choice

Uczę się dokonywać wyborów. Do tej pory nie byłam w tym szczególnie dobra. Nie wiedziałam zupełnie, że często robię nie to, co rzeczywiście chcę, ale to, co jest mile widziane, oczekiwane – przez kogoś innego.
Przyszła pora, żeby się zatrzymać i zadać sobie masę niewygodnych pytań. Określić się w kluczowych życiowych kwestiach. Robię to stale, czasem nawet o tym piszę. Dość dawno to było i jeszcze wtedy nie wiedziałam, że terapeutka podpuściła mnie do sformułowania myśli, która sobie we mnie dojrzewała, przyswajałam ją i teraz okazuje się kompasem.
Otóż: żeby rzeczywiście coś wybrać, trzeba poważnie rozważyć opcje – to truizm. Ale co to znaczy tak naprawdę, dogłębnie rozważyć?
Dla mnie to znaczy: przyjąć, że coś może się wydarzyć, potem mieć skutki – i zaakceptować taki scenariusz.
Konkretniej: jaki to jest wybór, jeśli podążam jedyną ścieżką, którą uważam za możliwą?
Powiedziała:

Jeśli nie da się w zgodzie ze sobą powiedzieć „nie”, nie można naprawdę szczerze powiedzieć „tak”.

Na przykład. Dopiero, kiedy przyjmiesz, że to jest możliwe i całkiem spoko, żeby się nie wiązać, kiedy nauczysz się żyć swoim życiem bez chronicznego poczucia braku, definiując siebie jako samodzielną jednostkę a nie jako niepełnowartościowy półprodukt bez partnera, wtedy masz w sobie dojrzałość potrzebną do zdrowego związku.
Kiedy wiesz, że cokolwiek wybierzesz, będzie okej, łatwiej lub trudniej, ale dasz radę. Bez ślubu czy z. Z dziećmi czy bez. W tym zawodzie lub w innym. Raptem wybierasz w dobrych opcjach zamiast desperacko szukać jedynego wyjścia.
Tym się teraz zajmuję. Uczę się to czuć.

Tylko, że regularnie włażę na tę samą minę (a to pewnie temu, że do tej pory zupełnie jej nie widziałam, dopiero wczoraj). To pułapka podstawowego przekonania, że nie mam prawa istnieć sama dla siebie, że tylko bycie użyteczną uzasadnia – albo mocniej: usprawiedliwia – moje bycie na świecie. Podejrzewam mój ukochany bagaż międzypokoleniowy, ta myśl to definicja i paliwo dla „babciokrysizmu” każące latać ze ścierą po chałupie mimo gorączki, bo jak to, cały dzień w domu i nic wartościowego nie zrobiłam? To po co ja tu jestem? Co ja odpowiem na pytanie „co robiłaś”?? Odpowiedź „nic / odpoczywałam / leniłam się / chorowałam” jakoś nigdy nie przychodzi mi do głowy. I nieważne, że zwykle tylko ja sama siebie o to pytam i sama sobie odpowiadam.
Niezapełniony dołek w poczuciu własnej wartości, nieodrobione lekcje z akceptacji siebie. Progres: nie złości mnie to, raczej sobie współczuję. A współczujesz komuś, kogo lubisz. To znaczy, że jest nadzieja.
- Zawsze jest nadzieja.

mało mam (c.d.)

Dopowiadając i kończąc (na teraz).
Trudno jest podjąć odpowiedzialną decyzję o opiekowaniu się nowym Kimś, kiedy już się jest obsadzonym w tej roli wobec zbyt wielu osób.
Tak już jest, tak wyszło, tak jestem skonstruowana. Przejmuję odpowiedzialność za niektórych ludzi, chronię ich, martwię się, troszczę, wyręczam, biorę na siebie trudności i emocje. To nie jest dobre dla żadnej z zainteresowanych stron, wszystkich osłabia, chociaż niektórzy nie wyobrażają sobie, żeby mogło być inaczej, wkładają mnie w te buty albo wzmacniają już istniejący układ. Mnie to obciąża i męczy do porzygu, mogę to widzieć ale jeszcze nie umiem tego pozmieniać.

Brak wolnej wtyczki w sercu. To chyba łatwiej zrozumieć.

mało mam.

Zaczęłam mówić otoczeniu, że odchodzę z pracy. W zależności od stopnia zażyłości zdradzam więcej lub mniej z prawdziwych powodów tej decyzji.
(Po prawdzie, to jeśli chcę znaleźć następcę, to powinnam się zamknąć. Albo nauczyć kłamać)

Ci, którzy znają mnie lepiej i wiedzą więcej, nie są zaskoczeni, chociaż przyznają, że szkoda.

(okaże się, w zależności od tego, co w poprzednim nawiasie – może jednak znajdę)
(wszystko będzie dobrze, ale nie o tym)

Ci, którzy nie znają mnie aż tak dobrze, robią rozumiejące miny, kiwają głowami i mówią: No tak, bo ty już też byś pewnie chciała stabilności, żeby dziecko urodzić…
Zgodnie z prawdą (…nauczyć się kłamać w końcu! dyplomacja!) odpowiadam, że nie planuję się póki co rozmnażać. I dalej dyskusja idzie sobie swoim biegiem, moje myśli swoim.
Nie planuję. Póki co. A co, jeśli wcale? Co by to oznaczało? I jakie mam po temu powody?

Powody mam dwa.
Pierwszy: nie chcę zmieniać swojego życia. Wydaje mi się z jednej strony całkiem przyjemnie urządzone, z drugiej – zbyt nieuporządkowane, żeby w nie zapraszać małego gościa. Nie jest mi do końca dobrze tak jak jest, masa rzeczy jest jeszcze do poprawy żebym czuła się u siebie jak u siebie (w swojej pracy, w swoim domu, w swoim czasie, w swoich pasjach, w swojej głowie?). Ale tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić kołyskę w centrum tego mojego bałaganu. Chciałabym go jeszcze trochę okiełznać, zanim go stracę.
Bo to mi się kojarzy chyba głównie jednak ze stratą. Tak jadąc po emocjach. Zupełnie nie z zyskiem.

I dojeżdżamy do powodu numer dwa. Kiedy ktoś dostał za mało, niewiele ma do dania. Kiedy ktoś ma w sobie jakiś brak, deficyt, jakiś głód, czym ma się dzielić? Czuję, że za mało żyłam swoim życiem, dopiero teraz zaczynam stawać na własnych nogach i powolutku dowiadywać się kim jestem. Dostałam za mało bezpieczeństwa, ciepła, bezwarunkowej akceptacji, życzliwego wsparcia i zrozumienia. Ciągle jestem tego głodna. Nie mam tego w sobie tyle, żeby siebie wyżywić i stłumić swój głód. Nie będę tego miała dla najbliższego, w pełni uzależnionego ode mnie człowieczka. Trudno mi będzie – tak jak już bywało – nie dać się ponieść wspomnieniom wyłażącym z otwartych w głowie na nowo zatrzaśniętych kiedyś szuflad, wyjść poza siebie, zdobyć się na empatię, poczuć bezbronność inną niż swoja własna i zechcieć ją ochronić. To się zawsze dzieje kosztem kogoś.
Nie mam tego w sobie teraz, nie wiem czy kiedykolwiek – czas pokaże. Ale wiem co mówię – dziecko nie powinno mieć matki odczuwającej macierzyństwo jak wojnę, konkurencję, utratę. Bagaż pokoleniowy jest nie do przecenienia, wszak sama skądś się taka wzięłam. Nie chcę tego plecaka zakładać na kolejne plecy.

I to pytanie nie do rozstrzygnięcia: czy to mnie czyni złym człowiekiem??

(Oraz pytanie z peryferii rozmów z koleżankami. Czy to ja jestem głupia i mało zaradna, że nie myślę w kategoriach tego, gdzie się zaczepić do pracy z wpisaną intencją skorzystania z macierzyńskiego przy pierwszej okazji, żeby w razie czego mieć jak najlepsze warunki finansowe? Czy to system kreuje patologię?? Bo to zdaje się być absolutna norma i standard, i ja już nie wiem…)

nie zmieniać?

Słucham weselszej muzyki. Bujanie koi nawet niemowlęta, wiadomo.
I dochodzę do bardziej krzepiących wniosków. Nie ma co się zastanawiać, co by było, gdybym mając 19 lat miała jakąś śmiałą wizję, plan i odwagę, by go zrealizować. Albo – gdybym na rozdrożu zdecydowała inaczej, nie podjęła wyzwania, jakim niewątpliwie były studia psychologiczne, tylko poszła w innym, bezpieczniejszym kierunku. Bo to by oznaczało dwie rzeczy: że a) byłabym już na wstępie inną osobą, niż wtedy byłam, b) studia ukształtowałyby mnie jeszcze w kogoś innego, niż jestem. Nie otworzyłyby mi głowy na tyle spraw. Nie popchnęłyby mnie do rozwoju. Nie zmusiłyby do zmiany.
Nie stałabym teraz tutaj – taka. Wyprostowana.
Nie ma sensu o tym myśleć.

Nie wiem, czy czyjaś droga w ogóle bywa prosta. Muszę się pilnować z myśleniem „inni mają lepiej”. Przecież dobrze wiem, że każdy, nawet ten, komu zazdroszczę pewności, toczy swoją niewidoczną wojnę.
Jedyną stałą jest zmiana. I całe szczęście, bo dzięki temu kurs można korygować. I to ja wybieram, jak.

odpowiedź chciałbym znać

Zrozumiałam, że nie mam marzeń. Nie potrafię marzyć, bo się boję.
Nauczono mnie się bać.
Nauczono mnie nie ufać sobie.
Nauczono mnie, że inni wiedzą lepiej. Moje pomysły są dobre wtedy, kiedy są akceptowane. I tylko wtedy.
Lista tego, co należy, jest długa. Lista tego, co niemile widziane – oczywiście jeszcze dłuższa. W dużym skrócie: spełniać oczekiwania, nie wychylać się, nie robić problemów.
„Chcieć każdemu wolno. Możesz sobie chcieć, to jeszcze nic nie znaczy”. Koniec cytatu.

Zostałam psychologiem, bo jestem dobra w odgadywaniu cudzych oczekiwań, potrzeb i intencji. To, co mi wadzi w pracy, to brak umiejętności stawiania granic, konfrontowania z trudnymi rzeczami, brak kontaktu z własnymi emocjami. Dużo tego. Więcej minusów, niż plusów póki co.
Nie wiedziałam, kim innym mogłabym być. Nie wiedziałam, do czego innego mogłabym się nadawać oprócz tego – tak bardzo oczywistego – zawodu. Nie marzyłam o żadnym innym, nie miałam żadnego planu, żadnej wizji. Skąd miałabym mieć?

Mam 28 lat i jestem wypalona. Rzucam pracę, która mnie zjada, wysysa z energii i w tej chwili nie daje nic w zamian. Muszę zrobić krok w bok – bo nie uważam, że wstecz. Odsunąć się, odetchnąć, popatrzeć z dystansu i sprawdzić, za czym zatęsknię.
Dowiedzieć się, co dalej.
Już wiem, co nie. Znam tyle ścieżek, które się nie sprawdziły, które nie są dla mnie. Chcę wierzyć, że każdą kolejną wybieram będąc choć ciut mądrzejsza, niż wcześniej, nauczona kolejnym doświadczeniem.
Chcę też wierzyć, że w końcu znajdę tę drogę, która będzie dobra i właściwa. Nawet, jeśli mam wybierać na oślep i drogą eliminacji. Że gdzieś jest dla mnie miejsce, w którym ja, taka jaka jestem, będę działać sprawnie i skutecznie, i jeszcze mieć z tego frajdę.
Tak mocno zazdroszczę pokoleniu rodziców, którzy szli na studia wiedząc dokładnie, co ich dalej czeka. Droga była prosta, utwardzona i jasno oświetlona.
Póki co mówię sobie, że przecież jedyną stałą jest zmiana i to jest dobre.
Szukam.

I zaczynam marzyć.
Boję się jak nie wiem,bo to może być niebezpieczne. Może się nie podobać. Może wprowadzać jeszcze większy zamęt. Pchać w złą stronę, bo skąd można wiedzieć, że chcę czegoś, bo tego chcę, a nie dlatego, że uciekam w utopijne wizje? Inni nie ufają moim marzeniom, dlaczego ja mam ufać?
Myślę. Boję się. Ale szukam.

Wódz i Królowa

(redakcja i poprawki kosmetyczne – 23.03.2017)

To jest ważny moment. Moment, który trzeba udokumentować.

Wczoraj terapeutka posadziła mnie na tronie. I zaczęłam rządzić swoim życiem.
Mozolne wdrapywanie się na to miejsce zajęło mi chyba dobre kilka lat. Startowałam z punktu, w którym za pewnik uważałam, że życie każdej osoby jest istotne – poza moim. Że jestem tylko po to, żeby innym było lepiej. Jestem, żeby odgadywać oczekiwania, spełniać je, dbać o wszystko, o wszystkim pomyśleć, o wszystkim i dla wszystkich pamiętać. I w sumie – że tylko odbijając się w czyichś oczach, istnieję naprawdę. Bez innych ludzi mnie nie ma.

Pamiętam okruchy. Malutkie kawałeczki bycia mną, rozproszone na różne sytuacje, pojedyncze momenty.
Kiedy decydowałam. Kiedy wyżej stawiałam to, co chcę niż to, co powinnam. Kiedy dokonywałam wyborów, o których wiedziałam, że jeśli ktoś się dowie, będzie je odrzucać. (Cóż, najczęściej po prostu pozostawałam bardzo, bardzo dyskretna).
Kiedy to przechodziło niezauważone, przemilczane, albo kiedy spotykało się ze stanowczym sprzeciwem.
Okruchy mnie w tych sytuacjach, kiedy łaziłam swoimi ścieżkami, nie dając się do końca nikomu oswoić. Była w tym masa rozpaczy, sporo samotności i koszmarny weltschmerz, ale była i suwerenność, na którą później już nie było mnie stać.
Kiedy wsiadałam w pociąg i jechałam na drugi koniec Polski, bo ktoś tam akurat grał koncert lub chciał ze mną pójść na koncert.
Kiedy szyłam, przerabiałam i ozdabiałam sobie ubrania wedle własnego upodobania, tak by wyrażały obecny stan ducha i umysłu. Nawet wtedy, kiedy chodziłam w wielkich swetrach i dziwnych kapeluszach.
Kiedy plakatowałam swój pokój od podłogi do sufitu. Kiedy zarysowałam całą ścianę kredkami, zapisałam cytatami z piosenek i wierszy. Albo wtedy, kiedy wyrzuciłam wszystkie meble i bibeloty, zostawiłam tylko biurko i goły materac na podłodze. Bo tak wtedy potrzebowałam.
Wtedy, kiedy chodziłam po dachach i wiaduktach, bo mnie nosiło.
Wtedy, kiedy miałam w szufladzie łóżka gramofon i męczyłam w kółko dwie zdarte płyty.
Kiedy grałam na gitarze dla siebie, kiedy jeszcze nie myślałam wcale o tym, czy gram dobrze, bo ważny był kontakt z muzyką i wentyl dla emocji.
Kiedy powitałam znajomego na dworcu pod krawatem, w białej koszuli wpuszczonej w spodnie na szelkach i z różą, bo postanowiłam odgrywać jego narzeczonego.
Kiedy siedziałam całą noc, żeby o świcie oglądać z najbliższej górki wschód słońca.
Nawet wtedy, kiedy wymyśliłam sobie Eda, fikcyjnego przyjaciela, prawie jak starszego brata, i w swojej głowie opowiadałam bajki o tym, czego nie umiałam już wtedy przeżywać na jawie. Tam się jeszcze schroniłam.

A potem było mnie w jednych sferach więcej, w innych mniej. Historia mieszkania w Gdańsku to historia o lęku i jego przełamywaniu. Niestety sposobem na lęk przed odrzuceniem było – wpasować się. Spełniać oczekiwania, wtedy będzie dobrze. Na uczelni, wśród innych ludzi, potem w pracy. Bez jakiejkolwiek refleksji o tym, co mi służy, a co mnie obciąża. Przełamywanie lęku to było stałe przełamywanie siebie. Łatwo się zgubić, zapędzić.
Spełniać oczekiwania, wtedy będzie… nie było dobrze. Znikałam kolejno z różnych kawałków własnego życia na rzecz powinności.
Wtedy, kiedy uznałam, że nie potrafię ani grać, ani śpiewać i kiedy zaczęłam się siebie wstydzić, pewna że nie jest ważne, czy będę to robić, bo nie stworzę nigdy nic oryginalnego, a wtórnych głosów jest na świecie na pęczki – dla nikogo to nigdy nie będzie mieć znaczenia.
Wtedy, kiedy zrezygnowałam z jakiejkolwiek ekstrawagancji w ubiorze i fryzurach, przyjmując że ważniejsze jest to, jak odbierają mnie klientki w pracy, niż mój komfort wizerunkowy.
Wtedy, kiedy szłam to stu prac i na sto wolontariatów, które mi nie pasowały, ale nie wiedziałam, co innego mogłabym robić.
Kiedy postanowiłam nie wydawać dużych kwot na siebie.
Kiedy zrezygnowałam z tatuażu, bo mamie się one nie podobają.
Kiedy kłamałam o tym, co robię i czego nie robię, lawirowałam obawiając się krytyki.
Kiedy uznałam, że jestem za stara żeby dać się nosić na rękach na koncertach.
Wtedy, kiedy frustrowałam się, że nie umiem być tak kobieca, jak wydawało mi się, że powinnam być.
Wtedy, kiedy przyjęłam za pewnik, że jeśli ja czegoś nie zrobię, to nie zrobi tego nikt. A więc – kiedy siedziałam po nocach nad projektem albo od bladego świtu nad rozliczeniem. Wtedy, kiedy poszłam na demonstrację i przemawiałam do megafonu, chociaż zawsze wiedziałam, że nie nadaję się do takich rzeczy.

[Okazało się, że to nawet nie jest moja wina, że taka jestem. Po prostu jest wygodnie mieć taką osobę w pobliżu. Wygodnie jest wychować sobie człowieka, który będzie bezproblemowy, rozsądny, solidny i nadodpowiedzialny, w dodatku będzie dla wszystkich oparciem. Na ogół jednak wierzyłam, że otoczenie jest dobre, tylko popełnia błędy. Bliscy - tacy nieporadni i omylni, niechcący, wszystko niechcący, przecież chcą dobrze, tylko są słabi. A ja muszę być ponadto. Dostosowywać się. Wybaczać. Pomagać. Robić dalej. Nie-swoje.]

A potem powoli się okazywało, że po pierwsze – mam uczucia. Zupełnie inne, niż mi się wydaje. Żeby do nich dotrzeć, trzeba przestroić się ze wsłuchiwania się w innych na słuchanie siebie. To trwa, ale jak już się uda, można się nieźle zdziwić.
Bo na przykład czuję złość. Gniew. Wściekłość. Nadal sporo lęku. Smutek. Wszystkie te rzeczy, które zakopywałam głęboko-głęboko, których inni nie chcieli u mnie widzieć, bo musieliby coś z nimi zrobić. A może nawet uznać za nie odpowiedzialność (!).
Dalej okazało się, że nie chcę dłużej dostrajać się do innych, brać na siebie ich uczuć, odpowiadać za nie. Wyciągać ręki, inicjować ważnych rozmów, pierwsza nazywać problemy i szukać rozwiązań. Mogę tego nie robić. Nie muszę, jeśli nie chcę. Mogę, jeśli chcę.

I teraz ta trudna część. Jak reagują ludzie, którym ja-nie-ja byłam potrzebna?
Ignorują zmianę.
…Zbieram się w sobie, staram się ze wszystkich sił, żeby postawić granicę, i robię to cichutko, nieśmiało, z obawą przed odrzuceniem (nadal). Taki sprzeciw, okazuje się, dość łatwo odrzucić, przeczekać. To minie, mi minie. Można dalej robić swoje, wmuszać presją moją potulność. To podcina mi skrzydła.
Ale niedługo potem okazuje się też, że odpowiednio spokojne, stanowcze „nie.” nie daje już pola do dyskusji. Że można nie brać na siebie i nie przeczekiwać cierpliwie wybuchów cudzych emocji i świat się przez to nie zawala, że jeśli komuś zależy to też dołoży starań, żeby poprawić sytuację.

Wyszło na to, że dużo bardziej kontroluję sytuację, podejmuję decyzje które zaczynają być szanowane.
Terapeutka zapytała mnie, jakie mam odczucia w ciele. Miałam spokój, spójność tego co w środku z tym, co dookoła, brak niepokoju, nic mnie nie dusiło. Wielka nowość. Do tej pory było oczywiste jak oddychanie, że mogę „coś sobie” myśleć i chcieć, ale to nie będzie wiele znaczyło, świat zrobi swoje, mając mnie w głębokim poważaniu.
Minęło.
Skojarzyło mi się to z indiańskim wodzem. Spokojnym, nieprzeniknionym i niezłomnym, budzącym taki respekt, że nikt nawet nie próbuje na niego wpływać. Najpierw usiadłam, jak siada wódz, żeby to poczuć.
„Wie pani co, mam taki pomysł, żeby pójść z tym dalej. A co by było, gdyby weszła pani na krzesło i przybrała pozę wodza? Popatrzyła z góry?”
„Nie ma mowy, wywali się! Zarwie pode mną!”
„Ustawimy tak, że się nie wywali.”
„… no dobra.”
Uznałam, że zrobię po swojemu – bo o to właśnie chodzi! Nie będę stać, będę siedzieć. Wdrapałam się na szczyt oparcia, stopy postawiłam na podłokietnikach, dłonie na kolanach. Wyprostowana sylwetka, pewna, stabilna, głowa wysoko. Wódz albo królowa.
Zaczęłam zarządzać, wydając edykty. Mówić o tym, do czego od teraz daję sobie prawo. Co mogę, co chcę, czego wolno mi nie chcieć, na co zasługuję, co mogę sobie dać. Sprawy wielkiej wagi i zupełnie błahe. Przy tych drobnych, a jednak istotnych zapytała, co to za mina, bo nie widziała jej u mnie. I dlaczego przebieram stopami. Okazało się, że w Królowej obudził się Zbój :) Dawno zapomniany psotnik, który ma odwagę robić rzeczy, mimo – a może głównie po to, żeby inni się denerwowali. Przekorna kocica. Jak mogłam o tym zapomnieć?
W swojej głowie spotkałam siebie – tamtą, z kiedyś. Podałam sobie rękę, przytuliłam, powitałam. Od tej pory idziemy razem. Nie wiemy jeszcze dokąd, ale pójdziemy tam, gdzie uznamy za stosowne. :)
Zdjęcie001

paprotka

Dzieliłam się już kiedyś refleksją o kaczkach.
Dawno to było…
…że jak kaczka siedzi w wodzie, trwa, dryfuje sobie – to znaczy, że nic nie musi, bo wszystkie potrzeby ma zaspokojone, znaczy – prawdopodobnie jest szczęśliwa.

Teraz mam o kwiatkach doniczkowych.
Które sobie hoduję w domu, a zdarza się, że z sukcesem, to znaczy: rozrastają się wzdłuż i wszerz, a na dodatek kwitną. Czyli dochodzą do wniosku:

Tu mi dobrze. Tu mam optymalne i stabilne, bezpieczne warunki, dużo światła i jedzenia, nawodnienie jak trzeba, podoba mi się. Teraz mogę się rozmnożyć.

I myślę sobie: Matko Boska. Ja od 28 lat jakoś nie mogę dojść do takiego punktu w życiu. I jakoś się nie zanosi, żebym do niego doszła.

uczę się być z.

Bardzo dobrze Cię znam, chociaż myśląc o Tobie mam przed oczami przede wszystkim osobę sprzed lat.
Dzięki temu tamta część Ciebie może swobodnie dochodzić przy mnie do głosu, nie obawiając się śmieszności. Uważam, że to jest w Tobie najcenniejsze, to sedno Ciebie.
Jednak równocześnie poznaję w Tobie to, co się przez te lata zmieniło i rozwinęło.

Rozprawiamy się z tematami, które kiedyś były między nami tabu. Staramy się mówić otwarcie i o przeszłości, i o teraźniejszości. (Taka szczerość wymaga odpowiedniego nastawienia do siebie nawzajem i właściwego momentu; trenujemy to).

Jesteś jednym z najdroższych mi ludzi na świecie. Dlatego nie chcę Ci dać odejść, chyba że tak będzie trzeba. Wiele rzeczy między nami się nie wydarzyło i już się nie wydarzy, dlatego nie robimy podchodów. Nie wkraczamy w niebezpieczne, krzywdzące rejony. Lojalność to klucz.

Kocham Cię jako człowieka. Dlatego będę Cię wspierać i chronić. Czasem też wbrew Tobie.

Będę Ci powtarzać i okazywać, że jesteś ważną, wartościową, zajebistą i atrakcyjną osobą. Chcę dodawać Ci wiary w siebie i odwagi do sięgania po szczęście.

Chcę, żeby poczucie bliskości i braterstwa dusz było czymś, co daje siłę. Małą oazą do wyrażania rzeczy, które może są trochę niemodne, dobre dla romantyków i wrażliwców, dlatego się je chowa przed światem. Do rozmawiania o marzeniach, które pomagają przetrwać, iść przed siebie w poszukiwaniu sensu i swojego miejsca. Możemy mieć taką wspólną przestrzeń, dawać ją sobie nawzajem.
(Przed oknem na poddaszu w pokoju, którego nie ma).
Jesteśmy swoją pamięcią, swoimi świadkami, lustrem, sejfem.

z rozmyślań przy śniadaniu

Na zewnątrz wszyscy wyglądamy obiecująco.
Warunki nie są łatwe, ale dajemy radę, każde na swój sposób: ogarniamy kwestie pracy, mieszkań, ubezpieczeń, weterynarza dla kota. Odpowiedzialni, aspirujący, kreatywni, z pasją. Obiecujący młodzi dorośli.

Jestem bardzo ciekawa, ilu z nas wie na pewno, że to tylko fasada, ilu się domyśla lub przeczuwa, a ilu na tej fasadzie poprzestaje.
Chociaż WRÓĆ dobrze jest wierzyć, że są wśród nas ludzie poukładani, pogodzeni, pogodni. Normalni.
Ja przypuszczam, że bardziej bywają w sumie, niż są. Reszta ma po prostu modną fryzurę, a pod nią kipiącą banię. Tylko nikt się nie przyznaje. Przed innymi. Przed sobą.

Ja się przyznałam i teraz mi głupio, bo ludzie są zbyt zajęci, żeby gadać o kryzysach egzystencjalnych i innych pierdołach. Remont, kredyt, rozwód, praca. Czuję się śmieszna i anachroniczna. A z drugiej strony ej! Wiem że tam jesteście! To nie jest możliwe, żeby to był tylko mój problem. To się nawet w statystyce nie mieści.

Ja wiem, że to groźne.

Jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie.

Coś się może zatruć, zarazić, rozpaść. Nie szkodzi! Trochę odwagi, na boga.

Książka sprzedana, mogę napisać co myślę.

Wkurzyłam się.
To samo w sobie jest już dość niebywałe.
Tym bardziej, że wkurzyłam się – na książkę.

Książkę poleciły mi osoby, z których zdaniem mocno się liczę, jako przejmującą i ciekawą. „Bestia. Studium zła” M. Omilianowicz. Pani autorka, dziennikarka, reporterka i podróżniczka, była pierwszą tego typu osobą, której pozwolono rozmawiać z legendarnym zbrodniarzem nazywanym przez prasę Wampirem z Bytowa, najsłynniejszym polskim seryjnym mordercą. Ja jestem młoda. Kiedy media tym żyły, chodziłam do podstawówki. Nie pamiętam jak to było, kiedy Polska drżała przed nieuchwytnym mordercą i gwałcicielem. Taka rekomendacja chyba mocno napompowała mi oczekiwania.

Dlatego najbardziej podoba mi się pierwsza część książki, ta najmocniej reportażowa, z której wyłania się obraz bohatera z całym tłem, które go ukształtowało. Trochę genów, bardzo dużo nie-wychowania, przemocy, odrzucenia, upokorzenia, braku. Historia cierpienia i radzenia sobie z nim kosztem innych ludzi.

Leszek został ukarany za jedno zabójstwo i jeden gwałt, który zabójstwem mógł zostać, ale ofiara przeżyła. Co do reszty – naliczono ponad 60 takich spraw, o których opowiedział w dokładnych szczegółach, które mógłby znać tylko sprawca, ale potem się z zeznań wycofał. Twierdzi, że został zmanipulowany przez policję. Niewyjaśnione sprawy z całej Polski wskazywał śledczym nieraz po wielu latach, więc materiały dowodowe dawno już nie istniały i trudno było potwierdzać nimi to, co mówił. Oprócz tej jednej, ostatniej.
Osoby, które miały z nim do czynienia są niemal pewne, że zabił więcej osób, ale ile dokładnie – tego nie wiadomo. Tak jak nie wiadomo, ile spraw policja „podpięła” pod Leszka jako prawdopodobnego sprawcę. Te niewiadome rozpalają wyobraźnię i pozwalają mediom rozdmuchiwać temat.
Śledczy nie wiedzą, Leszek być może wie, pani Omilianowicz wie na pewno. Pękalski seryjnie mordował i gwałcił. A skoro jest przekonana, że wie, to pozwala sobie puścić wodze fantazji i napisać środkową, najobszerniejszą część książki: rozdział po rozdziale poznajemy historie prowadzące do zbrodni. Autorka przeplata fragmenty pisane z perspektywy Leszka – co zawiodło go w dane miejsce, jak narastała w nim żądza, co myślał kiedy mordował i co robił potem, z fragmentami opisującymi dążenia, myśli i poczynania ofiary prowadzące oboje do spotkania i tragedii.

Może jestem mało domyślna, ale nie od razu wpadłam na to, ile z treści autorka wzięła z rozmów z Pękalskim, a ile sobie wydedukowała. Forma fabularyzowanego dokumentu mi tego jasno nie rozgraniczyła. Pod koniec książki dopiero dotarło do mnie, że to jest głównie jej spekulacja, pomysł na to, jak wypełnić emocjami rusztowanie ze znanych z akt spraw faktów i bardzo lakonicznych Leszkowych opisów. Tak, żeby poruszało, przemawiało do wyobraźni. Żeby można było niemal poczuć, jak to jest towarzyszyć mordercy albo nawet nim być.
Pierwszy minus: w imię rozwijania „fabuły” i obserwowania, jak stopniowo i subtelnie zmieniał się sposób działania Leszka, towarzyszymy mu w wielu podobnych sytuacjach, ale konstrukcja rozdziałów jest schematyczna i przewidywalna, z identycznym sposobem narracji i budowania napięcia. Po którymś rozdziale wydawało mi się to już nazbyt kiczowate.
Plus formalny: sprawne korzystanie ze specyficznego języka bohatera, jego powiedzonek, odwróconej składni. Oraz plus za ilość pracy włożoną w dotarcie do osób, które były dla niego ważne, miały okazję lepiej go poznać, rzucić światło na jego historię. Na pewno to służy wiarygodności. Przemawia do odbiorcy.

I to jest paradoksalnie mój największy zarzut wobec tej książki i wobec zamysłu autorki.

Zabierając się do lektury dałam się zwieść demonicznej aurze zbudowanej wokół bohatera opowieści. Liczyłam na tytułowe „studium zła”. Dostałam w jednej części opis nieszczęśliwego pokrzywdzonego i – wtórnie wobec tych doświadczeń – groźnego dla innych człowieka, w pozostałych częściach – opis tego, jak wpływa on na fantazję innych. Nic demonicznego, bardzo dużo tego, co ludzkie. W smutnym i strasznym wymiarze, ale nadal bardzo, bardzo przyziemnym.
To jest na pewno cenna książka właśnie pod kątem poznawczym – dobrze jest zobaczyć, jakie składniki, ich proporcje i połączenia mogą zaowocować powstaniem człowieka, który będzie umiał zaspokajać swoje potrzeby tylko kosztem innych. Krzepiąca jest myśl, że Leszka przebadano na wskroś, pod kątem psychiatrycznym, neurologicznym i każdym innym, który mógłby wykazać, co odróżnia go od ludzi nie mordujących. Poznanie – zrozumienie – zapobieganie.

Jednak ta książka pokazuje coś jeszcze, czego autorka raczej nie miała w planie. Pokazuje to, jak lubimy fascynować się zbrodnią. Oczywiście pod płaszczykiem świętego oburzenia, zbulwersowania, odrazy. Że potwór, że nieludzki, że jak to możliwe. Że co one musiały czuć, biedne. Że powinien zginąć, ba! kara śmierci to dla takiego za mało, powinien cierpieć tak jak one cierpiały. Litania obelg i snucie wizji o tym, co powinno mu się zrobić za karę – do znalezienia pod każdym artykułem o Pękalskim w internecie, pod każdym filmem o nim na youtube. Książka pani Omilianowicz ujmuje te same treści zbiorowej fantazji, tylko w łagodniejszej, literackiej formie. Nie daje wielu odpowiedzi, ale ogniskuje emocje płynące przez głowy wielu, w tym autorki. Dobrze jest wypchnąć poza nawias odmieńca i umieścić w nim swoją agresję. Można się trochę oczyścić, skanalizować to i owo, poczuć lepiej będąc po stronie tych normalnych. A z drugiej strony poczuć dreszczyk grozy, że nie wiadomo, ilu takich Leszków chodzi sobie po świecie wolno, a w każdym razie – co będzie, jak ten wyjdzie na wolność.
Aczkolwiek nie wolno pomyśleć wprost, że każdy jest czasem, w jakiejś drobnej części, takim Pękalskim, w każdym czai się okruch zła, tylko nie każdy miał tyle pecha, nie w każdym to się rozrosło. Bezpieczniej jest myśleć, że jesteśmy my i są Pękalscy.