz Ci tego nie powie, musisz wpaść na to sama.
- Myśl niezależnie, miej swoje zdanie, bądź cięta, inteligentna. Nie zgub tego, trudno to odnaleźć.
- Będzie trudno, ale dasz radę.
- Droga jest długa, więc bądź dla siebie dobra.
- Jesteś ważna, nawet jeśli inni nie potrafią tego okazać. Ludzie nie muszą stale być przy tobie. Każdy toczy swoją walkę i czasem wystarczy im, że gdzieś tam jesteś, po prostu. Uwierz w to.
- Nie bój się. Ryzykuj. Później będzie z tym trudniej.
- Co ma przetrwać, przetrwa. Nie rozdrapuj ran, nie opłakuj za długo wszystkich strat, gódź się z nimi.
- Wszystko, co boli, minie. Wytrzymaj.
Clipboard01

deszcz szczęścia, strzał nad przepaścią

Kiedy słucham tekstów piosenek albo coś czytam, utożsamiam się z tym, bo przyjmuję perspektywę narratora. Patrzę oczami osoby mówiącej w wierszu, a wierszy szukam często takich, żeby ta osoba wyrażała moje stany.
Dlatego naturalnie przyjęłam, że to ja mogę komuś powiedzieć:
Nikt tak pięknie
nie mówił
że się boi miłości
jak Ty
.
Mogę to powiedzieć, i do tej pory w głowie tak adresowałam tę piosenkę, do wszystkich tych, których moje uczucia przytłaczały i płoszyły. (Czy można je było nazwać miłością, to zupełnie inna bajka, ale miałam szczerą intencję, żeby nią były). Tych wszystkich, którzy dostawali mnie na tacy, a po miesiącu mieli dosyć i znikali.
I chciałam umieć powiedzieć, że ja, ja się tego wyrzekam. Chciałam umieć znosić ten głód i własną daremność.

I ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że to – to ktoś słowami podmiotu lirycznego mówi do mnie. Jestem adresatką, nie nadawcą, raz jeden.
Aż do momentu, kiedy pod sceną w starym, dobrym Uchu usłyszałam to pierwszy raz od dawna na żywo. I stojąc z zamkniętymi oczami, żeby sobie pełniej chłonąć, śpiewając, poczułam Jego dłonie oparte ciężko na moich ramionach.

Często twe oczy
miast wiosennieć zielenią
są takie zimne i dziwne
W chorych rozmowach
oczy patrzą gdzie indziej
patrzą tylko, gdzie by się
schować

I stało się jasne. Mój lęk przed bliskością. Przed rozpłynięciem się, zniknięciem i straceniem granic. Przed zranieniem, nadużyciem. Przed bezbronnością i słabością. Moja sztywność.
Potrafię zbudować bliskość, potrafię okazać zaangażowanie. Nawet da się wykrzesać odprysk namiętności. Znam składowe miłości. Tylko panicznie boję się przeżywać je wszystkie równocześnie i trwale.
Życie w tym moim chłodzie, poślubienie go…
wcale nie mówię pięknie.

Jeszcze się nauczę. Nie bać.

Dziewczynka

Prolog: Mam namierzone swoje słabe punkty. Wiem coraz więcej o tym, czego nie dostałam, wiem dlaczego jestem, kim jestem.
Do tej pory nie dawałam sobie prawa do poczucia krzywdy. Myśleć źle o bliskich – nie wolno. A to jest jednak część dojrzewania, odbrązowić dziecięce ideały.

Mieszka we mnie mała dziewczynka, która czuje się źle. Jest smutna i wystraszona, i bardzo, bardzo osamotniona. Jest taka odkąd pamięta, i taka pozostała. Dziewczynka, która nie miała swojego miejsca, przezroczysta dziewczynka, która nie była wysłuchana, zaopiekowana, dostrzeżona. Bezpieczna, ale nie do końca zadbana. I sama, z konieczności samodzielna w tak wielu sytuacjach. Dziewczynka, która już wie, że nie przyjdzie nikt dorosły, nie poprowadzi, nie wytrze nosa, nie powie że już wszystko dobrze. Ona musi sama. Sama wiedzieć, sama zrobić, sama trafić, sama poradzić sobie, sama wytrzymać samotność. A na koniec usłyszeć, jak wyrzut sumienia obnażający słabość dorosłych, że przecież nie musi być taka dzielna, że wolno jej być dzieckiem.
Ona? Ja. Ja musiałam sama.

I chcę to powiedzieć. Chcę, żeby to uznano. Nie da się za to przeprosić, tak się po prostu stało, to było najlepsze, co mogłam dostać.
Ja nie chcę dłużej być dzielna. Nie chcę udawać, że dziewczynki nie ma.

I boję się, że jej istnienie to dalej przede wszystkim wyrzut sumienia dla dorosłych. Tym gorszy, że mimo wszystko dziewczynka dalej jest. Już nie prowadzi mnie przez życie tak jak kiedyś, ale dalej łaknie uwagi, każe zabiegać o sympatię, jest głodna ciepła.
Boję się, że nie ma miejsca na mówienie o dziewczynce we mnie. Że minęło tyle czasu, wydarzyły się i wydarzają dalej kolejne rzeczy ważniejsze, pilniejsze. Ona jest dalej przezroczysta i nie dostrzeżona, stoi pod drzewem przy ścianie na Świerczewskiego, bo się zgubiła, i nie ma odwagi podnieść wzroku, sztywnieje znieruchomiała, boi się gniewu dorosłych. Ja nie chcę nikogo ranić sobą ani nią.

Chciałabym ją uwolnić. I siebie od niej. Ale ktoś musi dać jej na chwilę miejsce w rzeczywistości, pozwolić zaistnieć, uznać, że jest. A jeszcze lepiej – ukochać. Chociaż tego dumna, samodzielna ja mogę nie umieć przyjąć.

Dziewczynka czeka na swoją szansę.

dalej

Niebo, chmury, tory, wiatr, spod starej trawy wyrasta nowa, pola zaorane, pies poluje na myszy albo ściga trop.
Siedzisz na kamieniu, który jest Twoim kamieniem, ja obok stoję mocno na szeroko rozstawionych nogach – dodaję sobie siły. Jestem zdenerwowana.
Przyszliśmy tu mówić swoje prawdy. Co jest takiego w mieście, że nie pozwala zebrać myśli? Muszę mieć niebo nad głową, muszę nie widzieć, nie przeczuwać innych ludzi.

Wiem, co chcę Ci opowiedzieć, ale przedtem muszę wyrzygać – tym razem, alleluja, metaforycznie – bieżące nerwy, uspokoić głowę. Dajesz mi na to miejsce, przyjmujesz i przejmujesz się, dziękuję.

A kiedy przychodzi do właściwych spraw, zauważam dwie rzeczy.
Po pierwsze, specjalnie chciałam rozmawiać twarzą w twarz, żeby widzieć Twoje reakcje na to co mówię. Pisanie ma jednak swoje ramy i nie chcę się nim zasłaniać dotykając ważnych tematów. Chcę wiedzieć, w którą stronę idę, być pewna, że nie ranię, ale też czuć, że dotykam czegoś, co jest ważne też dla Ciebie. I mieć w tym 100% uwagi. Być usłyszana, nie przeczytana mimochodem między łykiem drinka i filmem na jutubie.
A Ty założyłeś okulary. Rozmawialiśmy wczoraj o nich, że to część indywidualizmu, wyróżnik, że to dobre, że można sobie na to pozwolić. Więc wiem, że są małą manifestacją niezależności. A jednak się denerwuję: chowasz się, nie widzę. Dlatego przełamuję wstyd i patrzę Ci w twarz, szukam oczu za okularami. I to mnie uspokaja, pomaga. A tak się bałam patrzeć.
A druga rzecz jest taka, że w sumie nie muszę mówić dużo, bo Ty prawie wszystko już sam wiesz, przeczuwasz albo zgadujesz. Mogę tylko potwierdzić, dopowiedzieć, ale moje ścieżki myśli nie są wiedzą tajemną, znasz je dobrze. I to jest raptem wielkie zaskoczenie.
Że komuś się chce we mnie wczuć, zastanowić, przewidzieć. Że ktoś uważa to za istotne, co ja myślę i czuję na ważne tematy. Ktoś sobie zadaje trud i ktoś słucha, a nie odbębnia gadkę po to, żeby odpowiedzieć swoje.

Wskakujemy na kolejne poziomy otwartości i szczerości. Lubię to poczucie bezpieczeństwa, lubię ufać i wiedzieć, że wszystko jest dobrze, że jestem akceptowana taka jaka jestem i ważna. Że nie ma się czego bać.
Dziękuję, że mogę tego doświadczać. Chyba po to to wszystko jest.
Znowu jest spokojnie.

Piszę, żeby to złapać, uchwycić, zapamiętać, móc wrócić.